wtorek, 26 kwietnia 2016

Miniaturka nr.2: Absolve animam meam

Cześć i czołem! Tak wiem, że rozdział miał być już dość dawno, ale nie wyrobiłam niestety. Wena nie lubi, gdy jestem zalatana i wtedy nie raczy przychodzić, więc rozdział dodam w weekend majowy, kiedy to będe mogła na spokojnie usiąść i skupić się nad pisaniem ;) W zamian za ten długi okres czekania daje Wam kolejna miniaturkę, bardzo dłuuuuugaśną miniaturkę, którą zajęłam drugie albo trzecie miejsce (już sama nie pamiętam xD ) na Katalogu Granger. Tematem były utracone marzenia. Miłego czytania!


    ,,Gdyby miłość mogła ożywiać, a łzy wskrzeszać, bylibyśmy nieśmiertelni."

            W pomieszczeniu panował lekki półmrok. Drobinki kurzu tańczyły, w przedzierających się między zasłoniętymi zasłonami, promieniami słońca. W tym oświetleniu wydawało się, że pokój jest pusty, pozbawiony jakichkolwiek mebli, obrazów i tym podobnych rzeczy. Było to dziwnie magiczne pomieszczenie - tajemnicze, wzbudzające ciekawość i jednocześnie przytłaczające. Niebieska poświata rozlała się po pokoju, ukazując jego prawdziwe oblicze. Ściany wcale nie były gołe, a pokryte mnóstwem ruchomych fotografii w różnych rozmiarach. Niektóre zajmowały 1/3 ściany, a inne były ledwo dostrzegalne z większej odległości. Niebieska łuna tańczyła na ich powierzchni, sprawiając, że postacie ze zdjęć wyglądały jak zasnute firanką mgły. Gdzieniegdzie między zdjęciami dało się dostrzec artykuły powycinane z gazet. Źródło owego błękitnego blasku znajdowało się na stoliku stojącym pośrodku pokoju. Misa pełna połyskującego, błękitno-złotego płynu rozlewała swoją jasność na otaczającą przestrzeń. Nad naczyniem pochylały się dwie osoby, a  na ich twarzach malowało się głębokie skupienie. Cisza rosła z każdą sekundą. Dawało się ją wyczuć tak, jakby sala nie była wypełniona życiodajnym powietrzem, a martwym milczeniem. Niczym głaz wywołujący lawinę, potoczyły się słowa, miażdżące ciszę.
   – Opowiedz mi o tym.
Kobiecy, aksamitny głos przez chwilę odbijał się echem po pustym pomieszczeniu. Jedna z postaci wzruszyła lekko ramionami i nieznacznie się uśmiechnęła.
   – Tego nie można opowiedzieć, to trzeba pokazać.
Przyłożył różdżkę do skroni, a złotoczerwony zlepek nici zawisnął na jej końcu. Machnął różdżką, a barwne włókienka lekko opadły na taflę płynu, który momentalnie zmienił swoją barwę. Teraz pomieszczenie wypełniły wesołe, złote iskierki, przeskakujące ze ściany na ścianę. Fred uśmiechnął się na ten widok. Ona bardzo lubiła złoty, był jej prawie ulubionym kolorem. Prawie, bo kolorem, który lubiła najbardziej, był kolor jego oczu. Ponownie spojrzał na swoją towarzyszkę.
   – No dobrze, jestem gotów! Zaczynajmy. – Pierś Weasleya poruszała się nienaturalnie szybko. Ręce lekko mu dygotały, gdy ponownie chował różdżkę do kieszeni.
Samopiszące pióro zawisło w powietrzu, oczekując na początek historii, na którą z taką niecierpliwością czeka świat Czarodziejów.
   – Dobrze, opowiedz mi, pokaż mi swoją historię Fredzie Weasley'u. Opowiedz mi o tym, jak wali się świat.
Wdech. Wydech. Wdech. Rudzielec zamknął na chwilę oczy, po czym wypuścił z płuc całe powietrze. Na jego twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Widać było, że stara się przywołać wszystkie emocje, zapachy, dotyk... Otworzył oczy, a na jego ustach pojawił się zbłąkany uśmiech.
   – Ludzie często nie doceniają tego co mają, dopóki tego nie stracą – jest to zapewne znane wszystkim z autopsji. W moim przypadku również tak było. Miałem najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietę w Hogwarcie, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że w całym Świecie Czarodziejów. Ale jak to bywa, jak ktoś idiotą się urodzi to i idiotą umrze. Wracając jednak do mojej historii... do naszej historii, to zapraszam do moich wspomnień. Tego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku nie da się opisać słowami. Nie da się opisać uczuć, emocji, żalu, jaki przepełnia człowieka, gdy wraz z gasnącym blaskiem w oczach ukochanej kobiety tracisz szansę na spełnienie swoich marzeń.
Zacisnął usta, starając się powstrzymać łzy. Starał się być twardym, ale nie zawsze mu to wychodziło. Dłonią wskazał na myślodsiewnie.
   – Panie przodem.
Kobieta wzięła swoje pióro i notatnik, po czym nachyliła się nad misą.
   – Razem na trzy?
Skinął głową, a ona chwyciła go za dłoń. Poczuła jak lekko zadrżał, ale nie puściła go.
   – Raz. Dwa. TRZY!
Ich głowy zanurzyły się w aksamitnej tafli. Świat zawirował, a oni spadali wprost w otchłań wspomnień. Ich stopy uderzyły w coś twardego, a wokół nich cząstki świata układały się w jedną, spójną całość.

      Cały Hogwart huczał od plotek. Przemierzając korytarze słyszeli tylko ciągle powtarzające się imiona tej dwójki. Fred przystanął na błoniach, nieopodal rozłożystego drzewa rosnącego nad jeziorem. W wodzie zbiornika odbijało się zachodzące słońce, wesoło migocząc na poruszanej wiatrem tafli.
   – Żaden związek, od czasów Lily i Jamesa, nie wzbudził tylu emocji w Gryfonach jak ten najnowszy - Freda i Hermiony. W ciągu kilku dni staliśmy się sławni na całą szkołę. Nawet w Domu Węża mówiono o nas, parze Gryfonów. Nikt nie spodziewał się, że nasza dwójka może mieć się ku sobie, ale jak widać przeciwieństwa się przyciągają. Ułożona, inteligentna, opanowana panna Wszystko-wiem Granger i dowcipny, roztrzepany Na-wszystko-mam-wyrąbane Weasley. Mieszanka wybuchowa. Oczywiście od pierwszych dni naszego burzliwego romansu, George zaczął przyjmować zakłady o tym jak długo związek ten ma szansę przetrwać. Większość zakładów oscylowała między dwoma tygodniami, a miesiącem. Zakłady nie okazały się jednak prorocze i nasz związek przetrwał ponad dwa i pół roku, czego szczerze nikt się nie spodziewał. Jednak jak to często bywa, niektórym historiom nie jest pisany happy end. Byliśmy jak dwa przeciwne żywioły- ona była wodą, a ja ogniem. A zresztą za chwilę sama będziesz świadkiem naszego zerwania, czyli mojego największego życiowego błędu.
Podeszli bliżej. W cieniu drzewa stały młodsze wersje Granger i Weasley'a. Dziewczyna stała oparta o drzewo z miną, która mówiła sama za siebie - widać było, że domyśla się, co ma za chwilę nastąpić. Fred stał naprzeciwko niej. Co chwilę nerwowo drapał się po karku, aż w końcu zebrał się na odwagę by spojrzeć jej w oczy. Był to naprawdę żałosny widok. Patrzeć na dziewczynę, której serce za chwilę zostanie rozbite na milion drobnych kawałków.
   – Hermiono, jest pewna kwestia, o której chciałbym z tobą porozmawiać – zająknął się. Wyglądał jakby przez dłuższą chwilę analizował, co powinien dalej powiedzieć.
   – Jesteś wspaniałą kobietą. Te lata, które spędziliśmy razem są moimi najlepszymi wspomnieniami, ale różnica między nami jest nie do pokonania. Ty jesteś wodą, a ja ogniem. Ogniem, który chcę płonąć całym swoim żarem, ale jak dobrze wiesz, woda gasi ogień. Zbliżają się tru..
Prychnęła głośno i rzuciła mu lekceważące spojrzenie.
   – Daruj sobie Weasley. Zrywasz ze mną. Ok. Rozumiem to.
Obróciła się na pięcie i odeszła. Bez żadnych łez, błagania o to by został. Odeszła, jak zwykle z honorem. Z dumnie podniesioną głową i rozsypanym sercem.

Starsza wersja Freda przyglądała się jak dziewczyna wchodzi na dziedziniec szkoły i znika za wrotami szkoły. Dopiero, gdy drzwi się za nią zamknęły, przeniósł wzrok na swoją współtowarzyszkę.
   – Powinienem był ją wtedy zatrzymać. Gdybym wiedział, gdybym tylko wiedział...
Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.
   – Wrzuciłem do myślodsiewni tylko te najważniejsze sytuację w tej historii, więc część będę zmuszony uzupełniać ci ustnie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
Złotowłosa skinęła głową na znak, że zgadza się na taki sposób opowiadania, a Rudzielec, przyglądając się beznamiętnie swojemu młodszemu ja, powrócił do retrospekcji.
   – Później nadeszły ciężkie czasy. Śmierciozercy u władzy, lęk o każdy kolejny dzień i wojna. Przez cały ten czas nie miałem okazji porozmawiać z nią dłużej niż pięć minut. Wtedy byłem pewny, że nasze rozstanie to dobra decyzja, więc właściwie nie dążyłem nawet do takich rozmów. Znów błaznowałem, szalałem, wyrywałem dziewczyny. Jednak wojna się skończyła, a ja z każdym kolejnym dniem uświadamiałem sobie, że bardzo mi jej brakuje. W każdej kobiecie, która pojawiała się w moim życiu, szukałem jej. Tych roześmianych oczu, wstydliwego śmiechu i miłości, tak silnej i głębokiej, jaką widziałem w jej spojrzeniu, gdy napotykało moje. Chciałem być znów blisko niej, ale wiedziałem, że nie mogę niszczyć jej życia na nowo. Właściwie to nie miałem nawet na to szansy, bo ona znikła. Kobieta, w której cały magiczny świat pokładał ogromne nadzieje, porzuciła magię. Wyruszyła na poszukiwanie rodziców i postanowiła zostać w świecie mugoli. Wysyłała listy, pisała o tym, co u niej, jak się ma, ale na wszelkie prośby o spotkanie nie reagowała. Odcięła się od wszystkich i wszystkiego. Minęło kilka lat od wojny, gdy wybrałem się do mugolskiego świata, by załatwić kilka rzeczy potrzebnych do naszego wynalazku i wtedy stało się coś, czego w życiu bym się nie spodziewała. Zresztą zaraz sama zobaczysz.

