poniedziałek, 13 czerwca 2016

Rozdział 9: Wewnętrzne pojedynki

Gdy tylko Hermiona zniknęła za drzwiami przedziału, Fred głośno westchnął opadając na siedzenia. Jego myśli pędziły z prędkością światła, a rozum nie mógł pojąć tego co przed chwilą się wydarzyło. Chciał iść do Angeliny, ale gdy zauważył Hermione, coś, jakieś dziwne, wewnętrzne przekonanie kazało mu wejść do środka. Gdyby tylko wiedział, że te kilka minut spędzone z nią tak namiesza mu w głowie…
Drzwi otworzyły się gwałtownie i gdy tylko zobaczył kto w nich stoi, już wiedział, że ma przechlapane. Podniósł się z fotela i chciał objąć dziewczynę, ale ta go odepchnęła. Ominęła go i sama usiadła na jego miejscu, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
  – Obiecałeś, że przyjdziesz. Czekałam na ciebie.
Fred usiadł koło dziewczyny, kładąc jej dłoń na kolanie, ale ta szybko ją zrzuciła. Wiedział, że to nie jest dobry znak.
   – Przepraszam kochanie, – cmoknął ją w policzek – ale przyszedłem tutaj dosłownie na sekundę i zasnąłem. Obudziłem się przed chwilą i chciałem iść do ciebie, ale ty okazałaś się szybsza.
Ciemnoskóra Gryfonka nadal wydawała się być obrażona. Siedziała w milczeniu wpatrując się w migające za oknem obrazy. Fred objął ją w talii i przyciągnął do siebie, po czym zanurzył swoją twarz w zagłębieniu jej obojczyka i zaczął delikatnie muskać jej szyję. Tym razem dziewczyna nie zaprotestowała. Wplotła dłoń we włosy Gryfona, zachęcając go tym samym do dalszej wędrówki po swoim ciele. Fred od razu przeszedł do działania, zasysając skórę na jej szyi i robiąc przy tym malinkę.
  – Nadal się na mnie gniewasz? – wyszeptał wprost w jej usta i nim zdążyła odpowiedzieć, złożył na nich delikatny pocałunek, który po chwili przerodził się w namiętny pojedynek, pomiędzy ich językami.
Johnson cicho jęknęła, gdy dłoń Freda powędrowała na jej udo, kręcąc na nim coraz to większe koła. Weasley starał się zatracić w pocałunku, oderwać od swoich myśli, ale nie potrafił. W jego głowie cały czas majaczył obraz Hermiony. Takiej odważnej, kobiecej, dojrzałej i zmysłowej. Takiej nietypowej. Nie potrafił zinterpretować jej zachowania, a tym bardziej swojego. Jeszcze niedawno opowiadał Hermionie o tym, że gdy z kimś jest to jest wierny tej osobie, a przed chwilą prawie się z nią całował, będąc z Angeliną. Czasami naprawdę jesteś idiotą Weasley…– skarcił się w myślach, – ale cholernie przystojnym idiotom – dodał po chwili głosik w jego głowie.
Pociąg powoli zaczął zwalniać, a oni oderwali się w końcu od siebie. Fred wstał i ujął dłoń Angeliny w swoją, po czym cmoknął ją w czubek głowy, na co ta zareagowała cichym chichotem. Ogarnij się Weasley, koch… zależy ci na Angie. Tylko i wyłącznie na niej!

***

                Peron wypełniony był stęsknionymi rodzinami. Każdy z niecierpliwością wypatrywał swoich pociech wśród wypływającego z wagonów tłumu uczniów. Hermiona wraz z Ronem i Harry’m, który dźwigał teraz jej bagaż, stanęli koło jednego z filarów. To była ta chwila, której najbardziej nie lubili. Hermiona tęskniła za rodzicami, bardzo chciała spędzić z nimi choć trochę czasu, wynagrodzić im to, że na co dzień nie mogą uczestniczyć w życiu swej jedynaczki, ale z drugiej strony wiedziała, że jest to czas w którym zostawia swojego najlepszego przyjaciela w łapach najpodlejszych mugoli jakich dane jej było spotkać na swojej życiowej drodze. Westchnęła cicho.
  – To co, jak zwykle obiecujecie pisać?
Zgodnie przytaknęli głowami.
 – Nawet trzy razy dziennie jeśli zajdzie taka potrzeba – rzucił Ron, mrugając porozumiewawczo do Harry’ego.
  – Bardzo śmieszne Ronaldzie. Martwię się o was, jesteście dla mnie ważni, więc to chyba normalne, że chcę mieć z wami ciągły kontakt, a z twoją gapowatością Ron to sądzę, że nawet przy trzech listach dziennie nie byłabym pewna, że nic sobie nie zrobiłeś.
Harry i ktoś stojący za Granger roześmiali się, gdy twarz Ronalda przybierała buraczkową barwę. Dziewczyna  obróciła się i zobaczyła, że postacią, a raczej postaciami stojącymi za nią okazali się bliźniacy.
  – Ładnie go skosiłaś Hermiono – powiedział George, wyciągając dłoń by przybić z nią piątkę.
  – No, jednak spędzanie z nami większej ilości czasu wpływa pozytywnie na twoje poczucie humoru – dodał jak zwykle swoje pięć groszy Fred.
Hermiona pokręciła tylko z dezaprobatą głową. Dalszy monolog bliźniaków przestał się dla niej liczyć, gdy wśród tłumu zauważyła swoich rodziców. Rzuciła się w ich stronę. Na jej widok ich twarze od razu się rozpromieniły. Wpadła im w objęcia, śmiejąc się radośnie.
  – Mamo – tu cmoknęła kobietę w policzek, – tato! – tu siarczystego buziaka dostał mężczyzna, przytulający obie kobiety do siebie.
  – Dobrze cię znów widzieć skarbie – wyszeptała pani Granger.
  – Was też mamuś, was też…
 Za głowami rodziców mignęły jej kolejne dwie rude czupryny, tym razem państwa Weasley. Odeszła na chwilę od rodziców by pożegnać się z przyjaciółmi i oczywiście, obowiązkowo dać się wyściskać pani Weasley.
  –To ja będę się już zbierać…
Hermiona spojrzała na Harry’ego i poczuła jak jej serce rozbija się na milion maleńkich kawałków. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Bez chwili zastanowienia rzuciła mu się w objęcia.
  – Będę tęsknić – wyszeptała wprost do jego ucha, a następnie odsunęła się od niego i skierowała w jego stronę wskazujący palec. – I pamiętaj, masz pisać! Nawet nie próbuj się wymigać! – Przeniosła wzrok na Rona i teraz jej drobna dłoń powędrowała w jego stronę. – Ty też masz pisać, inaczej wpadnę wcześniej na osobistą kontrolę.
Cała trójka roześmiała się i przytuliła. Z każdym rokiem ich przyjaźń stawała się coraz mocniejsza. Gryfonka już nawet nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez nich. Chociaż czasami wkurzali ją jak nikt inny, to i tak nie zamieniłaby ich na żaden „lepszy” model. Gdy w końcu udało jej się wyswobodzić z uścisku, pożegnała się z resztą Weasley'ów, oczywiście Molly pozwoliła jej odejść dopiero po zadeklarowaniu, że wpadnie na wakacje. Wzięła swój bagaż i już chciała ruszyć w stronę auta rodziców, gdy ktoś złapał ją za nadgarstek.
  – Chciałaś odejść bez pożegnania się ze mną?
Obróciła się, stając twarzą w twarz z Fredem.
  – Wybacz, nie miałam ochoty czekać, aż przestaniesz ugniatać pośladki Johanson. Mam nadzieję, że uformowałeś je we właściwy sposób, bo jeśli nie, to leć to zmienić zanim zrobi to ktoś inny.
Ugryzła się w język, gdy było już za późno. Cholera, Granger! Opanuj się, wyszłaś na zazdrosną desperatkę, a przecież on ci się nawet nie podoba! 
Fred wybuchnął śmiechem.
  – Spokojnie, zadbałem o ich każdy szczegół. Są idealnie okrągłe, zupełnie jak rumieńce na twojej twarzy.
Odbił piłeczkę, jeszcze bardziej tym ją zawstydzając.
  – Muszę iść, rodzice czekają…
  – Żartowałem, spokojnie Hermiono. Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę, że w tym roku nasz kontakt się polepszył. Naprawdę nie sądziłem, że bywasz taka wyluzowana. I do tego świetnie mi się z tobą rozmawia. Mam nadzieję, że nasza wakacyjna współpraca będzie owocna.
Nim Hermiona zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, znalazła się już w objęciach bliźniaka. Zamknęła oczy rozkoszując się ciepłem jakie biło od niego. Każda komórka jej ciała drżała od jego bliskości, a serce zachowywało się tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi i odtańczyć tango na środku dworca. Przy nim nie potrafiła zapanować nad sowim ciałem, emocjami, myślami… Gdy tylko wypuścił ją ze swoich ramion poczuła znajomy, przeszywający powiew chłodu. Chłopak stał przed nią z rękoma włożonymi do kieszeni i bujał się na piętach. Widać było, że zastanawia się nad czymś. Po chwili wyciągnął z kieszeni zwitek papieru i wręczył go jej.
  – Zgubiłaś w Skrzydle Szpitalnym, chciałem go wyrzucić, ale ostatecznie stwierdziłem, że to do ciebie należy decyzja co chcesz z tym zrobić.
Skinęła głową. W tym momencie niezbyt interesował ją Wiktor. Słowa Freda, choć wcale nie były jakieś poetyckie czy niezwykłe, sprawiły że poczuła się hmm… bardziej wartościowa. Chciała również mu powiedzieć, że myliła się co do niego, i że tak naprawdę jest bardzo inteligentnym chłopakiem, ale nie zdążyła, bo gdy się obróciła, zobaczyła już tylko znikającą za rogiem rudą czuprynę. Westchnęła cicho. Wzięła swoją torbę i ruszyła w stronę wyjścia z peronu, na którym już prawie nikogo nie było. Pora wrócić do domu… Właściwie to nie była już pewna gdzie jest jej dom, bo z każdym kolejnym rokiem to Hogwart coraz bardziej zajmował w jej sercu to miejsce.