   Fred przemierzał zatłoczone ulice Londynu. Ludzie bez twarzy i osobowości, goniący swoje marzenia i zlewający się z otaczających ich tłumem, mijali go spiesznym krokiem. Za to właśnie nie lubił mugoli i ich świata. Wszystko tu było takie ponure i wszystko kręciło się wokół pieniędzy. Rzadko, który z mijanych ludzi miał przyodziany uśmiech. Gdyby ich sklep funkcjonował tutaj, po tej stronie rzeczywistości to na pewno zbankrutowałby jeszcze szybciej niż powstał. Brnąc dalej przyglądał się pewnej reklamie, starając się zrozumieć, jaki ma ona sens, gdy z całym impetem na kogoś wpadł. Przy takiej ilości rodzeństwa trzeba mieć wyrobiony refleks, który tym razem okazał się bardzo przydatny. W ostatniej chwili zdążył uchronić kobietę przed bliższym spotkaniem z chodnikiem.
   – Bardzo panią prze...
Zamurowało go. Na chodniku, tuż przed jego twarzą stał nie kto inny jak Hermiona Granger! Zmieniała się, ale nadal była tak samo piękna jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Lekko kręcone włosy opadały jej falami na twarz, policzki były trochę bardziej zapadnięte niż zwykle, ale to tylko nadawało jej twarzy więcej wyrazistości. Beżowy płaszcz podkreślał talię. Dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że Granger bardzo schudła. Podkrążone oczy, nogi, które wydawały się ledwo dawać radę utrzymywać ją w pionie... Mimo to nadal była piękna. Niezaprzeczalnie piękna.
   – Cześć Freddie – rzuciła z uśmiechem, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na zdziwienie malujące się na jego twarzy. – Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha!
   – Bo... bo... – nie mógł odnaleźć odpowiednich słów. Głęboki wdech. – Bo tak się właśnie czuję! Tyle lat, Hermiono! Tyle lat...
Kobieta bez słowa podeszła i przytuliła się do jego torsu. Nie był pewien, co powinien zrobić, ale wiedział, ze to jest szansa od losu, której tym razem nie może już przepuścić. Przygarnął ją do siebie, mocno przytulając. Przyjemne ciepło przeszło przez jego ciało, jak gdyby ożywiając ponownie każdą jego komórkę. Jej bliskość, zapach jej perfum, delikatność dotyku, sprawiły, że poczuł jakby na nowo zaczął żyć, jakby każda minuta bez niej - była minutą zmarnowaną. Nie mógł sobie pozwolić na to by znów odeszła, nie mógł jej znów wypuścić ze swojego świata. Nachylił się i wyszeptał wprost do jej ucha:
   – Kawa i szarlotka?
Odsunęła się od niego i energicznie kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Weszli do pobliskiej kawiarni i usiedli przy stoliku nieopodal okna. Fred ukradkiem starał się dojrzeć czy na palcu Hermiony nie znajduję się żaden pierścionek lub obrączka, ale ku swojej radości nic takiego nie zauważył. Pomógł dziewczynie zdjąć płaszcz i odwiesił go na wieszak stojący przy drzwiach, gdy zauważył, że z jego kieszeni wypadło zdjęcie USG. Tym razem to on poczuł jak jego serce rozpada się na części pierwsze. Podał zdjęcie Granger i ze sztucznym uśmiechem wydusił z siebie:
   – Chyba powinienem pogratulować...
Dziewczyna spojrzała na zdjęcie i uśmiechnęła się smutno.
   – Raka nie trzeba nikomu gratulować.
Od lat świat magii i świat mugoli łączy się w leczeniu ludzi. Uzdrowiciele często pracują w mugolskich szpitalach by  pomagać w ratowaniu ludzkiego życia, jednak wszelkiego rodzaju nowotwory są piętą achillesową medycyny obu światów. Ani uzdrowiciele, ani mugolscy lekarze nie potrafią sobie z nimi poradzić. Spojrzał na Hermione z przerażeniem w oczach.
   – Ale jak to raka?
Roześmiała się. Szczerze i nieśmiało, zupełnie jak za dawnych lat. Dziwiło go to z jaką lekkością przychodziło jej udawanie emocji.
   – Normalnie Freddie, mam raka. I nie, nie jest to zwierzątko – mrugnęła do niego porozumiewawczo, że powinien uznać to za żart, ale jemu nie było do śmiechu. – Zostałam w świecie mugoli, żeby uniknąć litości, spojrzeń pełnych sztucznego współczucia, poklepywania po plecach z dodatkiem bezsensownych słów, że będzie dobrze, więc błagam cię, nie funduj mi teraz tutaj dawki współczucia.
Siedział na przeciwko niej jak zamurowany. Powinien przy niej być, przez ten cały czas powinien ją wspierać, a on wybrał hulaszcze życie. Czuł się cholernie winny. Jesteś facetem Weasley. Bądź siłą, podporą...
   – Jak panienka sobie życzy.
Uśmiechnęli się do siebie i ponownie pogrążyli się w rozmowie.

Weasley spojrzał na swoją towarzyszkę. Młoda Skeeter tłumaczyła coś zawzięcie swojemu magicznemu długopisowi.
  – Jak zapewne się domyślasz, nie zostawiłem jej. Opowiedziała mi o swoim życiu, o tym jak odeszła od narzeczonego by nie widział jej w takim stanie… by nie widział jak umiera. Jeżdżąc do rodziców piła eliksir wielosokowy ze swoimi włosami zebranymi z ubrań z Hogwartu, by wyglądać tak jak przed chorobą, żeby się o nią nie zamartwiali. Słuchając jej nie mogłem zrozumieć skąd w tak drobnej kobiecie bierze się tyle siły. Ja w życiu nie zdecydowałbym się prawdopodobnie nawet na jedną z tych decyzji, które ona podjęła bez najmniejszego wahania. Zostało jej kilka miesięcy, a ja obiecałem, że spędzę je z nią. I tak też zrobiłem. I nie żałuje. Nie żałuje nawet jednego dnia spędzonego z nią, bo każdy dzień uczył mnie na nowo cieszyć się życiem. A pod koniec nauczyła mnie jak je szanować. Nawet umierać chciała z honorem. Taka to już była kobieta. Siła i moc zamknięta pod kruchą powłoką.

Kawiarnia rozpłynęła się, zostawiając Freda i Hermionę pochłoniętych rozmową przy stoliku w otchłani wspomnień. Obraz rozproszył się na miliony drobinek, by na nowo złożyć się w całość na oddziale mugolskiego szpitala. Od razu uderzył ich specyficzny zapach tego miejsca. Białe sterylne ściany w połączeniu z tym szpitalnym powietrzem, przyprawiały o zawrót głowy. Fred przeszedł przez drzwi sali, a reporterka zrobiła to samo. Stali teraz w pomieszczeniu o zielonych ścianach. Były tu dwa łóżka, ale tylko jedno z nich było zajęte. Leżała na nim zwinięta postać, ledwo widoczna spod warstw pościeli. Kate Skeeter i Weasley stanęli w rogu sali, obserwując rozwój wydarzeń.
Do pokoju wszedł Fred. Stanął w drzwiach i od razu wiedział, co się święci. Powoli podszedł do łóżka i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Jego dotyk był delikatny niczym powiew wiatru. Bał się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, bo jej ciało wydawało się uwite z przezroczystego pergaminu. Gdy tylko poczuła jego ciepłą dłoń - zaczęła płakać, naciągając sobie pościel na głowę. Widać było, że to nie pierwszy raz, gdy tak robi, gdyż Rudzielec zachowywał spokój. Płacz przerodził się we wrzask, gdy starał się ściągnąć jej kołdrę z głowy.
   – ZOSTAW! NIE PATRZ NA MNIE! NIE CHCĘ ŻEBYŚ WIDZIAŁ MNIE W TAKIM STANIE! JESTEM BRZYDKA... Zostaw mnie Fred... Proszę cię... Błagam... Zostaw mnie...
Krzyk ponownie przerodził się w łkanie, co Freddie wykorzystał. Usiadł na łóżko i położył sobie zawiniętą w kokon Hermionę, na kolanach. Była tak lekka, że nawet nie poczuł, że cokolwiek podnosi. Bujał się lekko w przód i tył, tak długo, aż łkanie ucichło, a potem cicho wyszeptał:
   – Dla mnie zawsze byłaś, jesteś i będziesz najpiękniejszą kobietą na świecie. Raz już zrobiłem ten błąd i zostawiłem cię, drugi raz tego błędu nie popełnię.

Wszystko ponownie się rozmazuję, jednak po chwili pojawia się ta sama sceneria.
 Hermiona leży na łóżku z głową na poduszce. Wybucha śmiechem słysząc któryś z żartów Freda. Ten delikatnie głaszcząc jej dłoń, całuje ją niespodziewanie w czoło. Znów się śmieją. Mimo, że na twarzy chłopaka maluję się widoczne zmęczenie, to i tak produkuję się jak może, żeby ją rozśmieszyć.
   – Nie śpij dzisiaj na korytarzu Freddie, widzę, że jesteś naprawdę zmęczony. Powinieneś odpocząć.
Chłopka kiwa głową potakującą.
   – Masz rację, powinienem się trochę ogarnąć. Ale obiecują, że przyjdę najwcześniej jak się da!
Całuje ją na pożegnanie i gdy zbliża się do drzwi słyszy ponownie jej głos.
   – Wyśpij się, jutro nie będzie już takiej potrzeby byś przychodził tak wcześnie.
Nie był pewny czy dobrze zrozumiał jej słowa, ale postanowił jednak przespać się na korytarzu. Zwinął się w kłębek na fotelu w poczekalni i zasnął. Przyzwyczaił się już do takiego trybu życia, więc żaden hałas mu nie przeszkadzał. Żaden, oprócz tego, który rozległ się właśnie nad jego uchem.
   – RESPIRATOR NA TRÓJKĘ. MIGUSIEM!
Zerwał się z fotela i pobiegł pod drzwi sali. Serce waliło mu jak oszalałe, rozbijając się o żebra niczym zwierzę biegnące na oślep. Ktoś go zatrzymał, odciągnął od sali, nie pozwolił wejść. Krzyczał. Biegał po korytarzu za lekarzami, ale to na nic się zdało. Nikt nie chciał mu nic powiedzieć. Unikali go jak gdyby ktoś narzucił na niego pelerynę niewidkę. Chwila nieuwagi lekarza i udało mu się wbiec do pomieszczenia. Stanął jak wryty. Na wszystkich maszynach, które właśnie odłączano od jej kruchego, bardziej bladego niż zwykle ciała, widniały proste linie. Wpatrywał się w nie tępo, starając się wypatrzyć chociażby najmniejsze drżenie, ale nic takiego się nie działo. Spojrzał na nią. Wyglądała zupełnie jak kilka godzin temu - włosy rozrzucone na poduszce, dłonie luźno leżące na pościeli i lekki półuśmiech błąkający się po twarzy. Różnica była taka, że jeszcze niedawno jej drobna pierś poruszała się rytmicznie, dotrzymując tępa oddechom, a teraz zastygła w bezruchu. Ktoś poklepał go po ramieniu. Ktoś inny powiedział, że bardzo mu przykro. Dotknął jej dłoni, a przed oczami przeleciały mu tysiące obrazów, cała przyszłość zamazała się. Wszystkie jego marzenia uleciały wraz z ciepłem jej ciała...

Wszystko zniknęło. Ponownie ogarnęło ich uczucie spadania, a po chwili pod ich stopami znalazła się znów drewniana podłoga pokoju. Myślodsiewnia wesoło połyskiwała w smugach światła. Rudzielec obrócił się na pięcie i wybiegł z pomieszczenia. Młoda Skeeter podążyła za nim. Stał odwrócony twarzą do ściany i zdawało jej się przez chwilę, że ocierał łzy. Położyła mu dłoń na ramieniu i chwilę się zawahała.
   – Ja… Nie jestem pewna, co powinnam teraz powiedzieć, ale mogę ci obiecać, że włożę w tę książkę całe swoje serce i nie pozwolę na to by pamięć o niej kiedykolwiek zaginęła.
Obrócił się do niej twarzą. Spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął
   – Świat nie zapomina o takich ludziach jak ona, ja też nigdy nie zapomnę, ale to nie o to chodzi. Wychowałem się w bardzo licznej rodzinie i zawsze marzyłem o tym by samemu założyć rodzinę równe liczną. Widziałem dom z ogrodem, stadko biegających po nim dzieci i JĄ bujającą się ze mną na huśtawce, to było moje jedyne marzenie, tylko tego brakowało mi do szczęścia, a teraz… teraz już nie wiem, jaki sens ma moje życie.

*** Kilka tygodni później***


                 Jesień rozgościła się na całego w czarodziejskim świecie. Liście wesoło tańczyły w powietrzu prezentując przed przechodniami różnobarwny balet. Fred przemierzał miasto w celu kupienia jednego z potrzebnych składników, gdy jego oczom ukazała się ciągnąca na pół ulicy kolejka. ‘’Esy i Floresy’’ przechodziły dziś istną okupację. Podszedł bliżej by spojrzeć, co było tego powodem, gdy z sklepowej wystawy spojrzała na niego, jego własna twarz, a obok niej roześmiana Hermiona. Serce zabiło mu mocniej. Zupełnie zgubił rachubę czasu, przez co zapomniał, że to właśnie dziś wypadał termin premiery książki. Odruchowo wyciągnął rękę w stronę szyby, a na zdjęciu zalśni złotoczerwony napis – ,,Utracone marzenia, czyli gdyby miłość potrafiła ożywiać.”


piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 7: Wypadek przy pracy

Hermiona wyszła na dziedziniec, gdzie uczniowie innych szkół szykowali się do odjazdu. Odnalazła wzrokiem Kruma i uśmiechnęła się, przeciskając się do niego wśród tłumu. Gdy tylko znalazła się przed chłopakiem, ten szybko wziął ją w objęcia.
  – Hermionanina, cieszę się że ty jednak przyszła! – wykrzyknął tuż przy jej uchu, starając się zagłuszyć hałas panujący na dziedzińcu.
  – Przecież nie mogłam nie przyjść się z tobą pożegnać! – odpowiedziała Gryfonka ze szczerym uśmiechem.
  – Straszna tu głośno. Chodźma może gdzieś, gdzie da sia porozmawiać.
Hermiona skinęła głową i poprowadziła chłopaka w stronę skąpanych w słońcu błoni. Wraz z oddalaniem się od dziedzińca, hałas stawał się coraz cichszy, aż w końcu nie było słychać go w ogóle. Stanęli przy jednej ze znajdujących się na błoniach ławek. Drewnianą powierzchnie pokrywały wyrzeźbione w  niej podpisy, rysunki, a przede wszystkim masa serduszek i wyznań miłości. Co za wandalizm! Hermiona aż się wzdrygnęła na ten widok i przed szybkim naprawienie ławki powstrzymywał ją tylko fakt, że nie chciała wyjść przed Wiktorem na pedantkę. Usiedli, a Wieża Gryffindoru pod którą się znajdowali rzucała na nich cień, chroniąc przed gorącymi promieniami słonecznymi.
  – Hermionanina, ja strasznie żałuja, że musza już wyjeżdżać. Gdybym mógł to zostałbym tu, żeba móc spędzać z tobą jak najwięca czasu, bo musisz widzieć, że jesteś naprawdę wspaniała kobieta. Ja chciałbym żeby my mieli nadal kontakt, dlatego mam tu zapisana swój adres. Jeśli będzie chciała to napisz do mnie. Będę na to bardzo czekać. Gdyby ty chciała to zaprasza cię we wakacje do siebia, ja zawsze chętnia cię oprowadza.
Hermiona czuła jak na jej policzki wpełza ogromny rumieniec, zdradzając buzujące w niej uczucia. Słowa chłopaka (i to nie byle jakiego chłopaka, bo Wiktora Kruma na widok które piszczą czarownice na całym świecie) dały jej co najmniej plus pięćdziesiąt do samooceny. Uśmiechnęła się promiennie, z radością w oczach której nie dało się ukryć.
  – Ja...Ja nie wiem co powiedzieć. To bardzo miłe z twojej strony, w ogóle wszystko co powiedziałeś jest dla mnie bardzo pochlebiające. Obiecuję, że napiszę do ciebie od razu po powrocie do domu. A co do odwiedzin, to kto wie – może kiedyś nadarzy się okazja. Oczywiście ty również jesteś zawsze mile widziany.
Na dziedzińcu rozległ się głos trąb, oznajmiający, że przybyły środki transportu gościnnych szkół. Wiktor wstał, a Hermiona poszła w jego ślady. Teraz stali zaledwie kilka centymetrów od siebie. Krum rozłożył ramiona w geście oznajmującym, że chcę ją przytulić. W brzuchu Gryfonki pojawiło się dziwne, delikatne łaskotanie. Zrobiła głębszy wdech i zanurzyła się w uścisku chłopaka. Jego silne ramiona oplotły szczelnie jej ciało. Był od niej dużo wyższy, więc jej głowa znajdowała się idealnie na wysokości jego torsu. Czuła jak klatka piersiowa chłopaka porusza się miarowo pod jej policzkiem. Zawsze uważała, że jest samowystarczalna i do szczęścia nie potrzeba jej nikogo ani niczego, jednak teraz czuła się tak przyjemnie odprężona, że gotowa byłaby oddać swoją samowystarczalność za codzienną dawkę takich czułości. Poczuła na czole ciepło ust Wiktora, który czule ją cmoknął. Na filmach zawsze ubóstwiała ten gest, ale nie myślała, że naprawdę jest aż tak uroczy. Policzki zaczęły ją jeszcze bardziej piec. Rozległ się ponownie dźwięk trąbki. Hermiona odsunęła się od Wiktora, a raczej próbowała się od niego odsunąć, bo chłopak rozluźnił uścisk, ale nadal trzymał dłonie oplecione wokół jej talii. Granger spojrzała w jego oczy i każdy mięsień w jej ciele zaczął sztywnieć. Usta nagle jej obeschły, gdy zrozumiała ze to jest ten moment w którym zapewne za chwilę przeżyję swój pierwszy w życiu pocałunek. Krum uśmiechnął się, przyglądając jej się z czułością, a tym samym jeszcze bardziej ją zawstydzając.
  – Czy ja moga cię pocałować na pożegnanie? – zapytał, nadal wpatrując się w oczy dziewczyny. – Zanim ten ruda chłopak znowu nam przeszkodzi.
Hermiona lekko skinęła głową, bo głos zamarł jej w gardle i nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Stres wziął nad nią górę. Przymknęła powieki, gdy twarz Wiktora zaczęła zbliżać się do jej twarzy. Gdy jego usta już prawie zetknęły się z jej malinowymi wargami, szyba na jednym z pięter znajdujących się nad ich głowami roztrzaskała się z hukiem. Rozległ się czyiś śmiech, a potem wzburzony głos  profesora Snape'a, a w ich stronę wraz z odłamkami szkła, poszybował ogromny kufer ze złotymi, lśniącymi literami "W&W". Hermiona już miała przed oczami najgorszy scenariusz, gdy ktoś rzucił się na nią i odepchnął. Kufer z impetem uderzył w miejsce gdzie jeszcze przed sekundą stała i roztrzaskał się na maleńkie kawałki. Minęło kilka minut zanim dziewczyna się otrząsnęła. Na samą myśl o tym, że ten kufer przed chwilą mógł roztrzaskać się na jej głowie, czuła uderzenie gorąca. Była pewna, ze osobą która ją uratowała jest Wiktor, jednak zapach perfum który właśnie wypełnił jej płuca nie należał do niego. Dobrze znała te perfumy, bo były to jedyne męskie perfumy łączące wszystkie jej ulubione zapachy. I używał ich tylko jeden chłopak w Hogwarcie...
   – Fred, mógłbyś już ze mnie zejść?
Rudzielec wydawał się nadal lekko zdezorientowany wydarzeniami sprzed chwili, więc trochę mu zajęło przeanalizowanie słów Hermiony. Próbował się podnieść, nie przyciskając dłoni do leżących wszędzie odłamków szkła, jednak to nie było wcale łatwe zadanie. Gdy już prawie udało mu się wstać, ktoś gwałtownie złapał go za szatę i cisnął w przeciwnym kierunku. Fred zachwiał się, ale ostatecznie udało mu się utrzymać równowagę. W ostatniej chwili zdążył się uchylić przed nadlatującym ciosem.
  – Tego już za wiela, co ty sobia myśla?! – krzyknął rozwścieczony Krum, którego szata i twarz były w tak samo czerwonym kolorze. – Ja znosił twoja głupota i to, że zawsze ty się zjawia w najmniej odpowiednia momenta, ale to już była przesada! Dopóka twoja głupota nie robia nikomu krzywda, było ok, ale teraz ty już przesada.
Przedstawiciel Durmstrangu wymierzył kolejny cios, zanim Fred zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Tym razem refleks Weasley'a zawiódł i cios okazał się celny. Na twarzy bliźniaka momentalnie pojawiła się szkarłatna ciecz. Hermiona widząc to, szybko podniosła się z ziemi, nie zwracając nawet uwagi na to, że odłamki szkła wbijają jej się w dłonie. Jednym susem pokonała dystans oddzielając ją od walczących chłopaków  i stanęła między nimi, w ostatnim momencie zatrzymując rękę Freda, która już szybowała ku twarzy Wiktora. Chcąc mieć pewność, że Weasley nie wykona żadnego niekontrolowanego przez nią ruchu, stanęła do niego tyłem i splotła swoje palce z jego. Pozwolił jej na to. Hermiona spojrzała na Wiktora z nieukrywaną złością w oczach.
  – Sądzę, ze powinieneś już iść Wiktorze. Twój statek zaraz odpływa...
Czarne oczy chłopaka przybrały dziwnie dziki wyraz. Bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę dziedzińca. Hermiona poczuła, ze Fred opiera swój podbródek na jej ramieniu.
  –  Krumek Chrumek, szerokiej drogi – tak szerokiej, żebyście ty i twoje gburowate ego zmieścili się na niej!
Gdy Wiktor zniknął na dziedzińcu, Hermiona wymierzyła Fredowi siarczysty policzek.
  – Au! Za co to?! –  zapytał, łapiąc się za bolące miejsce.
  – Za to co przed chwilą powiedziałeś. Taki jesteś wygadany, gdy przeciwnik znajduje się w bezpiecznej od ciebie odległości, co? - Nim chłopak zdąży się zorientować co się dzieje, dostał drugi policzek. - A to za tę skrzynię, nie wiem jak wielkim idiotom trzeba być, żeby wyrzucić skrzynię przez okno?!
  – To nie było celowe – zaczął się tłumaczyć.
 – George pchnął skrzynie w moją stronę, a ja nie zdążyłem jej złapać i wyleciała przez to pieprzone okno... Gdybym wiedział, że ty tutaj jesteś to wyskoczyłbym za tą skrzynią i starałbym się ją złapać w locie byle tylko ci się nic nie stało...
Po tych słowach cała złość uszła z Gryfonki niczym powietrze z balonika i zachciało jej się śmiać, jednak nie chciała okazać Fredowi, ze już się nie gniewa, dlatego odwróciła od niego twarz ukrywając uśmiech i zaczęła ciągnąć go w stronę skrzydła szpitalnego, nadal nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. 
Weszli do dużego białego pomieszczenia, o charakterystycznym, chemicznym zapachu. Po obu stronach sali stały rzędy pustych łóżek. Granger usadziła Freda na pierwszym z nich i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu pani Pomfrey, której jednak w sali nie było. Postanowiła sama przejść do działania. Swoją dłonią uniosła podbródek chłopaka i zaczęła mu się przyglądać. Fred starał się unikać jej wzroku i z pełnym skupienie wpatrywał się w podłogę. Hermione jednocześnie śmieszył i rozczulał ten widok. Sama już nie była pewna czy bardziej nienaturalne wydaje jej się to, że Fred Weasley się wstydzi, czy to że się rumieni. Starała się zachować powagę oceniając jakie szkody na jego twarzy wyrządziła pięść Wiktora. Krew już zaschła, więc całe szczęście oznaczało to, ze nos nie jest złamany. Z jednej z szafek wzięła gazik i miskę z wodą, by zetrzeć czerwone plamy z twarzy chłopaka, ale gdy tylko włożyła ręce do miski z wodą, poczuła przeszywając ból po wewnętrznej stronie dłoni. Cicho jęknęła co nie umknęło uwadze Freda.
  – Miona, wszystko w porządku?
Grymas bólu na twarzy Gryfonki zastąpiło zdziwienie. Miona…
  – Jak...Jak ty mnie przed chwilą nazywałeś?
Fred wydawał się zdezorientowany jej pytanie, ale od razu na nie odpowiedział, jakby próbując w ten sposób naprawić wszystkie swoje dzisiejsze błędy.
  – Miona... Nie wiem czemu tak powiedziałem, po prostu tak mi jakoś to przyszło pierwsze na myśl. Jest krótsze niż twoje całe imię ii... - przerwał, patrząc na wodę w misce, która zaczynała się robić coraz bardziej czerwona - i chyba coś nie tak z twoimi dłońmi!
Chwycił ją za nadgarstki i wyciągnął jej dłonie spod tafli wody. Pod zaschniętą warstwą jego krwi, w dłoniach dziewczyny znajdowały się dziesiątki małych, szklanych odłamków. Teraz to on posadził ją na łóżku.
  – Matko, jakim cudem ty nic nie czułaś?! – zapytał, z przerażeniem przyglądając się wnętrzu jej dłoni.
  – Ja... Ja nie wiem. To chyba adrenalina, byłam zbyt skupiona na tym co działo się dookoła, żeby skupić się na sobie.
  – Trzeba to jak najszybciej usunąć. Poczekaj – obrócił się do niej tyłem i zaczął czegoś szukać po szafkach. Po chwili stał już przed dziewczyna z tacą, na której miał różne przyrządy i o dziwo – miał na sobie lekarski fartuch.
  – Dzień dobry, najprzystojniejszy uzdrowiciel w Świecie Magii właśnie do pani przybył. – Ukłonił się nisko. – Teraz proszę usiąść doktorowi na kolanach.
Hermiona najchętniej palnęłaby się ręką w czoło, gdyby nie fakt, że w obu dłoniach miała odłamki szkła. Nie miała już siły na kłócenie się z Fredem, więc posłusznie usiadła mu na kolanach. Chłopak objął ją w pasie, a ona oparła głowę na jego ramieniu.
  – Ostrzegam, że może zaboleć – wyszeptał, a ona tylko mocniej wtuliła się w zagłębieniu w jego obojczyku.
  – Jesteś pewien, że wiesz co robisz?
  – Taaak, spokojnie. Nie raz musiałem ratować Georga po naszych małych ‘’wypadkach przy pracy”.
Skinęła głową, a on ujął jej dłoń w swoją i sięgnął po pęsetę. Delikatnie, z precyzją godną prawdziwego chirurga złapał największy kawałek szkła i sprawnym ruchem wyciągnął go. Hermiona cicho jęknęła, przyciskając czoło do szyi chłopaka. Fred wolną ręką pogładził ją po ramieniu, starając się dodać jej otuchy. Całe szczęście większość odłamków nie tkwiła zbyt głęboko, więc Weasley uwinął się z tym dość szybko. Namoczył wacik w wodzie utlenionej i nachylił się do jej ucha.
  – Teraz może trochę szczypać.
Dotknął wacikiem do jej dłoni i poczuł jak całe jej ciało się napina. Nie wiedział czemu, ale patrząc na jej cierpienie czuł, jakby jakaś cząstka niego również cierpiała. Zanim zastanowił się co robi, przycisnął wargi do czubka jej głowy, składając na nim pocałunek. Hermiona nie miała siły protestować… a może nawet nie chciała protestować. Jego ramiona były jak przystań w której chciałoby się odpocząć. Nie rozumiała go, nie rozumiała siebie, ale wiedziała już na pewno, że to wszystko ma jakiś głębszy sens, że za tymi wszystkimi wydarzeniami kryję się coś o wiele większego. Poczuła, że ból ustaje, a jej ciało zaczęło się odprężać, opadając bezwładnie w ramiona Freda. Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia można przeżyć dwa pocałunki i oba tak skrajnie się od siebie różniące. Wiktor sprawił, że poczuła się taka mała, bezbronna, za to Fred… Jej powieki zaczęły stawać się coraz cięższe, aż w końcu poddały się i złożyły broń, zakrywając się zasłoną rzęs.