***


                Otworzyła drzwi, a przyjemny, znajomy zapach wsiąknął w jej nozdrza, wypełniając każdą komórkę po kolei. Rozejrzała się. Nic się nie zmieniło. Wszystkie meble, zdjęcia, obrazy – wszystko stało na swoim miejscu. Wypuściła Krzywołapa z transportera, a ten od razu rzucił w stronę foteli. Rozciągnął się na jednym z nich, przewieszając puchaty ogon przez podłokietnik. Gryfonka podeszła do niego i pogłaskała go po brzuchu, a on automatycznie zaczął mruczeć.
  – Kochanie, na co masz ochotę? Naleśniki, gofry, czy może pizza albo jakaś chińszczyzna? Dzisiaj ty wybierasz.
Hermiona poszła w ślady rodzicielki i również udała się do kuchni, zostawiając zawiedzionego Krzywołapa. Uśmiechnęła się, widząc jak kobieta krząta się po pomieszczeniu. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo za nią tęskniła.
  – Hmm… możemy zamówić pizzę, bardzo dawno jej nie jadłam.
  – Mam lepszy pomysł! – w drzwiach kuchni stanął pan Granger, mierzwiąc lekko córce włosy. – Idziemy w miasto drogi panie!
  – Tato, nie poznaję cię! – przeniosła wzrok na matkę. – Co ty mu zrobiłaś?
  Kobieta roześmiała się tylko, wycierając dłonie w leżącą na blacie ścierkę.
  – Słyszałaś co powiedział tata, przebieraj się i idziemy w miasto córcia!
  – Zaczynam się was bać, naprawdę…
Roześmiali się, a Gryfonka pokręciła tylko głową, uśmiechając się pod nosem. Weszła na górę by się przebrać. Otworzyła drzwi, które cicho skrzypnęły. Tutaj również wszystko było po staremu. Białe meble idealnie komponowały się z pastelowo-fioletowymi ścianami, a łóżko… No właśnie, łóżko przykuło uwagę dziewczyny. Podeszła bliżej i zauważyła, że poduszka jak i pościel są wygniecione tak jakby ktoś tutaj sypiał. Postanowiła spytać o to później swoją rodzicielkę, ale teraz pora się przebrać. Podeszła do szafy i szybko omiotła wzrokiem jej zawartość. Nie było w niej zbyt wiele ubrań, bo większość zabrała ze sobą do Hogwartu, ale te najbardziej eleganckie zostawiła. Wybrała sukienkę którą dostała od rodziców w ostatnie wakacje. Kremowa suknia w różowe róże z kwadratowym dekoltem i lekko kloszowanym dołem idealnie podkreślała jej coraz bardziej kobiecą figurę. Włosy podpięła zawijając je wokół opaski ze złotym liściem laurowym. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się sama do siebie. To było miejsce, w którym była naprawdę szczęśliwa. Teraz była pewna, że to jest jej prawdziwy dom. Mimo, że Hogwart był dla niej niezwykle ważnym miejscem to dom jest tam, gdzie człowiek czuję się szczęśliwy… Założyła koturny i zeszła na dół.

                Wszystkie włoskie restauracje przechodziły dzisiaj istne oblężenie. Młodzież chcąca cieszyć się pierwszymi dniami wolności, rodzice z dziećmi, wszyscy widocznie mieli dzisiaj ochotę na pizzę. Hermiona cicho westchnęła, gdy minęli kolejny wypełniony po brzegi lokal, jednak jej rodzice wydawali się niezrażeni i dale podążali przed siebie.
  – Hermiono!
Usłyszała nagle za swoimi plecami. Obróciła się, a jej oczom ukazał się chłopak z dworca, którego spłoszył Fred.
  – Cześć!
  – Cześć – odpowiedziała, nie kryjąc zdziwienia.
  – Miło cię znowu widzieć. – Obdarzył ją jednym ze swoich uroczych uśmiechów, sprawiając, że na chwilę zaparło jej dech w piersiach. – Co tutaj robisz panno Granger?
 Zrównał z nią krok, a pan Granger, udając że mówi coś żonie na ucho, przeskanował chłopaka wzrokiem, co bardzo rozczuliło Gryfonkę. Poczuła wyrzuty sumienia, że tak wiele ważnych chwil z jej życia umyka im…
  – Tak właściwie… to mieszkam tutaj – odpowiedziała, uśmiechając się do niego.
  – To świetnie się składa! Przeprowadziliśmy się tutaj niedawno… Tak właściwie to moi rodzice się przeprowadzili, bo ja oczywiście byłem w tym czasie w Hogwarcie – zaczął się lekko plątać, co rozczuliło ją jeszcze bardziej. –Mniejsza z tym. Tak sobie pomyślałem, że skoro tutaj mieszkasz to może poświęciłabyś mi trochę czasu i pokazała okolicę?
 Spojrzała na niego. Na jego twarzy błąkał się lekki półuśmiech, a oczy wydawały się kryć nieśmiałość i zawstydzenie. Hermiona chwilę się wahała, ale ostatecznie przypomniała sobie o swoim postanowieniu. Zdecydowała się zaryzykować. Odwzajemniła uśmiech i skinęła głową na znak, że się zgadza.

To będę naprawdę ciekawe wakacje…





***

I oto jest kolejny rozdział :D Nie jestem w pełni nim usatysfakcjonowana, ale pisałam go pod chwilowym olśnieniem, więc cóż,tak jakoś wyszło. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodobał. Czekam na 10 komentarzy i kolejny rozdział leci do Was, bo mam teraz duuuuuuuuuuuuużo czasu i już się wzięłam za jego pisanie!
Buziaki
Marta Weasley

środa, 8 czerwca 2016

Miniaturka nr.3 - Krew, pot i łzy

Krew, pot i łzy

Marzeniem wielu małych dziewczynek jest to, by mieć starszego brata, który mógłby je bronić, gdy nielubiany kolega ciągnąłby je za warkocze albo rzucał w nie ślimakami. Potem ten sam starszy brat byłby przydatny do sprowadzania do domu swoich przystojnych kolegów. Będąc małą dziewczynką też tego pragnęłam – mieć swojego własnego obrońcę, ale potem zrozumiałam, że w życiu trzeba radzić sobie samemu. Bycie księżniczką czekającą na swojego księcia wyszło już dawno z mody. Nadeszły czasy, kiedy kobieta musi stać się wojowniczką, walczyć o siebie i swoich bliskich, i właśnie dzisiaj nadszedł i dla mnie ten dzień. Nie jestem bezbronna. Nie jestem słaba. Nie boję się. Jestem silna. Jestem wojowniczką. Każdy rok oczekiwania na ostateczne starcie, wniósł coś w moje życie, we mnie samą. Umocnił mnie. Przygotował do tego co nieuniknione. Wyrzekłam się strachu. Śmierciożercy walczą ''dla większego dobra", ja również – dla większego dobra, jakim jest dla mnie wolny świat.
Nie bez powodu mówi się o ciszy przed burzą – świat wydawał się taki spokojny, gdy wojna czekała za rogiem.  Nad całym Hogwartem utworzyła się ogromna, połyskująca kopuła. Wyglądała jak upleciona z maleńkich, niebieskich żaróweczek, migających w swoim własnym rytmie. Moje serce dołączyło do ich tempa, zaczynając bić równie nieregularnie co one mrugać. Wzięłam kilka głębszych oddechów, które rzekomo miały mnie uspokoić, ale chyba niezbyt pomogły. Nie, nie boję się. To dziwne ale czuję podniecenie. Ręce mnie świerzbią, by złapać już za różdżkę. Wyciągam ją i zaczynam się nią bawić, obracając ją w palcach. Oblizuję opierzchnięte usta i czuję na nich smak jego pocałunków, które składał na moich malinowych wargach zaledwie kilka minut temu. W uszach ponownie rozbrzmiewają słowa, które szeptał  między pocałunkami. Obietnica, którą sobie złożyliśmy. Za ochronną kopułą pojawia się coraz więcej zakapturzonych postaci, więc od rozpoczęcia walki dzielą nas już zaledwie sekundy. Po raz ostatni zaciągam się chłodnym, wieczornym powietrzem, po czym rzucam ostatnie spojrzenie na uśpione błonia. Hogwart, mój drugi dom za chwilę stanie się pobojowiskiem. Spoglądam na pozostałe wieże mojej szkoły i przez chwilę mam wrażenie, że na jednej z nich dostrzegam zarys jego sylwetki. Szepczę ciche ‘‘powodzenia’’ i gdy kolejna fala zaklęć uderza w warstwę ochronną, rozświetlając niebo milionami barw, ruszam w stronę schodów. Dobrze, że Wieża Astronomiczna ma ich tak wiele, bo po drodze zdążam jeszcze przygotować się na to co czeka na mnie na dole.

Krew
Zaklęcia ochronne roztoczone nad Hogwartem pękły niczym bańka mydlana, pozostawiając po sobie tylko wirujące w powietrzu, maleńkie, niebieskie iskierki. Wyglądało to tak, jakby nagle wszystkie gwiazdy zaczęły spadać z nieba, wirując i tańcząc na nieboskłonie, nieświadome nadciągającego zagrożenia. Beztroskie niczym twarz chłopca, który został pierwszą ofiarą dzisiejszej bitwy. Jego kruche ciało upadło na zimną, marmurową posadzkę holu, gdy rządna krwi chmara Śmierciożerców wpadła do budynku. Aparat wypadł z jego bezwładnej już dłoni, błyskając po raz ostatni, tak jak oczy jego właściciela i potoczył się wprost pod nogi walczących. W ferworze walki nikt nie zwracał na niego uwagi, tak samo jak na małego chłopca o zamglonych, niewidzących już oczach.
Powietrze z każdą kolejną minutą bitwy, nabierało metalicznego zapachu. Krew i kurz, mieszały się ze sobą, osiadając w nozdrzach walczących, by przez cały czas przypominać im o krążącym nad nimi widmie śmierci. 

Pot
Przetrwanie. Taki tylko cel pozostaję ci, gdy po raz kolejny mordercze zaklęcie mija cię o zaledwie centymetr. I obietnica, której pragniesz dotrzymać.  Przestajesz walczyć o wolność, miłość czy inne szlachetne ideały, które skłoniły cię do wzięcia udziału w walce. Teraz chcesz już tylko żyć, dlatego walczysz. Jeden nieprzemyślany ruch może okazać się zgubny… Nie ma miejsca na błędy, potknięcia, ani zawahania. Musisz działać pod wpływem chwili. Zielony promień ponownie śmiga koło mojego policzka, uchylam się w ostatnim momencie. Staram się zmotywować do dalszej walki, mimo skrajnego wycieńczenia.  Odnajdź w sobie siłę. Daj z siebie wszystko. Nie daj się pokonać.
Twarze walczących są jak lustro, odzwierciedlające to co dzieję się w ich wnętrzu. Usta zaciśnięte w jedną, cienką linię by przypadkiem nie udało się z nich wydostać żadnemu odgłosowi wyrażającemu słabość. Napięte mięśnie twarzy, zarumienione policzki i wzrok skupiony na przeciwniku. Dwa kroki w przód, cztery do tyłu... Dłoń pewnie trzymająca różdżkę, jedyną linię obrony. I te kilka kropel potu na czole, zdradzających jak wiele wysiłku kosztuję walka o życie. O przetrwanie. O lepsze jutro.

Łzy
,,Jest tutaj tak cicho,
I jest mi tak zimno,
Ten dom dłużej nie pozostanie moim domem.”

To koniec. Zwycięstwo. Ale czym jest zwycięstwo, gdy zarówno łzy szczęścia jak i te smutku są tak samo słone? Wielka Sala, jeden z wielu poturbowanych uczestników tej wojny. Wybebeszona ze swoich atrybutów. Pierwszy raz od lat milcząca. A pod jej ścianami ciągnąca się kolumna ciał, równie milczących jak ona. Dzieci, dorośli, zakochani i wrogowie – wszyscy równi, leżący ze sobą ramię w ramię, tak samo jak podczas walki. Zwycięzcy i przegrani jednocześnie. Wszyscy pogrążeni w wiecznym śnie. A wśród nich ja. Jedna z wielu ofiar dzisiejszej nocy. Zatwardziała idealistka, a raczej teraz już martwa idealistka. Wszyscy, których ta noc oszczędziła, opłakują nas, chwalą odwagę, żegnają się, a my tu nadal jesteśmy. Sama nie wiem dlaczego. Może po to, by usłyszeć te wszystkie ckliwe słowa, szeptane wprost do ucha tego co pozostało z naszego ziemskiego istnienia?  Nimfadora i Remus przekomarzają się ze sobą, Collin gania z aparatem za Lavender, jakiś chłopak, którego nie kojarzę z imienia nerwowo skubię szatę... A ja czekam. Czekam na niego. Serce mi się kroi, gdy patrzę na zdruzgotanego Harry'ego, przyciskającego policzek do mojej nieruchomej już klatki piersiowej, więc szybko odwracam wzrok. Może on jeszcze nie wie? Może nikt jeszcze mu nie zdążył powiedzieć, że po raz pierwszy w życiu nie dotrzymałam danej mu obietnicy. To by wyjaśniało, dlaczego jeszcze nie przybiegł upewnić się, że te druzgoczące wiadomości są prawdą. Moje przemyślenia przerywają otwierające się drzwi Sali, a raczej otwierające się to co z tych drzwi pozostało.