Fred wstał, unosząc Hermionę. Odłożył ją na łóżku i najdelikatniej jak się dało, przykrył ją kocem. Poszedł do łazienki by zmyć krew z twarzy i opatrzyć swoje rany. Całe szczęście okazało się, że nie odniósł żadnych większych obrażeń poza kilkoma siniakami i zadrapaniami. Zimna woda orzeźwiła go trochę i przyniosła ulgę na obolałą szczękę. Co jak co, ale musi przyznać, że prawy sierpowy to ma chłopak dobry. Jego szczęka na pewno zapamięta go na dłużej. Wrócił na salę i koło łóżka na którym spała Hermiona zauważył zwitek papieru. Podniósł go i od razu domyślił się co to jest. Rosyjska nazwa ulic, koślawe pismo… Fred wahał się przez chwilę co powinien zrobić, ale ostatecznie wcisnął pergamin do kieszeni. Chciał iść poszukać pielęgniarki, by upewniła się czy z Hermioną na pewno wszystko okej, ale dłoń dziewczyny zacisnęła się wokół jego nadgarstka, a Granger, prawie bezgłośnie wyszeptała:
  – Zostań ze mną, proszę… Nie zostawiaj mnie po raz drugi…


Will I know it? Will I know it?
Will I know it when I see it?
Will I know it, will I know it when you're here?

I need you now
I need you more than ever before.. before
 ***

Cześć i czołem :D Rozdział może nie należy do jakiś mega ciekawych i pełnych akcji, ale przypadł mi do gustu i bardzo przyjemnie mi się go pisało. Kolejny rozdział pojawi się prawdopodobnie w piątek (15.04.2016), bo w tygodniu mam masę nauki, kursy na prawko itp. Itd., więc zazwyczaj w piąteczek siadam na spokojnie i wszystko poprawiam. Mam do Was tylko jeszcze pytanko – czy pasuje Wam taka długość rozdziałów? ( są to ok 4 strony w Wordzie) ;)
A teraz nie przedłużając, czekam na 10 komentarzy!
Pozdrowionka Wam śle,
Wena mnie wyjątkowo rozpiera, gdyby jeszcze ten czas…
Marta Weasley
PS Tak wiem, że tęskniliście za moimi filmikami xD

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 6: Przypomnij mi cz.2

Hermiona obudziła się, czując chłód na plecach. Podciągnęła kołdrę pod samą brodę, by choć trochę ogrzać skostniałe ciało. Okna w dormitorium były pozamykane, więc trochę zdziwiło ją, że cały czas nie mogła przestać się trząść. Wzięła bluzę, którą miała narzuconą na ramiona i założyła ją. Momentalnie uczucie zimna ustąpiło. Nagle uświadomiła sobie, że bluza, którą właśnie ma na sobie to bluza Freda, którą zostawiła w Pokoju Wspólnym, gdy szła spać… Jej serce zaczęło gwałtownie miotać się, niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce zbudowanej z jej żeber. Obrazy ze snu z ogromną prędkością przelatywały jej przed oczami, budząc przy tym w dziewczynie mnóstwo emocji. Czuła jak każda komórka jej ciała tężeję, jak cała napina się niczym strzała gotowa do lotu. Nabroiłaś mała…Nie mogłam cię stracić, więc musiałam to zrobić…Gdybym w porę nie zareagował to żadne z twoich wspomnień mogłoby nie ocaleć… Mózg Gryfonki pracował na najwyższych obrotach, starając się zrozumieć wszystkie wydarzenia ze snu. O ile snem można było to nazwać, bo Granger czuła się tak jakby wszystko to wydarzyło się naprawdę, miała wrażenie, że nadal czuję pod stopami kwiecisty dywan. Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach, starając się uspokoić myśli i ciało. Kilka głębszych wdechów na nic się zdało. Wstała z łóżka najciszej jak potrafiła i szybko przemknęła się do drzwi. Marmurowa podłoga ziębiła ją w bose stopy, ale nie zwracała na to uwagi, chciała jak najszybciej znaleźć rozwiązanie tej sytuacji, bo czuła, że inaczej zwariuje. Weszła do Pokoju Wspólnego i ku swojej radości – nikogo tam nie zastała. Szybko omiotła wzrokiem pomieszczenie. W świetle dogasającego kominka ciężko jej było odnaleźć przedmiot, którego potrzebowała. Ostrożnie, starając się na nic nie wpaść, ruszyła w stronę najciemniejszego kąta Pokoju. Żałowała, że nie zabrała różdżki, która teraz byłaby bardzo przydatna do oświetlenia pomieszczenia. Zmarzły jej dłonie, więc włożyła je do kieszeni bluzy, gdzie o dziwo wyczuła długi, drewniany przedmiot. Różdżka. Wyciągnęła ją i szybki ruchem, zapaliła wszystkie lampy. Pomieszczenie zalała ciepła, pomarańczowawa poświata, która nadawała Pokojowi specyficzną, przytulną atmosferę. Hermiona uśmiechnęła się widząc stojącą przed nią skrzynię. Uklęknęła i złapała za wieko, by ją otworzyć, ale to ani drgnęło. Rzuciła zaklęcie otwierające, ale to również nie pomogło. Nie spodziewała się po bliźniakach zbyt zaawansowanej magii, więc spróbowała jeszcze kilku innych zaklęć. Przy ostatnim zamek w końcu cicho kliknął i otworzył się. Uniosła ciężkie wieko, a jej zmysł węchu został zaatakowany przez natłok przeróżnych zapachów. Przez chwilę miała wrażenie, że zemdleje, ale całe szczęście po upływie kilku sekund zapachy straciły na intensywności. We wnętrzu skrzyni znajdowały się przeróżne fiolki, składniki do ich wynalazków i również wiele podejrzanie wyglądających rzeczy, których pochodzenia chyba Hermiona wolała nie poznawać. Nigdzie nie było tego, czego szukała – czyli  notatek ze składem danego wynalazku. Jednak bliźniacy byli inteligentniejsi niż przewidywała. Miała nadzieje, że skoro są na tyle głupi by zostawiać skrzynię ze swoimi wynalazkami, gdzie popadnie to i zapiski się znajdą. Westchnęła cicho.
  – Nie ładnie tak grzebać w cudzej własności.
Hermiona aż podskoczyła, słysząc za sobą głos chłopaka. Szybo wstała i obróciła się, stając twarzą w twarz z nowo przybyłym.
  – Ja… – odkaszlnęła, by dodać sobie czasu na wymyślenie kłamstwa  – nie mogłam spać, więc postanowiłam, że przyjrzę się waszym wynalazkom. Skoro mam wam pomóc to chciałam się zorientować co i jak, jakie książki będą mi potrzebne i w ogóle.
George wyglądał na nie do końca przekonanego. Przyglądał jej się podejrzliwie jeszcze przez chwilę, aż w końcu jego twarz ponownie rozpromieniła się.
  – Perfekcyjna jak zwykle. – Uśmiechnął się do niej. – Mogłaś poprosić, podałbym ci wszystkie potrzebne informacje.
  – Nie mogłam spać, więc to było tak pod wpływem chwili. Postanowiłam czymś się zająć, a to pierwsze przyszło mi na myśl.
Nie lubiła kłamać, ale w tej sytuacji to było jedyne wyjście. Nie mogła powiedzieć przecież, że szuka wynalazku, którym w nią trafili, żeby sprawdzić czy całkiem przypadkiem jego brat nie skasował jej pamięci. George uklęknął przy skrzyni i włożył do niej rękę, chwile pomajstrował przy lewym boku pudła, a po chwili wysunęła się z niego szuflada pełna kartek. Bardzo sprytnie – pochwaliła ich w duchu Hermiona.
  – Na razie mamy cały zapas prototypów z wynalazkami na przyszły rok szkolny, ale zaczęliśmy też przygotowywać kolekcję Halloweenową, Bożonarodzeniową i Walentynkową.
Granger otworzyła szeroko usta ze zdziwienia.
  – Ale przecież do tych świąt jeszcze mnóstwo czasu!
 – Tak, ale wykonanie niektórych eliksirów zajmuję bardzo dużo czasu. Potrzymaj, – podał jej plik kartek – to są wszystkie skończone wynalazki.
Włożył ponownie rękę do skrzyni, tym razem po prawej stronie. Hermiona korzystając z jego nieuwagi, szybko odszukała na kartkach Kometę Kryształowego Zaklęcia i niepostrzeżenie wyciągnęła ją z pliku i schowała do kieszeni.
  – A tutaj są prototypy – powiedział zadowolony z siebie, gdy w końcu udało mu się wygrać zaciętą walkę z zacinającą się szufladą. – Na razie mogę ci je tylko pokazać, żebyś zobaczyła co ci będzie potrzebne, ale sama rozumiesz, że nie mogę ci ich dać.
Hermiona skinęła głową, udając że czyta skład wszystkich wynalazków. Jej uwagę najbardziej przykuły niejakie Zniewalające Bańki Pierwszej Miłości z kolekcji walentynkowej. Przepis był pisany w inny sposób niż pozostałe, bardziej chaotycznie i było na nim o wiele więcej skreśleń, jakby ktoś ciągle zmieniał zdanie tworząc go.
  – To autorski projekt Freda – rzucił George, zaglądając jej przez ramię w kartki. – Nie sądzę, że coś z tego wyjdzie, ale nie można podcinać braciszkowi skrzydeł.
Zabrał kartki i ponownie je schował. Gdy zamknął i zabezpieczył skrzynię, spojrzał ponownie na Hermionę.
  – Czemu zgodziłaś się nam pomóc?
Zdziwiła się jego pytaniem. Czyżby George coś podejrzewał?
  – Stwierdziłam, że jeśli już macie produkować te swoje wymysły to jeśli wam pomogę to przynajmniej będę miała pewność, że nie są one szkodliwe dla zdrowia.
George uśmiechnął się.
  – Cała Granger. Tak myślałem, że nie robisz tego z miłości do nas… – zamyślił się chwilę. – Chociaż patrząc na to, że masz na sobie bluzę mojego brata to może jednak robisz to z miłości do jednego z nas.
Hermiona poczuła jak na jej policzki wpełza ogromny rumieniec. W takich momentach jak ten żałowała, że się nie maluję, przynajmniej tona pudru ukryłaby te wypieki.
  – Nie bądź śmieszny George, Fred nie wytrzymałby ze mną nawet minuty. On, i ty zapewne też, macie chyba całkowite uczulenie na książki.
  – Nie bądź taka pewna, Fred pod tą maską Hogwarckiego idioty skrywa swą prawdziwą twarz – myśliciela i jedynej nadziei rodziny Weasley. – Oboje roześmiali się. – Wiesz Hermiona, tak naprawdę to nie pogardziłbym taką bratową jak ty!
  –George! Przestań już! – Śmiejąc się pacnęła go w ramię.
  – Dobrze, już dobrze. Tylko ostatnio mój braciszek cały czas cię wychwala, mówi jaka to jesteś miła i inteligenta, i jak dobrze mu się z tobą rozmawia, więc myślałem, że…
  – Oh George, tak rzadko zdarza ci się myśleć i jak w końcu to robisz to marnujesz czas na myślenie o takich głupotach?
Udał obrażonego i zmierzył Gryfonkę urażonym wzrokiem.
  – Ja też mam uczucia! – udał, że ściera z policzka niewidzialną łzę – Ranisz!
 – Prawda bywa bolesna mój drogi. – Poklepała go pocieszająco po ramieniu. – Ja tymczasem wracam do łóżka.
Obróciła się i już chciała odejść, gdy chłopak objął ją.
  –Dziękuję Hermiono, nawet nie wiesz ile dla nas znaczy twoja pomoc.
Poczuła się trochę nieswojo, ale odwzajemniła uścisk chłopaka. Zrobiło jej się trochę przykro, że pomoc im jest jedynie częścią jej planu. Szybko wróciła do dormitorium i ponownie zakopała się w swym kokonie z pościeli. W głowie kołatały jej się słowa Georga, na temat tego, że Fred coś o niej mówił. Czy on naprawdę ją lubił? Nie, przecież to absurd! Wyciągnęła zwitek papieru z kieszeni i szybko go przeanalizowała. Niestety w składzie nie znalazła nic, co mogłoby wywołać taki skutek. Zawiedziona położyła się ponownie spać, choć wiedziała, że zbyt szybko nie zaśnie.