Dwóch mężczyzn niesie czyjeś ciało. W jednym z nich od razu rozpoznaję Billa, a w drugim, ku swojemu zaskoczeniu, Percy'ego. Gdybym żyła, powiedziałabym, że moje serce zabiło mocniej, gdy zauważyłam, że włosy niesionej przez nich postaci również są rude. Jednak moje serce jest nieme, nie ma już nic do powiedzenia. I wtedy zobaczyłam go. Szedł jak zwykle wyprostowany, z zawadiackim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Słońce wlało się do pomieszczenia przez wybite okno, napełniając sale niespotykanie jasnym blaskiem. Spojrzał w jego oczy, w których tliły się te same iskierki, które w nich pokochałam i dopiero teraz do mnie dotarło, że mimo wszystko jestem zwycięzcą. Chwyciłam jego dłoń i razem ruszyliśmy w stronę światła, pozostawiając za sobą wszystkie troski, urazy, krew, pot i łzy. 

***

Witajcie kochani! Jak widzicie, przychodzę do Was dzisiaj z kolejną miniaturką. Nieskromnie mówiąc jestem z niej ogromnie zadowolona. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu. Jeśli przeczytaliście informację w ''Sowie" to zapewne wiecie, że rozdział miał się pojawić w tym tygodniu jeśli pod najnowszym rozdziałem będzie 10 komentarzy, ale niestety w komentarze bardzo ubogo, więc postanowiłam Was na zachętę do komentowania uraczyć miniaturką :P I muszę się Wam pochwalić, że.....MAM NAPISANY KOLEJNY ROZDZIAŁ, czeka tylko na publikacje, świeżutki i gorrrrrący jak Fred! Jesteście ze mnie dumni, że moja wena postanowiła do mnie powrócić? :D
Czekam na Wasze komentarze z niezwykłym upragnieniem, niecierpliwością itd. xD
Pozdrawiam i ściskam
Marta Weasley

poniedziałek, 30 maja 2016

Rozdział 8: Gra



Nie zostawiaj mnie po raz drugi? Spojrzał zdziwiony na dziewczynę, starając sobie przypomnieć jakikolwiek moment w którym zawiódł by ją albo zostawił gdzieś, ale na wszystkie chochliki tego świata, nie mógł sobie przypomnieć takiego wydarzenia. Owszem, często bywał dla niej niemiły, czasami nawet nieznośny i opryskliwy, ale nigdy nie zawiódł jej zaufania. Może te słowa nie były  skierowane do niego, a do kogoś kto właśnie jej się przyśnił? Podszedł kilka kroków bliżej łózka. Jej twarz wydawała się spokojna, a oddech był równomierny, więc w sumie nie musiał tutaj z nią zostawać, a mimo to bił się z myślami. Czuł, że jakaś część wewnątrz niego chcę zostać, trzymać ją za rękę i patrzeć jak słodko wygląda, gdy śpi, ale ta druga, silniejsza część martwiła się o brata. Gdy tylko zauważyli Snape’a zaczęli uciekać, ale podczas ucieczki rozdzielili się. Fred zdążył wskoczyć do tajnego przejścia, które wyrzuciło go od razu przed budynek szkoły, ale George nie miał już tyle szczęścia i zmuszony był biec dalej korytarzem. Wolał sobie nawet nie wyobrażać co Nietoperz mógł mu do tej pory zrobić, jeśli go złapał. Jego druga część wygrała. Spojrzał jeszcze raz na Hermione i wyszedł z sali, a po twarzy śpiącej dziewczyny spłynęła jedna, samotna łza.

***


Kłęby pary roztaczały swe macki po całym peronie. Huk maszyny wypełniał powietrze, skutecznie zagłuszając jakiekolwiek inne dźwięki. Hermiona starała się odnaleźć w tłumie swoich przyjaciół, ale przy tak ograniczonej widoczności było to praktycznie niemożliwe. Miała nadzieję złapać ich jeszcze na dziedzińcu, ale pani Poomfrey trzymała ją w skrzydle tak długo, że prawie spóźniłaby się przez nią na pociąg. Nie wiedziała co Fred naopowiadał uzdrowicielce, ale skakała nad nią jak Filch nad panią Norris. Część uczniów wsiadło już do kolejki, więc Hermiona również postanowiła iść w ich ślady. Złapała rączkę swoje kufra i szarpnęła ją, czego od razu pożałowała. Dłoń zapiekła przeszywającym bólem. Uzdrowicielka powiedziała jej, że dzisiaj ma  jeszcze oszczędzać rękę by lekarstwo zaczęło działać, ale Gryfonka zignorowała to, bo do tej pory nie odczuwała żadnego bólu. Była w trakcie rozmasowywania dłoni, gdy poczuła, że ktoś zabiera jej kufer. Obróciła się szybko i ujrzała jakiegoś przystojnego, starszego Gryfona.
  – Chyba przydałaby się pomoc, co? Kobieta nie powinna dźwigać takich ciężkich rzeczy. – Uśmiechnął się uroczo, ukazując garnitur śnieżnobiałych zębów. Już chciała mu odpowiedzieć, gdy ktoś ją uprzedził.
  – O, tu jesteś kochanie – cmoknął ją w policzek Fred. –  Wszędzie cię szukałem. Już bałem się, że coś ci się stało, ale całe szczęście jesteś cała. – Zabrał kufer Hermiony chłopakowi i ze sztucznym uśmiechem powiedział w jego stronę – Dziękuję, że chciałeś pomóc mojej dziewczynie, ale teraz już ja się nią zajmę.
Przystojny brunet zniknął w otchłani pociągu, a Fred jak gdyby nigdy nic wziął jej kufer i złapał ją za dłoń, wciągając do jakiegoś przedziału. Dopiero po kilku minutach do Granger dotarło co się właśnie stało. Zatrzymała się i spojrzała wściekłym wzrokiem na Weasley'a.
  – Co. To. Miało. Być. Fredzie. Weasley! – wysyczała przez zęby.
Fred stał naprzeciwko niej z ogromnym uśmiechem na ustach. Jego karmelowe tęczówki świdrowały ją, jakby jej złość była dla niego paliwem do kolejnych żartów. Co za irytujący człowiek!
  – Uratowałam cię przed kolejnym łamaczem serc. Matt to totalny dupek, przeleciał już połowę lasek w Hogwarcie.
  – Tak samo jak ty – odburknęła.
  – Wypraszam sobie panno Granger. Owszem, jestem flirciarzem, lubię towarzystwo kobiet, ale jeśli już z jakąś jestem to zawsze jestem jej wierny.
Hermiona spojrzała na niego z kpiącym wyrazem twarzy, ale ku jej zdziwieniu Fred wyglądał na całkowicie poważnego. Zaczynała się zastanawiać czy z nim na pewno wszystko w porządku, bo ostatnio częstotliwość zmian jego nastroju była podobna do częstotliwości humorków kobiety przed okresem. Prychnęła tylko i wyszła na korytarz w celu odnalezienia Rona i Harry’ego, ale gdy uszła kawałek i obróciła się, zauważyła, że Fred nadal nie ruszył się z miejsca.
  – Ekhem – odchrząknęła by zwrócić na siebie uwagę chłopaka. – Moja walizka sama się nie przeniesie. Rusz te swoje cztery litery i chodź.
Fred spojrzał na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Hermiona nigdy nie bywała taka stanowcza i nigdy nie podejmowała z nim gry. Zazwyczaj spuszczała głowę i uroczo się rumieniła. Teraz z każdym spotkaniem coraz bardziej go zadziwiała, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pokiwał głową z dezaprobatą, widząc wyczekującą minę Gryfonki i biorąc jej walizkę, ruszył za nią.
Podróż jak zwykle mijała im na rozmowie, śmiechu i wspominaniu wydarzeń z całego roku. Bliźniacy zabawiali wszystkich swoimi sztuczkami, Ginny z uwielbieniem wpatrywała się w Harry’ego, Ron jak zwykle opychał się słodyczami, a Lee zarzucał dowcipami. Hermiona uwielbiała tę atmosferę. Wszyscy zachowywali się tak naturalnie. Niektórzy może nawet, aż za naturalnie…
– Roooooooooooooon! – rozległ się pisk Ginny, a po nim odgłos uderzenia.
Wszyscy zamilkli i zwrócili wzrok w stronę rodzeństwa. Sytuacja wyglądała dość komicznie – Ginny okładała Rona jednym ze swoich czasopism, a ten starał się obronić do połowy już zjedzoną cukrową laską.
  – Halo, zabierzcie ode mnie tą opętaną Wiewiórkę!
  – Ja ci dam wiewiórkę ty… – kolejny cios nie trafił w cel, bo w ostatniej chwili Harry wyrwał gazetę z rąk najmłodszej Weasley'ówny. Ta zmierzyła go tylko rozwścieczonym wzrokiem.
  – Harry, jak nie chcesz wypróbować mojego upiorogacka na własnej skórze to radzę ci, oddaj mi to.
  – Spokojnie Gin, powiedz nam tylko, czym sobie zasłużył?
Ginny wskazała na niego palcem i z wyrzutem, wysyczała przez zaciśnięte zęby:
  – Ten osobnik, brak mi nawet słów jakimi mógłbym go opisać, beknął mi prosto w twarz!
Pierwsi śmiechem wybuchlli bliźniacy. W ślad za nimi poszedł Lee, a następnie Harry, Ron i nawet Ginny. Hermionie również się udzieliło. Właściwie nie wiedziała z czego się śmieje, ale nie mogła przestać. Nagle pociąg gwałtownie zwolnił, a Hermiona tracąc równowagę wylądowała wprost na kolanach Rona. Wszyscy zaczęli gwizdać i bić brawa, a jej twarz zaczęła przybierać coraz bardziej czerwone barwy. Kątem oka zauważyła, że jednak nie wszystkich śmieszy ta sytuacja. Fred przyglądał im się z wyrazem twarzy, którego Gryfonka nie mogła rozszyfrować. Hermiona szybko wstała i wróciła na swoje miejsce, starając się zakamuflować ogromne, czerwone wypieki.
 Po kilku godzinach ciągłych wybuchów śmiechu poczuła, że zaczyna ogarniać ją senność. Po cichu, starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi, wymsknęła się z przedziału. Wyszła na korytarz, gdzie od razu uderzyło ją chłodne powietrze. Otuliła się szczelniej wyciągniętym z kufra kocem i weszła do pierwszego wolnego przedziału. Rozłożyła  się na siedzeniu, opierając głowę o szybę. Za oknem rozciągał się piękny widok gwieździstego nieba. Księżyc był dziś w pełni, rozświetlając swą poświatą uśpiony świat. Przyjrzała mu się dokładnie, przypominając sobie jak babcia opowiadała jej bajkę o Księżycu i Słońcu, rozdzielonych kochankach, którym nigdy nie jest dane się spotkać… Jej powieki stawały się coraz cięższe, aż w końcu skapitulowały i pozwoliły jej rzucić się w objęcia Morfeusza.