***

Tydzień minął niepostrzeżenie i nadszedł w końcu tak wyczekiwany przez wszystkich uczniów dzień – zakończenie roku szkolnego. Od najwcześniejszych godzin w całym zamku panowało niezwykłe poruszenie. Przepakowywanie kufrów, przetrzepywanie dormitoriów by upewnić się, że na pewno o niczym się nie zapomniało i oczywiście entuzjastyczne rozmowy, dzielących się ze sobą wakacyjnymi planami uczniów. Podekscytowanie udzielało się wszystkim tylko nie Hermionie. Granger. Jak na porządną uczennice przystało, spakowała się już wczoraj, skrupulatnie układając książki i ubrania, tak by nic się nie pogniotło, ani żadna z książek nie ucierpiała podczas podróży. Ubrana w szkolne szaty, zeszła do Pokoju Wspólnego, gdzie zastała dość dziwny widok. Na  środku pomieszczenia walczyły ze sobą dwa kufry, którym kibicowała zgromadzona dookoła publiczność. Jedni krzyczeli, inni bili brawo, gdy klapa jednego z kufrów ‘’zgubiła’’ kawałek zamykania. Hermiona nie musiała nawet szukać winowajców całego zamieszania, bo od razu domyśliła się, że są nimi Fred i George. Podeszła do siedzących na kanapie – Harry’ego i Rona, którzy pochłonięci byli rozmową. Byli tak zajęci, że nawet jej nie zauważyli, więc postanowiła im nie przeszkadzać. Wyszła z pomieszczenia.
 Teraz siedziała nad stawem, z dala od hałasu i tłoku. Promienie słońca przyjemnie łaskotały jej policzki. Przymrużyła oczy i oparła się o konar drzewa. Kochała Hogwart, był dla niej naprawdę ważnym miejscem, jednak tęskniła za domem. Może nie tyle za domem, a za rodzicami. Jako jedynaczka zawsze spędzała z nimi dużo czasu, to jej poświęcali całą swoją uwagę i tyle miesięcy rozstania czasami było ciężkie do zniesienia. Coś zasłoniło jej słońce, więc zmuszona była otworzyć oczy. Spojrzała na rudą czuprynę błyszczącą w promieniach słonecznych i mimowolnie lekko się uśmiechnęła.
  – Cześć  – rzucił Fred, swoim zwykłym, lekko  ironicznym tonem głosu, siadając koło niej.
  – Cześć – odpowiedziała, odwracając od niego wzrok i ponownie przymykając powieki.
  – Jak tam?
  – W porządku, a u ciebie?
  – Też. A właściwie to nie. Dziwne to wszystko, co?
Hermiona otworzyła oczy i spojrzała na niego zdziwiona, jej serce automatycznie przyspieszyło.
  – Co masz na myśli?
  – Cedrika. Od jego śmierci minęło zaledwie kilka tygodni, a wszyscy zachowują się jakby zapomnieli o tym, że kiedykolwiek istniał. To smutne, że człowiek jest, a za chwilę już go nie ma. Gorsze jest jeszcze to, że nikt nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia. Czarny Pan  wrócił, a wszyscy mają na to wyje… wyrąbane.
  – Tak, masz rację. Ludzie zbyt szybko zapominają i lekceważą ostrzeżenia. Każdy kolejny rok będzie coraz cięższy i będzie pochłaniał coraz więcej ofiar. I to w nas, w młodych ludziach jest jedyna nadzieja tego świata…
Fred przyglądał jej się przez chwilę ze zdziwieniem w oczach. Zastanawiało go skąd ona bierze te wszystkie życiowe mądrości. Podziwiał ją za to. W tym momencie miał ochotę powiedzieć jej jakiś komplement, bo nie mógł znieść tego, że tak wartościowa dziewczyna jak Hermiona, nie zna swojej wartości. Jego przyglądanie się dziewczynie przerwał odgłos poruszanych gałęzi  i pełen zazdrości wzrok Angeliny wbity w niego.
  – Tutaj. Jesteś. Skarbie.
Na jej twarzy malowała się złość, która próbowała ukryć sztucznym uśmiechem. Fred widząc jej minę, szybko się zerwał i stanął koło niej.
  – Taaak, musiałem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odetchnąć od tego hałasu. – Cmoknął ją w policzek, a Hermiona poczuła jak jej krew w żyłach zaczyna wrzeć. Nagle poczuła niepohamowaną ochotę utrzeć nosa Johnson.
 – Oh, no dobrze. To co idziemy? Za chwilę zaczyna się uroczystość!
  – Tak, tak. Już idę. Do zobaczenia Hermiono! – rzucił w jej stronę i ruszył za swoją dziewczyną.
  – Fred! – krzyknęła, zanim ugryzła się w język. – Twoja bluza, musze ci ją oddać.
Na twarzy Angeliny malowała się teraz prawdziwa wściekłość, a na Hermiony wyraz triumfu. Wiedziała, że Fred będzie miał przez nią na pewno niezły opierdziel , ale nie mogła sobie odmówić tej przyjemności.
  – A…bluza…tak – zamyślił się na chwilę – oddasz mi ją we wakacje!
I zniknął. Hermiona mogłaby przysiąc, że widziała na jego twarzy wyraz aprobaty dla jej odwetu. Wstała i powlekła się w stronę szkoły.

***

          Odnalazła Rona i Harry’ego w Pokoju Wspólnym, nadal siedzących na kanapie. Podeszła do nich i usiadła obok.
  – Co się dzieję? Czemu jeszcze nie jesteście na Wielkiej Sali?
Ron spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, a na jego twarzy pojawiła się mina w stylu ‘’zrób coś z nim, zanim stracę nad sobą panowanie”.
  – Harry nie chcę iść na uroczystość, bo ma dosyć tych wszystkich wścibskich spojrzeń, jakby przez te wszystkie lata nie mógł się do nich jeszcze przyzwyczaić.
Ron pokręcił głową ze złością. Hermiona doskonale rozumiała Harry’ego. Od czasu  śmierci Cedrika opinie na jego temat były podzielone i niestety zdecydowanie większa część uważała go za wariata próbującego nastraszyć cały świat powrotem Voldemorta. Po długotrwałych wykładach Hermiony i Rona, Harry w końcu uległ. Ruszyli na Salę.
Wielka Sala nie wyglądała tak jak zwykle. Dotychczas podczas uczt pożegnalnych była ozdobiona kolorami zwycięskiego domu, ale tym razem ich miejsce zastąpiły czarne draperie, będące oznakami żałoby. Szybko przecisnęli się do zajętych dla nich przez Ginny miejsc. Ogromna przestrzeń Wielkiej Sali wypełniona była ciszą i równomiernymi oddechami uczniów.
*  – Nadszedł koniec – zaczął Dumbledore, rozglądając się po Sali – następnego roku.
Na chwilę zamilkł, a jego spojrzenie zatrzymało się na stole Hufflepuffu. Dziś był to najbardziej zdyscyplinowany stół, a Puchoni najbardziej bladymi i smutnymi uczniami w Sali.
  – Dziś wieczór chciałbym powiedzieć wam bardzo wiele, – ciągnął Dumbledore – ale najpierw muszę wspomnieć o stracie osoby, która powinna siedzieć tutaj, – wskazał ręką stół Puchonów – razem z nami ciesząc się ucztą. Chciałbym, żebyśmy wszyscy wstali i wznieśli toast za Cedrika Diggory'ego.
Wszyscy to zrobili; ławki zaskrzypiały, kiedy wstali i podnieśli swoje kielichy, i powtórzyli, niskimi, smutnymi głosami “Cedrik Diggory”.
Hermiona napotkała spojrzenie Freda, które po raz pierwszy było tak smutne. Czuła, że jej spojrzenie jest takie samo.
* – Cedrik był osobą, którą ucieleśniała wiele cech charakteryzujących dom Hufflepuffu – ciągnął Dumbledore. - Był dobrym i lojalnym przyjacielem, umiał ciężko pracować, cenił czystą grę. Jego śmierć miała wpływ na was wszystkich, niezależnie od tego, czy go znaliście, czy nie. Myślę, że w takim razie macie prawo, żeby dowiedzieć się, co dokładnie się stało.
Wszyscy wstrzymali powietrzę, domyślając się co lada chwila powie dyrektor.
* – Cedrik Diggory został zamordowany przez Lorda Voldemorta.
Pełen paniki szmer przeszedł przez Wielką Salę. Ludzie wpatrywali się w Dumbledore'a z niedowierzaniem i przerażeniem. On natomiast zupełnie spokojnie, w milczeniu, patrzył, jak szepczą między sobą.
  – Ministerstwo Magii – kontynuował Dumbledore – nie chce, żebym wam to mówił. Możliwe, że rodzice niektórych z was będą oburzeni, że jednak to zrobiłem... ponieważ nie uwierzą, że Lord Voldemort powrócił, albo ponieważ sądzą, że jesteście zbyt młodzi, by dowiedzieć się prawdy. Ja jednak uważam, że prawda jest zawsze lepsza od kłamstwa, oraz że udawanie, że Cedrik zginął w wypadku albo na skutek swojego błędu, krzywdzi jego dobre imię.
Oszołomienie i przerażenie, wszystkie twarze w Wielkiej Sali były teraz zwrócone na Dumbledore'a.
  – Jest jeszcze ktoś, kto powinien być wspomniany w tym miejscu – ciągnął Dumbledore. – Mówię oczywiście o Harrym Potterze.
Po Wielkiej Sali znowu przeszedł szmer, kiedy wiele głów odwróciło się i spojrzało na Harry'ego.
  – Harry'emu Potterowi udało się uciec Lordowi Voldemortowi – powiedział Dumbledore – Ryzykował on własnym życiem, by zabrać ciało Cedrika z powrotem do Hogwartu. Okazał, w pełnym znaczeniu tego słowa, ten rodzaj odwagi, który zaledwie niewielu czarodziejów było w stanie okazać, stając twarzą w twarz z Lordem Voldemortem. I za to należy mu się szacunek.
Dumbledore zwrócił się z grobową miną do Harrego i ponownie podniósł swój kielich. Prawie wszyscy w Wielkiej Sali powtórzyli gest. Wyszeptali jego imię, tak samo jak wcześniej Cedrika, i wypili za niego toast.
Kiedy wszyscy ponownie zajęli swoje miejsca, Dumbledore zabrał głos:
 - Celem Turnieju Trzech Czarodziejów było propagowanie tolerancji i zrozumienia. W świetle tego, co się stało... powrotu Voldemorta... ten cel staje się ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.
Dumbledore zerknął na Madame Maxime i Hagrida, na Fleur Delacour i pozostałych uczniów Beauxbatons, na Victora Kruma i jego kolegów z Durmstrangu przy stole Ślizgonów. Krum, jak zauważyła Hermiona, patrzył czujnie, prawie z obawą, jakby oczekiwał, że Dumbledore powie coś nieprzyjemnego.
  – Każdy gość w tej Sali – powiedział Dumbledore, spoglądając na uczniów Durmstrangu – będzie tutaj powitany w każdej chwili, jeśli tylko zechce do nas zawitać. Powtarzam to jeszcze raz: w świetle powrotu Lorda Voldemorta, jesteśmy tak silni jak tylko jesteśmy zjednoczeni, i tak słabi, jak jesteśmy podzieleni.
  – Wkład Lorda Voldemorta w szerzenie niezgody i wrogości jest ogromny. Możemy z tym walczyć tylko poprzez okazanie równie wielkiej siły przyjaźni i zaufania. Różnice w zachowaniu i języku są niczym, jeśli nasze cele są identyczne, a nasze serca otwarte.
  – Myślę... i jeszcze nigdy aż tak nie pragnąłem być w błędzie... że przed nami czarne i trudne chwile. Niektórzy z was, w tej Sali, już ucierpieli bezpośrednio od Lorda Voldemorta. Wiele waszych rodzin zostało rozbitych. Tydzień temu jeden z was opuścił ten świat.
  – Zapamiętajcie Cedrika. Pamiętajcie, jeśli przyjdzie taki moment, że będziecie musieli wybrać między tym, co jest właściwe, a tym, co jest łatwe, pamiętajcie, co stało się z chłopcem, który był dobry i odważny, ale miał nieszczęście spotkać na swej drodze Lorda Voldemorta. Zapamiętajcie Cedrika Diggory'ego.