Czuła przyjemne łaskotanie na odsłoniętym karku, gdy ciepły wiatr otulił jej ciało. Pod stopami znów rozciągał jej się dywan z kwiatów, więc od razu domyśliła się gdzie jest. Łąka tym razem wyglądała jeszcze piękniej. Zieleń traw była jakby o wiele bardziej intensywna, a kwiaty bardziej wonne. A może to jej zmysły po prostu się wyostrzyły? Ruszyła przed siebie w stronę znajdującego się po środku polany ogromnego, rozłożystego drzewa. Biała, zwiewna sukienka ciągnęła się za nią, delikatnie unoszona przez wiatr. Słońce lekko muskało jej odsłonięte ramiona, dopóki cień drzewa nie wziął jej w swoje objęcia. Przymknęła powieki i wzięła głęboki oddech by zapanować nad szalejący z radości sercem. Czuła jak każda komórka jej ciała oczekuję z utęsknieniem na jego dotyk, bliskość, zapach, pocałunek… Chłód wstrząsnął jej ciałem, tylko po to by po chwili mogła zastąpić go fala gorąca płynąca z od niego. Jego ręce oplotły szczelnie jej ciało, a usta delikatnie musnęły czubek głowy. Jego ramiona sprawiały, że stawała się spokojna, odprężona…Oparła głowę o tors chłopaka, a on musnął jej policzek.
  – Cholera, jak ja za tobą tęskniłem mała – kolejny pocałunek spoczął tym razem na jej szyi.
  – Ja też tęskniłam za tobą, nawet nie wiesz jak bardzo. Widywać cię codziennie i nie móc cię nawet dotknąć to największa tortura…
  – Wiem kochanie, wiem… – westchnął. – Twoja młodsza wersja przynajmniej zaczyna sobie coś przypominać, moja za to uparcie odpiera wszystkie próby przypomnienia sobie czegokolwiek.
  – Jak sobie pomyślę, że jeszcze tyle lat muszę przetrwać zanim cię ocalę…
  –Cii…– wyszeptał jej do ucha. – Nie myśl teraz o tym. Damy radę Hermiono. Zawsze potrafiliśmy wyjść z każdej sytuacji, więc i tym razem nam się uda.
 Oparł głowę na jej ramieniu, przytulając swój policzek do jej.
  – Dlaczego nie mogę cię zobaczyć?
  – Żywi nie mogą widzieć aniołów, skarbie – wyszeptał wprost do jej ucha, a ona poczuła jak na samo dźwięk jego głosu jej ciało pokrywa gęsia skórka. Zachichotała cicho.
  – Mój prywatny anioł stróż. – Wtuliła się w niego jeszcze bardziej, chłonąc każdą sekundę jego bliskości.
  – Tylko twój…
Nastała chwila ciszy w której było słychać  ich miarowe oddechy i szum drzew.
  – Hermiono – odezwał się Fred – muszę wracać.
  – Niee – wymruczała ochrypłym głosem, splatając swoją dłoń z jego. – Kiedy teraz znów się zobaczymy?
  – Obiecuję, że najszybciej jak się da – cmoknął ją w policzek. – Nie wychodź z tego przedziału w którym jesteś, mam wrażenie, że teraz uda mi się coś zrobić.
Skinęła głową.
  – Kocham cię – wyszeptał wtulony w jej obojczyk.
  – Ja ciebie bard..