Wszyscy obecni powstali i unieśli różdżki w górę, zapalając małe iskierki na ich końcach.


***

   Hermiona wyszła na dziedziniec, gdzie uczniowie innych szkół szykowali się do odjazdu. Odnalazła wzrokiem Kruma i uśmiechnęła się, przeciskając się do niego wśród tłumu...

***

Heeeeeloł :D ale Was rozpieszczam, co? Rozdział w ciągu trzech dni od poprzedniego - to się nazywa prędkość xD Ale to tak w ramach świątecznego prezentu! A jeśli już mowa o świętach to Wesołych Świąt i oczywiście mokrego dyngusa moi drodzy :D
PS Czekam na 10 komentarzy :D
PS2  Fragmenty oznaczone * to cytaty z książki ;)

środa, 23 marca 2016

Rozdział 6: Przypomnij mi cz.1

 – Poczekaj tutaj, ja zaraz wracam – powiedział Harry, znikając w dziurze pod portretem Grubej Damy.
Hermiona z głośnym westchnięciem rzuciła się na kanapę, lądując twarzą na bluzie Freda. Zapach jego perfum, którym przesiąknięty był materiał, pobudził jej ciało. Przyjemny, ciepły dreszczyk przebiegł po jej kręgosłupie, co bardzo rozdrażniło Gryfonkę. Czuła jakby jej własne ciało ją zdradzało. Nie chciała tak reagować na wszystko co związane z Fredem, a jednak jej podświadomość robiła to za nią. Podniosła głowę i uderzyła twarzą w poduszkę.
  – Ale z ciebie idiotka Granger…
  – Nie przesadzaj, nie jest tak źle.
Uśmiechnęła się pod nosem, powracając do pozycji siedzącej.
  – Dzięki Harry, ty to zawsze wiesz jak człowieka podnieść na duchu.
  – Zawsze do usług.
Harry postawił na stolę dwa kubki. W jednym była ulubiona zielona herbata Hermiony, a w drugim jego kawa. Nad kubkami unosiła się para, układająca się w przeróżne kształty. Gryfonce przez chwilę wydawało się, że w oparach gorących napoi widzi kolorowe bańki mydlane. Szybko przeniosła wzrok ponownie na Harry’ego, który przyglądał jej się z zadumaną miną.
  – Coś się stało? – zapytała.
  – Nie myślałem, że sytuacja jest aż tak poważna. Naprawdę.
  – Przecież wszystko jest ok – odpowiedziała z nutką udawanej radości w głosie.
  – Hermiona, znam cię nie od dziś. Sytuacja jest krytyczna! – krzyknął, opadając na kanapę obok niej.  – Nie dość, że wyglądasz jak zbity szczeniaczek, co chwilę się zamyślasz i wydajesz się nie panować nad swoimi emocjami, to do tego siedzisz właśnie skulona na kanapie, znowu gładząc sobie policzek bluzą Freda!
Granger z przerażeniem spojrzała na trzymany w dłoniach przedmiot. Nawet się nie zorientowała kiedy bluza starszego Gryfona, ponownie znalazła się w jej rękach, a tym bardziej - kiedy zaczęła się do niej przytulać. Z ogromnymi wypiekami na twarzy, spojrzała na przyjaciela.
  – Dobra, masz rację. Jest źle...bardzo źle.
  – No i teraz, skoro stwierdziliśmy fakty, to możemy rozmawiać  – szturchnął ją łokciem w bok. – mów co cię męczy.
Hermiona wzięła w dłonie kubek z herbatą. Ciepłe opary prześlizgiwały się po jej twarzy, otulając ją swoimi wilgnymi mackami.
  – Wszystko zaczęło się w ten dzień, gdy uderzył mnie wynalazek bliźniaków i straciłam przytomność. Gdy tylko się ocknęłam i zobaczyłam Freda to...to miałam się ochotę do niego przytulić! Czaisz to? Całe życie pouczam ich jak powinni się zachowywać, odgrażam, że doniosę na nich, a tu nagle mam ochotę się rzucić Fredowi w objęcia? Absurd! Pomyślałam sobie, że widocznie naprawdę mocno walnęłam się w głowę i to jakiś skutek uboczny. Potem spotkałam Freda na błoniach i moje ciało zaczęło wariować, zupełnie nie chciało mnie słuchać. Dowcip Freda w ogóle mnie nie śmieszył, a mimo to śmiałam się z niego. Przypadkowo mnie dotknął, a moje serce omal nie wyskoczyło z piersi by odtańczyć taniec szczęścia. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale ja wcale tego nie chciałam – to tak jakby mój mózg myślał jedno, a ciało robiło drugie, jakby każde było osobną częścią mnie. Ale to nie było jeszcze najgorsze! Niektóre miejsca, zapachy, rzeczy - przywoływały jakieś wspomnienia, które nie były moje. Przynajmniej tak mi się wydawało, że nie były moje. Na przykład, patrząc na fotel w Pokoju Wspólnym widziałam siebie, śpiąca na kolanach Freda. I wtedy w całej historii pojawił się Zgredek. Zaczął mówić o jakimś usunięciu wspomnień, o tym że sama tego chciałam… Nic z tego nie rozumiałam, a on nie chciał mi nic więcej powiedzieć. Przeszukałam wszystkie książki, ale tam również nic tłumaczącego moje zachowanie nie znalazłam. A w książkach przecież zawsze coś jest! Poszłam jeszcze raz do Zgredka i wtedy dowiedziałam się od niego, że Fred ma coś wspólnego z moją rzekomą utratą wspomnień. Pomyślałam sobie, że to może wina tego ich wynalazku, który we mnie uderzył, ale… Harry, ja już sama nie wiem co się ze mną dzieje! – Na policzku Gryfonki pojawiło się kilka małych, słonych kropelek. – Harry…przytul mnie.
Chłopak objął ramieniem kruche ciało Hermiony i delikatnie głaskał ją po plecach.
  – Byłaś kiedyś zakochana?
  – Ja… Nie, nigdy – odpowiedziała lekko zawstydzonym głosem.
  – No właśnie, tak sobie pomyślałem, że może… może zakochałaś się w Fredzie, tylko nie wiesz jak to jest być zakochanym i wydaję ci się, że dzieje się z tobą coś dziwnego?
Hermiona gwałtownie wstała. Spojrzała na Harry’ego ze złością malującą się na twarzy.
  – Nie, gdybym kogoś kochała to wiedziałabym o tym! Nie jestem niedorozwinięta Harry!
  – Spokojnie Hermiono, nie chciałem cię urazić. Taka była moja pierwsza myśl. Usiądź proszę.
Gryfonka wykonała polecenie, choć nadal miała lekko obrażoną minę.
  – Przeanalizujmy wszystko jeszcze raz, na spokojnie.
Hermiona ponownie opowiedziała całą historię, ale tym razem nie pomijając żadnego szczegółu. Wszystko skrupulatnie analizowali, szukając jakiejś wskazówki, ale jak na złość, na nic nie mogli trafić.
  – Myślę, że te twoje sny odgrywają tutaj kluczową rolę. Spróbuj je jeszcze raz przejrzeć, może jednak padło tak imię tego chłopaka, albo chociaż pseudonim?
Granger w skupieniu starała się odtworzyć każdy sen. Słowo po słowie, aż nagle przypomniała sobie coś. Przecież w jednym ze snów zwróciła się do chłopaka po imieniu…Zrozumiem jeśli znajdziesz sobie jakąś inną kobietę, która wybierze ciebie, a nie zbawianie świata, bo ja tak nie potrafię Freddie. FREDDIE, czyli Fred!
  – Harry wiem, znaczy się w jednym ze snów użyłam imienia…Ten mężczyzna z moich snów to Fred!
Serce waliło jej jak oszalałe, a krew w żyłam wrzała. Zgredek miał rację. To wszystko zaczynało robić się coraz bardziej pokręcone. Gryfonka czuła, że w jej głowie pojawia się coraz większy mętlik.
  – Jesteś pewna? – zapytał Harry, wpatrując się w dziewczynę uspokajającym wzrokiem.
  – Czyli Zgredek nie kłamał… Słuchaj Hermiono, zaraz jest zakończenie roku, do tego czasu nie zdążymy niczego się dowiedzieć, więc pozostaje nam czekać. Gdy będziemy razem w Norze, będziemy mogli lepiej wybadać sprawę, wezwiemy też Zgredka. Może, gdy zdobędziemy jakiś element układanki to zgodzi się nam pomóc. Spokojnie siostro, nie zostawię cię z tym samej.
Hermiona uśmiechnęła się smutno i pozwoliła na to by przyjaciel ją przytulił. Siedzieli tak chwilę, ale oczy Gryfonki zaczynały już zamykać się ze zmęczenia i natłoku wrażeń, więc pożegnała się z Potter’em i wróciła do swojego dormitorium. Czuła, że dzisiejsze sny będą już wyglądały zupełnie inaczej...

Łąka była pełna kwiatów. Przeplatały się ze sobą, tworząc wielobarwny dywan. Niebo było czyste, o niespotykanie intensywnej, błękitnej barwie. Pośrodku rosło drzewo, które wyglądało na bardzo stare. Jego rozłożysta korona, rzucała cień, tworzący schronienie przed lejącym się z nieba żarem. Dziwnym zjawiskiem tutaj był brak wiatru. Drzewa otaczające łąkę stały niewzruszone, niczym niemi strażnicy tego niezwykłego miejsca. Hermiona ruszyła przed siebie. Była boso. Czuła, jakby stąpała po puszystym dywanie, a nie żywych roślinach. Słońce prażyło, ale nie odczuwała tego, bo materiał sukienki, którą na sobie miał, chłodził jej ciało. W tej bieli wyglądała jak anioł, sunący po kwiecistych obłokach. Stanęła pod drzewem i automatycznie na jej nagich ramionach pojawiła się gęsia skórka. Nie sądziła, że cień drzewa może obniżać tak bardzo temperaturę. Gdy przestała się trząść, poczuła miękki materiał na swoich ramionach. Wtuliła się w niego. Czyjeś ramiona oplotły jej talię. Poczuła ciepło jego ciała na swoich plecach i oparła się na jego torsie. Tak bardzo się za nim stęskniła. Chciała się obrócić, wpić w jego usta i wyszeptać wszystkie troski, ale doskonale wiedziała, że nie może tego zrobić. Chciała obwodzić opuszkami palców po jego wypukłych kościach policzkowych, wplatać dłonie w jego włosy…
  – Nabroiłaś mała, wiesz o tym?
Jego głos był taki spokojny, kojąco znajomy. Mogłaby wsłuchiwać się w jego słowa całymi dniami.
  – Jedynym moim przewinieniem jest to, że chciałam cię mieć znowu przy sobie. Nie mogłam cię stracić, więc musiałam to zrobić.
Wziął głęboki wdech, a oparte na nim ciało dziewczyny uniosło się razem z jego klatką piersiową. Razem tworzyli idealną całość. Dopełniali się.
  – Nie musiałaś, przecież dobrze wiedziałaś ile ryzykujesz. Gdybym w porę nie zareagował to żadne z twoich wspomnień mogłoby nie ocaleć. A nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że mogłabyś całkowicie zapomnieć o tym co nas łączyło – głos mu lekko zadrżał. Przyciągnął ją mocniej do siebie, tak, że trzymał teraz podbródek oparty na jej ramieniu, a ich policzki się stykały.
  – Czyli to twoja sprawka. Tak myślałam, że maczałeś w tym palce. To takie dziwne uczucie, kiedy jestem zamknięta w ciele młodszej wersji siebie i nie mogę wpływać na jej myśli, a jedynie uczucia…
  – Zawsze wiedziałem, że jesteś szalona Hermiono, ale żeby zrobić coś takiego. Nawet nie wiesz ile jeszcze trudności cię czeka, zanim uda ci się złamać barierę zapomnienia.
  – Liczą się cele, a nie poświęcenia do nich prowadzące. Odzyskam cię i tyle.
Cmoknął ją w policzek.
  – Muszę iść, ale zobaczymy się znowu już niedługo – wyszeptał wprost do jej ucha. – Kocham cię.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, poczuła chłód za swoimi plecami, ale na jej ramionach nadal spoczywała bluza. Otuliła się nią szczelnie.
  – Ja też cię kocham – wyszeptała w pustkę.

dance harry potter emma watson daniel radcliffe hermione granger

***
Wybaczcie, że taki krótki, ale to połowa rozdziału, bo jest już 00:38 i zamykają mi się już oczy, Obiecałam, że dodam rozdział, więc sprężałam się jak mogłam. Jutro wszystko poprawię jeśli są jakieś literówki ;)

niedziela, 20 marca 2016

Ogłoszenie!

Cześć. Tak wiem, że rozdział miał być już dawno, ale niestety mam teraz taki zapierdziel, że nie nadążam. Mam napisaną 1/3 rozdziału i po prostu nie mam kiedy go dokończyć, mimo że w mojej głowie jest on już ułożony w całości. Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczycie. Postaram się naprawdę zrobić to jak najszybciej. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie. Szkoła niestety zawsze musi być na pierwszym miejscu. Prawdopodobnie rozdział dodam w nocy w środę.
Jeszcze raz przepraszam.
Do napisania!
Marta Weasley

piątek, 4 marca 2016

Miniaturka: Perła oceanu


Perła oceanu

W pomieszczeniu panował lekki półmrok, ale rozświetlała go wpadająca przez otwarte okno czerwonawa poświata zachodzącego słońca. Bryza wiejąca znad oceanu poruszała lekko firanką, odsłaniając widok na piaszczysty brzeg i bezkresną taflę wody. Gdy kiedyś ktoś powiedział jej, że najpiękniejsze zachody słońca są nad oceanem, nie chciała uwierzyć, ale teraz była pewna, że jest to w stu procentach prawda. Podziwiała znikającą za horyzontem ognistą gwiazdę od kilkudziesięciu lat i nadal jej się to nie znudziło.
Na fotelu, który wyglądał już na trochę wysłużony, siedziała starsza kobieta. Siwe loki otulały jej pooraną zmarszczkami twarz. Z lubością przysłuchiwała się rytmicznym, spokojnym dźwiękom pianina. Jej wzrok wydawał się nieobecny i rozanielony.
   – Babciu – wyrwał ją z zamyślenia głos dziewczyny grającej na pianinie. Muzyka ucichła, a kobieta przeniosła swój nadal lekko nieobecny wzrok na nią.
  – Słucham cię, skarbie?
Mimo że Hermiona miała więcej wnucząt, to właśnie Clary najmocniej faworyzowała. Była ona najbardziej podobno do swojej matki, a co za tym idzie – do swojego dziadka. Te same iskierki w oczach, ten sam spokój w głosie…
  – Mogłabyś mi jeszcze raz wytłumaczyć jak zagrać te środkowe nuty? Za każdym razem zacinam się w tym samym momencie.
Staruszka skinęła głową i dość sprawnie jak na swój wiek, wstała z fotela. Kochała pianino, więc ogromną radość sprawiło jej, gdy wnuczka przejęła po niej to zamiłowanie. Sama od dawna już nie grywała, ale mimo to jej palce ani trochę nie wyszły z wprawy. Szybko i sprawnie wytłumaczyła Clary jak powinna zagrać by wszystko ze sobą płynnie współgrało. Tym razem dziewczynie się udało, a serce Hermiony przepełniło znajome uczucie ciepła. Z wrażenia aż ponownie usiadła. Clary już od kilku miesięcy uczyła się tej piosenki, bo wiedziała jak wiele znaczy ona dla jej babci. Nie myliła się, w sercu starszej kobiety od razu obudziły się wszystkie wspomnienia. Ciało Hermiony jakby skurczyło się, skuliła się wbijając głębiej w fotel. Narzuciła koc na ramiona i spojrzała na wnuczkę z czułością w oczach.
  – Zagrasz…Zagrasz mi dzisiaj całą? – jej głos lekko drżał z ekscytacji.
  – Tak, myślę, że tak. Właściwie to ta jedna piosenka szła mi najciężej, dlatego tak długo się nad nią męczyłam, ale pozostałe…Zresztą, sama zaraz zobaczysz, a raczej usłyszysz!
Gdy pierwsze dźwięki wypełniły pokój, Hermiona poczuła jak uczucie błogości ogarnia jej ciało. Przeniosła wzrok za okno. Jak co wieczór na plaży pojawiło się kilka zakochanych par. Kobieta doskonale pamiętała wszystkie wieczory spędzone w ten sam sposób. Między spacerującymi zakochanymi ujrzała tak dobrze znaną jej czuprynę…

Wiatr rozwiewał jej włosy, gdy biegła brzegiem oceanu. Piasek łaskotał ją przyjemnie w bose stopy. Nabierała rozpędu. Jeszcze tylko kilka kroków i hop! Wskoczyła chłopakowi na plecy, a on zręcznym ruchem złapał ją pod kolana. Roześmiała się, gdy przerzucił ją sobie przez ramię. Po chwili już znajdowała się z nim twarzą w twarz, podtrzymywana przez jego silne ramiona. Ramiona będące jej ostoją. Jej przystanią. Pocałowała go, a w ustach poczuła słony smak jego warg. Uśmiechnął się do niej i zaczął wbiegać do wody z piszczącą dziewczyną na rękach. Zamachnął się udając, że chcę wrzucić ją do wody, a ona protestowała głośno, uderzając go swoimi drobnymi piąstkami w klatkę piersiową.
  – Za buziaka jestem w stanie się poddać!
Spojrzała na niego zawadiacko. Była jak otwarta księga, zawsze można było wyczytać z jej oczu, gdy chciała coś zbroić. Chłopak od razu domyślił się, że coś się święci, ale za późno zorientował się co. Brunetka chlapnęła mu wodą w twarz, cicho chichocząc. Oczywiście nie pozostał jej dłużny. Rzucił się na tafle wody z dziewczyną w objęciach.

Wspomnienie znikło jak bańka mydlana, gdy ucichły dźwięki pianina. Hermiona uchyliła oczy. Właściwie to nawet nie zorientowała się, kiedy je zamknęła. Od razu zauważyła troskliwe spojrzenie wnuczki.
  – Wszystko w porządku babciu? – zapytała z nieukrywaną troską w głosie nastolatka.
  – W jak najlepszym porządku kochanie. To tylko wspomnienia, czasami lubią napadać na starszych ludzi w najmniej spodziewanym momencie – posłała wnuczce szczery uśmiech. – Pięknie zagrałaś tę piosenkę. Od lat jej nie słyszałam, a ty zagrałaś ją tak cudownie, że aż poczułam się znów młoda – zażartowała.
Dziewczyna lekko się zarumieniła. Podeszła do starszej kobiety i przytuliła ją, czule całując w czoło.
  – Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę babciu. – Z torby stojącej za fotelem kobiety wyciągnęła pożółkły już zeszyt. Źrenice Hermiony od razu się rozszerzyły, co oznaczało, że bez problemu poznała notatnik. Był to jej stary notes, w którym zapisywała wszystkie piosenki, które coś dla niej znaczyły, ale także pisała swoje własne. Clary usiadła przy pianinie rozkładając na nim nuty.
  – Chciałam zrobić ci niespodziankę, więc w domu ćwiczyłam pozostałe piosenki i kilka z nich idzie mi naprawdę nieźle, chcesz posłuchać?
Hermiona bez zawahania skinęła głową. By ukryć przed siedemnastolatką nachodzące jej do oczu łzy, szybko przeniosła wzrok ponownie na okno. Słońce już prawie całkowicie schowało się za horyzontem, gdy pomieszczenie wypełniły kolejne dźwięki, wciskając się do podświadomości kobiety i niczym macki wyciągające z niej odległe wspomnienia.
Wieczór był wyjątkowo ciepły. Ocean spokojnie kołysał się w rytm znanej tylko jemu piosenki. Biała, zwiewna sukienka, którą miała na sobie idąca plażą kobieta, idealnie kontrastowała z jej opalenizną. Jej dłoń spleciona była z dłonią idącego obok niej mężczyzny. Szli w milczeniu, jednak nie było to milczenie, które krępuję, a to milczenie, które łączy ludzi niemą przysięgą. Plaża była wyjątkowo pusta. Minęli jak do tej pory tylko dwójkę dzieciaków wyprowadzających na spacer psa. Hermiona obserwowała ocean, gdy ktoś zasłonił jej oczy czymś aksamitnym.
  – Co ty wyprawiasz? – zapytała zdziwiona.
  – Zobaczysz – wyszeptał wprost do jej ucha mężczyzna stojący za nią. Poczuła jak jej ciało przechodzą ciarki. Przełknęła gulę, która pojawiła się w jej gardle i pozwoliła się prowadzić. Pod stopami czuła mokry piasek, a w ustach słony smak, wilgotnego, oceanicznego powietrza. Wziął ją na ręce. Wyczuwała, że mężczyzna idzie coraz pewniej, więc wiedziała, że nie znajdują się już na plaży. Gdy postawił ją na ziemi, pod stopami poczuła belki pomostu, a jej serce jeszcze bardziej przyśpieszyło. Wiedziała już gdzie są, nawet bez zdejmowania opaski. To tutaj były praktycznie wszystkie ich pierwsze razy. Na tym pomoście zrozumiała, że jest dla niej kimś więcej, tutaj po raz pierwszy oddał jej swoją bluzę, po raz pierwszy ją objął, złapał za dłoń, pocałował… Czuła, że jej serce wpada w dziki galop. Domyślała się co zaraz się stanie, mimo że starała się odgonić od siebie tę myśl, przeczuwała że zmiany w jej życiu nadchodzą nieuchronnie. Kurtyna nałożona na jej oczy opadła i ukazał się jej widok, jakiego niejedna kobieta mogłaby jej pozazdrościć. Na pomoście z płatków róż i lampionów ułożone było serce, a pośrodku niego świecący jakimś magicznym, złotawym światłem napis. Uklęknął przed nią i powtórzył to, co przed chwilą przeczytała.
  – Wyjdziesz za mnie? – wyszeptał, a dłonie w których trzymał małe pudełeczko w kształcie muszelki, zaczęły mu lekko drgać ze zdenerwowania, co tylko bardziej ją rozczuliło. – Uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie? A właściwie to najszczęśliwszym mężczyzną we wszechświecie, bo jeśli gdzieś tam naprawdę żyją jakieś inne istoty to na pewno żadna z nich nie jest bardziej szczęśliwa niż ja będę, gdy powiesz tak.
Kobieta zachichotała nerwowo i wyciągnęła w jego stronę dłoń.
  – Oczywiście, że się zgadzam!
Na jej palcu błysnął piękny pierścionek, ozdobiony małą perłą. Rzuciła mu się na szyję, pozwalając by po jej twarzy spływały potoki łez szczęścia.
  – Jesteś moją perłą, moim skarbem w bezkresnym oceanie życia – wyszeptał wprost do jej ucha, a ona jeszcze bardziej wtuliła się w jego ramiona.