Otworzyła oczy i szybko podniosła się do pozycji siedzącej, zachłystując się powietrzem. Sen, który przed chwilą miała, nie pamiętała go całego, ale miała jakieś przebłyski. Fred aniołem, ona duchem… Przetarła twarz dłońmi. To wszystko jest wariactwem! Otworzyła okno z nadzieją, że chłodne powietrze może trochę rozjaśni jej myśli. Wystawiła twarz za okno, a wiatr przyjemnie muskał jej policzki.
  – To wszystko jest chore – wyszeptała sama do siebie.
  – Ostatnio odnoszę podobne wrażenie.
Obróciła się szybko. Na miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżała, siedział nie kto inny jak Fred. Nie patrzył na nią, wzrok miał skupiony na swoich butach. Wyglądał tak, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał. Nagle uniósł głowę i spojrzał na nią z charakterystycznym uśmiechem. Nie mogła się powtrzymać i odruchowo go odwzajemniła. Wiedziała, że nie powinna przyglądać mu się z taką intensywnością, ale nie mogę przestać. Nie zauważyła wcześniej jak bardzo wymężniał. To nie był już ten rudy chłopiec, brat jej przyjaciela, którego poznała kilka lat temu. Teraz był to już dojrzały, no dobra – prawie dojrzały mężczyzna. Kości policzkowe wyostrzyły się, podbródek bardziej zaokrąglił, a te słodkie dołeczki w policzkach bardziej pogłębiły…
 -Eeem, Hermiono? – wyrwał ją z zamyślenia głos chłopaka. – Wiem, że jestem nieziemsko przystojny, ale zaczynam się czuć rozbierany wzrokiem.
Na twarzy Freda pojawił się jak zwykle zawadiacki uśmiech. Hermiona już chciała spuścić wzrok, ale  postanowiła tym razem podjąć ,,walkę’’. Również się uśmiechnęła.
  – Gdybym chciała cię rozebrać to zrobiłabym to rękoma, a nie wzorkiem, ale że nie ma co tutaj oglądać to nie będę się fatygowała.
Fred był tak zdziwiony jej odwagą, że ze zdziwienia nie mógł zamknąć ust. Teraz to on wpatrywał się w nią nie wiedząc co powiedzieć. Hermiona za to ledwo powstrzymywała się, by nie wybuchnąć śmiechem, bo widok Freda, który nie ma przygotowanej żadnej riposty, był co najmniej komiczny. Policzki chłopaka lekko zaczęły się rumienić, co jeszcze bardziej rozśmieszyło Gryfonke.
  – Ja…Ty… – jąkał się – Ranisz Hermionooo!
Jedną dłonią teatralnie złapał się za serce, a drugą otarł niewidzialną łzę. Granger poczuła w sobie dziwną siłę, jakby ktoś kierował jej ruchami. Przesiadła się koło Freda i zdjęła jego dłoń z serca, a położyła tam swoją. Poczuła jak jego mięśnie pod jej dotykiem napinają się. Fred już chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na ustach.
  – Szzzz – wyszeptała. – Sprawdzam czy naprawdę masz serce czy tylko udajesz.
  – I jak diagnoza pani doktor? – zapytał, starając się nie wypaść z gry, choć dobrze wiedział, że w tym pojedynku Granger rozłożyła go na łopatki.
  – Mam dobrą i złą wiadomość panie Weasley. –Nachyliła się nad nim lekko, tak że teraz jej oddech muskał jego policzek. – Dobra jest taka, że coś tam bije.
  – A zła? – zapytał nienaturalnie zachrypniętym głosem.
  – A zła jest taka, że to prawdopodobnie dwa kamienie o siebie stukają.
Szybko odskoczyła od chłopaka, śmiejąc się, ale ten nie zamierzał puścić jej tego  płazem.
  – Osz ty mała, wredna czarownico!
Hermiona jeszcze raz zaśmiała się i ruszyła w stronę wyjścia z przedziału, ale Fred skutecznie odciął jej drogę ucieczki.
  – Panno Granger, chyba zapomniała panienka, że ze mną się nie zaczyna!
  – Bo? – zapytała zawadiacko, bez cienia zawstydzenia czy strachu w głosie. Zadziwiała go taka Hermiona. Zadziwiała i niezwykle pociągała…
 – Bo jesteśmy tutaj sami i nikt ci nie pomoże, gdy… ZACZNĘ CIĘ ŁASKOTAĆ!
Złapał ją w pół nim zdążyła zareagować i kładąc ją na siedzeniu, zaczął  łaskotać. Dziewczyna nie mogła zapanować nad śmiechem, zwijała się i starała odepchnąć przeciwnika, ale Fred nie miał zamiaru się poddać.
  – Fre..haha..Fred…błabłagam cię…przestań!
Przestał, ale nadal trzymał ją w pół, nie dając jej szansy na ucieczkę.
  – Teraz już wiesz, że z Fredem Weasley'em się nie zaczyna?
  – Tak, tak! Wiem już wszystko. Będę już grzeczna, tylko proszę cię, nie łaskocz mnie już.
Teraz Fred przejął prowadzenie. Ośmielony zachowaniem Gryfonki, nachylił się nad nią, tak że ich twarze prawie się stykały. Na ciele dziewczyny pojawiła się gęsia skórka, co nie umknęło jego uwadze. Delikatnie przesunął palcami po jej odkrytym przedramieniu, a całe jej ciało momentalnie zareagowało krótkim spięciem. Wyszeptał wprost do jej ucha:
  – A co ja z tego będę miał?
Hermiona poczuła żądzę rywalizacji. Tym razem to ona wygra tę rundę. Uśmiechnęła się, delikatnie przygryzając wargę. Nim Fred zorientował się co się dzieje, dziewczyna przyciągnęła go do siebie. Zdziwiony obrotem akcji, nie opierał się. Rozluźnił uścisk, chcąc przenieść swoją dłoń na jej twarz, a Gryfonka sprytnie wykorzystała moment i wymknęła mu się. Stanęła w drzwiach przedziału i z wyrazem triumfu na twarzy spojrzała na chłopaka.
  – Kim jesteś i co zrobiłaś z Hermioną Granger? – wyszeptał, nadal nienaturalnie zachrypniętym głosem.
Hermiona tylko uśmiechnęła się do niego i zamknęła za sobą drzwi, szepcząc jeszcze sama do siebie:
  – Też się nad tym zastanawiam Fred, też się nad tym zastanawiam…

***


Jest, jest, jest! W życiu pisanie rozdziału nie zajęło mi tyle czasu. Sklejałam go po kawałkach. Tutaj coś napisane w autobusie, tam w drodze na osiemnastkę, następny kawałek w przerwię między wkuwaniem geografii. Wiem, że bardzo długo musieliście czekać na ten rozdział, ale naprawdę ten miesiąc był dla mnie, jak to się mówi – na wariackich papierach. Praca, szkoła, osiemnastki, prawo jazdy  – na wszystko to ledwo starczało mi czasu, a jak zapewne się domyślacie, gdy jest się takim zalatanym to wena nie ma najmniejszej ochoty przychodzić, ale spokojnie moi drodzy! Nadrobię, w tym tygodniu mam ostatnie sprawdziany i prezentację i od przyszłego laby, więc będę pisać i nadrabiać zaległości. Jeszcze raz przepraszam, bo naprawdę czuję się wobec Was głupio, że przez tak długi czas nic nie dodawałam. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i czekam na komentarze oczywiście! :D
Buziaki

Marta Weasley

poniedziałek, 16 maja 2016

Informacja

Tak, wiem że chcecie mnie teraz zamordować, nabić na pal i upiec nad ogniskiem, ale musicie mnie zrozumieć. Wzięłam ostatnio na siebie bardzo dużo obowiązków i po prostu nie wyrabiam. Cały weekend majowy spędziłam w pracy, a potem musiałam na bieżąco uczyć się do sprawdzianów i próbnych (wewnątrzszkolnych) matur, a w ten weekend byłam chrzestną i spędziłam go całego w Warszawie. Obiecuję, że jest to tylko przejściowy okres w którym musicie się niestety uzbroić w cierpliwość. Do wakacji już niewiele czasu pozostało i wtedy na pewno Wam wynagrodze to, że teraz tak długo czekacie na rozdziały ;) Mam nadzieję, że w sobotę w końcu dokończę ten obecny rozdział, bo jest to moja pierwsza od ponad miesiąca, wolna od pracy i osiemnastek sobota. Jeszcze raz przepraszam Was za to, że tak zawiodłam. Mam nadzieję, że mimo to nadal jesteście ze mną:)
Buziaki
Marta Weasley

wtorek, 26 kwietnia 2016

Miniaturka nr.2: Absolve animam meam

Cześć i czołem! Tak wiem, że rozdział miał być już dość dawno, ale nie wyrobiłam niestety. Wena nie lubi, gdy jestem zalatana i wtedy nie raczy przychodzić, więc rozdział dodam w weekend majowy, kiedy to będe mogła na spokojnie usiąść i skupić się nad pisaniem ;) W zamian za ten długi okres czekania daje Wam kolejna miniaturkę, bardzo dłuuuuugaśną miniaturkę, którą zajęłam drugie albo trzecie miejsce (już sama nie pamiętam xD ) na Katalogu Granger. Tematem były utracone marzenia. Miłego czytania!