W pokoju ponownie zapanowała cisza wyrywając kobietę ze świata wspomnień. Już miała otworzyć oczy, gdy kolejne nuty zaczęły płynąć z instrumentu. Tak, to była zdecydowanie piosenka, która wiele zmieniła w jej życiu…

 – Gdzie mnie ciągniesz wariacie!
Mężczyzna z podekscytowaniem przeskakiwał kolejne wzniesienia klifu. Przystanął dopiero, gdy jego oczom ukazało się piaszczyste zejście na płaską część wzniesienia. Hermiona starała się dotrzymać mu kroku, ale ciężko było jej to zrobić w służbowym uniformie krępującym ruchy. Porwał ją zaraz po pracy nie pozwalając się nawet przebrać. Od początku wiedziała, że jest szalony, ale przecież to w nim tak pokochała, więc nie miała prawa narzekać. W ślad za narzeczonym zsunęła się piaszczystą ‘‘zjeżdżalnią’’ i stanęła na dość dużej, płaskiej powierzchni, z której prowadziła ścieżka na plażę. Widok z tego miejsca był piękny. Bezkres oceanu, w oddali kawałek portu i przede wszystkim ich pomost. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
  – Podoba ci się tutaj? – w jego głosie wyczuwalna była nutka zdenerwowania.
  – Oczywiście, że tak! Przecież wiesz jak uwielbiam to miejsce, wiesz jak kojąco działa na mnie ocean.
  – Wiem, dlatego właśnie – podszedł do dziewczyny i przestawił ją kawałek dalej. Podniósł patyk z ziemi i kreśląc jakieś prostokąty na ubitej ziemi, zaczął mówić: – Dlatego właśnie tutaj będzie salon, a tam kuchnia, żebyś mogła patrzeć na wodę, gdy będziesz gotować mi obiady. A tutaj się wszystko odgrodzi, żeby nasze dzieci i pies, albo pies i dzieci. To zależy, w jakiej kolejności będziemy posiadać te dwie istoty…
Nie dokończył swojej wypowiedzi, bo kobieta zarzuciła mu ręce na szyję i obdarzyła namiętnym pocałunkiem.
  – Lepszego miejsca na dom nie mogłam sobie nawet wymarzyć – wyszeptała wtulona w jego tors.

Clary nie przestała grać, jednak zmieniła utwór. Płynnie przechodząc z wesołych rozbieganych dźwięków na bardziej stonowane i uroczyste. Hermiona doskonale pamiętała skąd wzięły się w jej zeszycie nuty do tego utworu. Była to piosenka, którą zagrała dla niego na ich ślubie. Wspomnienie tego dnia już chciało się uwolnić, wypłynąć pod zmęczone powieki staruszki, jednak odgoniła je od siebie. To było jedyne wspomnienie, którego nie potrafiła rozpamiętywać. W tamten dzień nawet przez chwilę nie przeszło jej przez myśl, że to ,,(…) i dopóki śmierć nas nie rozłączy” nastąpi tak szybko. Utwór całe szczęście był bardzo krótki, więc Clary na chwilę zaprzestała grać, poszukując kartki z kolejnym utworem. Granger uniosła rękę wskazując na leżącą z boku małą, złożoną na pół kartkę papieru.
  – Zagraj tamtą, nie jest trudna, ale jestem pewna, że ci się spodoba.
Brązowowłosa skinęła głową i sięgnęła po wskazaną stronę. Widać było po niej, że wpadła już w trans. Muzyka pochłonęła ją całą, opętała jej ciało i duszę, pozwalając na to by palce robiły swoje. Hermiona czuła przepełniającą ją dumę, gdy patrzyła na wnuczkę, która miała ten niezwykły dar odczuwania muzyki. Clary, wyprostowana i z nienaganną postawą, z wyczuciem muskająca klawisze pianina, przypominała jej ją samą…

Kobieta siedziała na stołku stojącym przy instrumencie. Nie mogła się skupić. Tak jak zawsze, gdy tylko dotknęła klawiszy wena sama przychodziła, tak tym razem w jej głowie zionęła wielka, czarna pustka. Pokój rozświetlało kilka świeczek i wpadające przez okno światło księżyca. Przedłużająca się cisza zapełniała pomieszczenie. Drzwi cicho zaskrzypiały i stanął w nich on. Jak zwykle uśmiechnięty i jak zwykle przyglądający jej się z zachwytem w oczach tak głębokim, jak głębia oceanu znajdującego się kilka metrów dalej. Zarumieniła się. Zawsze, tak reagowała, gdy przyłapywała go na tym czułym spojrzeniu. Usiadł na fotelu koło instrumentu. Często tak robił, gdy Hermiona grała. Siadał i przyglądał się jej smukłym palcem rozbieganym po klawiszach pianina.
   – Zagraj mi coś.
Spojrzała na niego lekko zdziwiona. Często jej słuchał, ale rzadko prosił o to by mu grała. Skinęła głową i starała się skupić. Palce same zaczęły pracować. Już po chwili całe jej ciało stało się jednością z płynącą muzyką. Jakaś sfałszowana nuta wkradła się w grany przez nią utwór. Zamknęła na chwilę oczy, a potem jak oparzona wybiegła z pokoju. Wybiegł za nią, ale Hermiona zdążyła już wpaść do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Od kilku dni męczyły ją mdłości. Nie zjadła nic nieświeżego, więc pozostawała tylko jeszcze jedna opcja. Test ciążowy czekał w szafce, więc po kolejnym ataku mdłości postanowiła go w końcu zrobić. Mężczyzna zapukał do drzwi.
  – Kochanie, wszystko w porządku?
Nie odpowiedział. Dalej wpatrywała się osłupiała w wynik testu. Będzie mamą. Będą rodzicami. Jak to dumnie brzmi, prawda? Otworzyła drzwi łazienki. Nie musiała nic mówić. Mąż widząc test ciążowy w jej ręce i radość w oczach od razu zrozumiał. Uniósł ją do góry i zaczął biegać po całym domu krzycząc, że będzie ojcem. Nigdy wcześniej nie widziała go tak szczęśliwego, a gdy jeszcze okazało się, że szczęście będzie podwójne…

Starsza kobieta nieświadomie dotknęła naszyjnika zawieszonego na jej szyi. Dostała go od niego zaraz po narodzinach dzieci. Miał to być rodzaj podziękowania, wyrażenia wdzięczności za to, że dała mu takie cudowne istotki. On zawsze wiedział jak uczynić ją szczęśliwą, jak sprawić by poczuła się wyjątkowa. Kolejne nuty zaczęły rozbrzmiewać, ale tym razem serce kobiety zaczęło niespokojnie łomotać. Napisała tę piosenkę w ten dzień… Próbowała odgonić od siebie wspomnienie, ale ono nie dawało za wygraną.

Cały kraj ogarnęły wyjątkowo wysokie temperatury. Żar lał się z nieba, co sprawiło, że na plaży było dziś strasznie tłoczno już od samego rana. W takie dni Hermiona szczególnie doceniała mieszkanie nad oceanem. Wiejąca znad wody bryza przyjemnie orzeźwiała. Wyszła z domu, by wyciągnąć listy ze skrzynki. Gdy w okolicy codziennie przewijało się tyle mugoli, chmary sów lądujące koło ich domu zaczęłyby być podejrzane, więc postawili na magiczną skrzynkę. Tak jak się spodziewała, były w niej listy od dzieci i jeden od rodziców, zapewne ze zdjęciami z ich ostatniej podróży do Włoch. Wzięła korespondencje i ruszyła z powrotem do domu, jednak kilka kroków przed drzwiami na jej ramieniu wylądował ogromny, czarny puchacz. Wypuścił list, który trzymał w dziobie i odleciał. Wiedziała, że sowy do ich domu miały być przysyłane tylko w wyjątkowo pilnych sprawach, więc nic dziwnego, że poczuła przepełniający ją niepokój. Uniosła list, a ten wyrwał jej się z rąk. A potem rozległ się głos jakiegoś mężczyzny, wypowiadającego słowa, które miały rozbić jej serce na milion małych kawałków.
  – Z ogromnym żalem zawiadamiamy o śmierci pani męża…
Dalsza część wypowiedzi nie docierała już do jej podświadomości. Poczuła tylko jak osuwa się na ziemię, a świat dookoła niej staje się czarny.

Okno zamknęło się z głośnym hukiem. Clary przestała grać, a Hermiona wywróciła laskę, która stała oparta o fotel. W pomieszczeniu zapadła cisza. Młodsza kobieta wstała i domknęła okno, po czym przysiadła na oparciu fotela obok swojej babci.
  – Chyba na dzisiaj starczy – otarła wierzchem dłoni łzę spływającą po twarzy staruszki. – Nie chciałam żebyś się smuciła, nie myślałam…
Kobieta uniosła dłoń w uciszającym geście.
  – Przestań skarbie. Zrobiłaś mi najlepszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć. Te piosenki bardzo wiele dla mnie znaczą, chciałam je usłyszeć jeszcze raz zanim przyjdzie na mnie czas – uśmiechnęła się, wpatrując się we wnuczką z ogromem miłości i wdzięczności w oczach.
  – Nie mów tak babciu! Jeszcze nie raz zagram ci te piosenki, jeśli tyko będziesz chciała.
Kobieta skinęła głową. Poczuła, że ogarnia ją zmęczenie. Taki natłok wspomnień był dla jej zmęczonego życiem serca prawdziwym wyzwaniem.
  – Wiesz babciu – przerwała milczenie nastolatka. – Chciałabym kiedyś poznać takiego mężczyznę jak dziadek. Takiego romantycznego, czułego i troskliwego.
  – O tak, twój dziadek był prawdziwym ideałem. I ja z całego serca życzę ci kochanie, żebyś poznała takiego mężczyznę, ale żeby wasza miłość trwała dłużej niż moja i dziadka. Niczego bardziej nie pragnę niż tego, żebyście byli wszyscy szczęśliwi.
Dziewczyna zsunęła się z fotel i usiadła na kolanach Hermiony. Przytuliła staruszkę, a ta odwzajemniła uścisk.
  – Kocham cię babciu.
  – Ja też cię kocham, ciebie, twoich braci i kuzynostwo. Wszystkich bardzo was kocham i zawsze będę nad wami czuwała, pamiętajcie o tym.
Uśmiechnęła się smutno, gdy dziewczyna wstała.
  – Jestem już bardzo zmęczona. Nie obrazisz się, jeśli nie odprowadzę cię dziś?
  – Oczywiście, że nie. Odpoczywaj babciu. Śpij dobrze – cmoknęła kobietę w policzek i wyszła z pokoju.
  – Dziś na pewno będę spała dobrze.
Podniosła laskę z podłogi i z jej pomocą dokuśtykała do łóżka. Na komodzie stało duże, oprawione w ramkę ślubne zdjęcie. Hermiona położyła się i drżącą ręką sięgnęła po fotografie. Ucałowała zdjęcie i patrząc w oczy męża, wyszeptała.
  – Czekaj tam gdzie zawsze kochanie, już idę…

Przytuliła zdjęcie do piersi i zasnęła.

***

Witajcie! Tym razem przybywam do Was z czymś innym niż rozdział, a mianowicie z miniaturką konkursową, którą zajęłam trzecie miejsce na Katalogu Granger. Wiem, że jest ona trochę przydługawa, ale cóż - jak już się rozkręcę to ciężko mi zabrać klawiaturę spod łapek. Co sądzicie o te pracy? Podoba Wam się? :D Z niecierpliwością czekam na Wasze opinie ;)

PS Dostałam jeszcze jako nagrodę piękny obrazek, dzięki ale niestety nie mogę go tutaj wstawić, bo blogger znowu świruje :c 

PS2 Jednak chyba udało mi się pokonać bloggera, zobaczcie czy Wam się otwiera ;)
http://www.tinypic.pl/04jqvymtpsbq
Wyświetlanie 3 miejsce.png
Wyświetlanie 3 miejsce.png
Wyświetlanie 3 miejsce.png
Harry Potter - Nimbus 2000 Broom
.
.
.
.
.
.
template by oreuis