    ,,Gdyby miłość mogła ożywiać, a łzy wskrzeszać, bylibyśmy nieśmiertelni."

            W pomieszczeniu panował lekki półmrok. Drobinki kurzu tańczyły, w przedzierających się między zasłoniętymi zasłonami, promieniami słońca. W tym oświetleniu wydawało się, że pokój jest pusty, pozbawiony jakichkolwiek mebli, obrazów i tym podobnych rzeczy. Było to dziwnie magiczne pomieszczenie - tajemnicze, wzbudzające ciekawość i jednocześnie przytłaczające. Niebieska poświata rozlała się po pokoju, ukazując jego prawdziwe oblicze. Ściany wcale nie były gołe, a pokryte mnóstwem ruchomych fotografii w różnych rozmiarach. Niektóre zajmowały 1/3 ściany, a inne były ledwo dostrzegalne z większej odległości. Niebieska łuna tańczyła na ich powierzchni, sprawiając, że postacie ze zdjęć wyglądały jak zasnute firanką mgły. Gdzieniegdzie między zdjęciami dało się dostrzec artykuły powycinane z gazet. Źródło owego błękitnego blasku znajdowało się na stoliku stojącym pośrodku pokoju. Misa pełna połyskującego, błękitno-złotego płynu rozlewała swoją jasność na otaczającą przestrzeń. Nad naczyniem pochylały się dwie osoby, a  na ich twarzach malowało się głębokie skupienie. Cisza rosła z każdą sekundą. Dawało się ją wyczuć tak, jakby sala nie była wypełniona życiodajnym powietrzem, a martwym milczeniem. Niczym głaz wywołujący lawinę, potoczyły się słowa, miażdżące ciszę.
   – Opowiedz mi o tym.
Kobiecy, aksamitny głos przez chwilę odbijał się echem po pustym pomieszczeniu. Jedna z postaci wzruszyła lekko ramionami i nieznacznie się uśmiechnęła.
   – Tego nie można opowiedzieć, to trzeba pokazać.
Przyłożył różdżkę do skroni, a złotoczerwony zlepek nici zawisnął na jej końcu. Machnął różdżką, a barwne włókienka lekko opadły na taflę płynu, który momentalnie zmienił swoją barwę. Teraz pomieszczenie wypełniły wesołe, złote iskierki, przeskakujące ze ściany na ścianę. Fred uśmiechnął się na ten widok. Ona bardzo lubiła złoty, był jej prawie ulubionym kolorem. Prawie, bo kolorem, który lubiła najbardziej, był kolor jego oczu. Ponownie spojrzał na swoją towarzyszkę.
   – No dobrze, jestem gotów! Zaczynajmy. – Pierś Weasleya poruszała się nienaturalnie szybko. Ręce lekko mu dygotały, gdy ponownie chował różdżkę do kieszeni.
Samopiszące pióro zawisło w powietrzu, oczekując na początek historii, na którą z taką niecierpliwością czeka świat Czarodziejów.
   – Dobrze, opowiedz mi, pokaż mi swoją historię Fredzie Weasley'u. Opowiedz mi o tym, jak wali się świat.
Wdech. Wydech. Wdech. Rudzielec zamknął na chwilę oczy, po czym wypuścił z płuc całe powietrze. Na jego twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Widać było, że stara się przywołać wszystkie emocje, zapachy, dotyk... Otworzył oczy, a na jego ustach pojawił się zbłąkany uśmiech.
   – Ludzie często nie doceniają tego co mają, dopóki tego nie stracą – jest to zapewne znane wszystkim z autopsji. W moim przypadku również tak było. Miałem najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietę w Hogwarcie, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że w całym Świecie Czarodziejów. Ale jak to bywa, jak ktoś idiotą się urodzi to i idiotą umrze. Wracając jednak do mojej historii... do naszej historii, to zapraszam do moich wspomnień. Tego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku nie da się opisać słowami. Nie da się opisać uczuć, emocji, żalu, jaki przepełnia człowieka, gdy wraz z gasnącym blaskiem w oczach ukochanej kobiety tracisz szansę na spełnienie swoich marzeń.
Zacisnął usta, starając się powstrzymać łzy. Starał się być twardym, ale nie zawsze mu to wychodziło. Dłonią wskazał na myślodsiewnie.
   – Panie przodem.
Kobieta wzięła swoje pióro i notatnik, po czym nachyliła się nad misą.
   – Razem na trzy?
Skinął głową, a ona chwyciła go za dłoń. Poczuła jak lekko zadrżał, ale nie puściła go.
   – Raz. Dwa. TRZY!
Ich głowy zanurzyły się w aksamitnej tafli. Świat zawirował, a oni spadali wprost w otchłań wspomnień. Ich stopy uderzyły w coś twardego, a wokół nich cząstki świata układały się w jedną, spójną całość.

      Cały Hogwart huczał od plotek. Przemierzając korytarze słyszeli tylko ciągle powtarzające się imiona tej dwójki. Fred przystanął na błoniach, nieopodal rozłożystego drzewa rosnącego nad jeziorem. W wodzie zbiornika odbijało się zachodzące słońce, wesoło migocząc na poruszanej wiatrem tafli.
   – Żaden związek, od czasów Lily i Jamesa, nie wzbudził tylu emocji w Gryfonach jak ten najnowszy - Freda i Hermiony. W ciągu kilku dni staliśmy się sławni na całą szkołę. Nawet w Domu Węża mówiono o nas, parze Gryfonów. Nikt nie spodziewał się, że nasza dwójka może mieć się ku sobie, ale jak widać przeciwieństwa się przyciągają. Ułożona, inteligentna, opanowana panna Wszystko-wiem Granger i dowcipny, roztrzepany Na-wszystko-mam-wyrąbane Weasley. Mieszanka wybuchowa. Oczywiście od pierwszych dni naszego burzliwego romansu, George zaczął przyjmować zakłady o tym jak długo związek ten ma szansę przetrwać. Większość zakładów oscylowała między dwoma tygodniami, a miesiącem. Zakłady nie okazały się jednak prorocze i nasz związek przetrwał ponad dwa i pół roku, czego szczerze nikt się nie spodziewał. Jednak jak to często bywa, niektórym historiom nie jest pisany happy end. Byliśmy jak dwa przeciwne żywioły- ona była wodą, a ja ogniem. A zresztą za chwilę sama będziesz świadkiem naszego zerwania, czyli mojego największego życiowego błędu.
Podeszli bliżej. W cieniu drzewa stały młodsze wersje Granger i Weasley'a. Dziewczyna stała oparta o drzewo z miną, która mówiła sama za siebie - widać było, że domyśla się, co ma za chwilę nastąpić. Fred stał naprzeciwko niej. Co chwilę nerwowo drapał się po karku, aż w końcu zebrał się na odwagę by spojrzeć jej w oczy. Był to naprawdę żałosny widok. Patrzeć na dziewczynę, której serce za chwilę zostanie rozbite na milion drobnych kawałków.
   – Hermiono, jest pewna kwestia, o której chciałbym z tobą porozmawiać – zająknął się. Wyglądał jakby przez dłuższą chwilę analizował, co powinien dalej powiedzieć.
   – Jesteś wspaniałą kobietą. Te lata, które spędziliśmy razem są moimi najlepszymi wspomnieniami, ale różnica między nami jest nie do pokonania. Ty jesteś wodą, a ja ogniem. Ogniem, który chcę płonąć całym swoim żarem, ale jak dobrze wiesz, woda gasi ogień. Zbliżają się tru..
Prychnęła głośno i rzuciła mu lekceważące spojrzenie.
   – Daruj sobie Weasley. Zrywasz ze mną. Ok. Rozumiem to.
Obróciła się na pięcie i odeszła. Bez żadnych łez, błagania o to by został. Odeszła, jak zwykle z honorem. Z dumnie podniesioną głową i rozsypanym sercem.

Starsza wersja Freda przyglądała się jak dziewczyna wchodzi na dziedziniec szkoły i znika za wrotami szkoły. Dopiero, gdy drzwi się za nią zamknęły, przeniósł wzrok na swoją współtowarzyszkę.
   – Powinienem był ją wtedy zatrzymać. Gdybym wiedział, gdybym tylko wiedział...
Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.
   – Wrzuciłem do myślodsiewni tylko te najważniejsze sytuację w tej historii, więc część będę zmuszony uzupełniać ci ustnie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
Złotowłosa skinęła głową na znak, że zgadza się na taki sposób opowiadania, a Rudzielec, przyglądając się beznamiętnie swojemu młodszemu ja, powrócił do retrospekcji.
   – Później nadeszły ciężkie czasy. Śmierciozercy u władzy, lęk o każdy kolejny dzień i wojna. Przez cały ten czas nie miałem okazji porozmawiać z nią dłużej niż pięć minut. Wtedy byłem pewny, że nasze rozstanie to dobra decyzja, więc właściwie nie dążyłem nawet do takich rozmów. Znów błaznowałem, szalałem, wyrywałem dziewczyny. Jednak wojna się skończyła, a ja z każdym kolejnym dniem uświadamiałem sobie, że bardzo mi jej brakuje. W każdej kobiecie, która pojawiała się w moim życiu, szukałem jej. Tych roześmianych oczu, wstydliwego śmiechu i miłości, tak silnej i głębokiej, jaką widziałem w jej spojrzeniu, gdy napotykało moje. Chciałem być znów blisko niej, ale wiedziałem, że nie mogę niszczyć jej życia na nowo. Właściwie to nie miałem nawet na to szansy, bo ona znikła. Kobieta, w której cały magiczny świat pokładał ogromne nadzieje, porzuciła magię. Wyruszyła na poszukiwanie rodziców i postanowiła zostać w świecie mugoli. Wysyłała listy, pisała o tym, co u niej, jak się ma, ale na wszelkie prośby o spotkanie nie reagowała. Odcięła się od wszystkich i wszystkiego. Minęło kilka lat od wojny, gdy wybrałem się do mugolskiego świata, by załatwić kilka rzeczy potrzebnych do naszego wynalazku i wtedy stało się coś, czego w życiu bym się nie spodziewała. Zresztą zaraz sama zobaczysz.

   Fred przemierzał zatłoczone ulice Londynu. Ludzie bez twarzy i osobowości, goniący swoje marzenia i zlewający się z otaczających ich tłumem, mijali go spiesznym krokiem. Za to właśnie nie lubił mugoli i ich świata. Wszystko tu było takie ponure i wszystko kręciło się wokół pieniędzy. Rzadko, który z mijanych ludzi miał przyodziany uśmiech. Gdyby ich sklep funkcjonował tutaj, po tej stronie rzeczywistości to na pewno zbankrutowałby jeszcze szybciej niż powstał. Brnąc dalej przyglądał się pewnej reklamie, starając się zrozumieć, jaki ma ona sens, gdy z całym impetem na kogoś wpadł. Przy takiej ilości rodzeństwa trzeba mieć wyrobiony refleks, który tym razem okazał się bardzo przydatny. W ostatniej chwili zdążył uchronić kobietę przed bliższym spotkaniem z chodnikiem.
   – Bardzo panią prze...
Zamurowało go. Na chodniku, tuż przed jego twarzą stał nie kto inny jak Hermiona Granger! Zmieniała się, ale nadal była tak samo piękna jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Lekko kręcone włosy opadały jej falami na twarz, policzki były trochę bardziej zapadnięte niż zwykle, ale to tylko nadawało jej twarzy więcej wyrazistości. Beżowy płaszcz podkreślał talię. Dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że Granger bardzo schudła. Podkrążone oczy, nogi, które wydawały się ledwo dawać radę utrzymywać ją w pionie... Mimo to nadal była piękna. Niezaprzeczalnie piękna.
   – Cześć Freddie – rzuciła z uśmiechem, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na zdziwienie malujące się na jego twarzy. – Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha!
   – Bo... bo... – nie mógł odnaleźć odpowiednich słów. Głęboki wdech. – Bo tak się właśnie czuję! Tyle lat, Hermiono! Tyle lat...
Kobieta bez słowa podeszła i przytuliła się do jego torsu. Nie był pewien, co powinien zrobić, ale wiedział, ze to jest szansa od losu, której tym razem nie może już przepuścić. Przygarnął ją do siebie, mocno przytulając. Przyjemne ciepło przeszło przez jego ciało, jak gdyby ożywiając ponownie każdą jego komórkę. Jej bliskość, zapach jej perfum, delikatność dotyku, sprawiły, że poczuł jakby na nowo zaczął żyć, jakby każda minuta bez niej - była minutą zmarnowaną. Nie mógł sobie pozwolić na to by znów odeszła, nie mógł jej znów wypuścić ze swojego świata. Nachylił się i wyszeptał wprost do jej ucha:
   – Kawa i szarlotka?
Odsunęła się od niego i energicznie kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Weszli do pobliskiej kawiarni i usiedli przy stoliku nieopodal okna. Fred ukradkiem starał się dojrzeć czy na palcu Hermiony nie znajduję się żaden pierścionek lub obrączka, ale ku swojej radości nic takiego nie zauważył. Pomógł dziewczynie zdjąć płaszcz i odwiesił go na wieszak stojący przy drzwiach, gdy zauważył, że z jego kieszeni wypadło zdjęcie USG. Tym razem to on poczuł jak jego serce rozpada się na części pierwsze. Podał zdjęcie Granger i ze sztucznym uśmiechem wydusił z siebie:
   – Chyba powinienem pogratulować...
Dziewczyna spojrzała na zdjęcie i uśmiechnęła się smutno.
   – Raka nie trzeba nikomu gratulować.
Od lat świat magii i świat mugoli łączy się w leczeniu ludzi. Uzdrowiciele często pracują w mugolskich szpitalach by  pomagać w ratowaniu ludzkiego życia, jednak wszelkiego rodzaju nowotwory są piętą achillesową medycyny obu światów. Ani uzdrowiciele, ani mugolscy lekarze nie potrafią sobie z nimi poradzić. Spojrzał na Hermione z przerażeniem w oczach.
   – Ale jak to raka?
Roześmiała się. Szczerze i nieśmiało, zupełnie jak za dawnych lat. Dziwiło go to z jaką lekkością przychodziło jej udawanie emocji.
   – Normalnie Freddie, mam raka. I nie, nie jest to zwierzątko – mrugnęła do niego porozumiewawczo, że powinien uznać to za żart, ale jemu nie było do śmiechu. – Zostałam w świecie mugoli, żeby uniknąć litości, spojrzeń pełnych sztucznego współczucia, poklepywania po plecach z dodatkiem bezsensownych słów, że będzie dobrze, więc błagam cię, nie funduj mi teraz tutaj dawki współczucia.
Siedział na przeciwko niej jak zamurowany. Powinien przy niej być, przez ten cały czas powinien ją wspierać, a on wybrał hulaszcze życie. Czuł się cholernie winny. Jesteś facetem Weasley. Bądź siłą, podporą...
   – Jak panienka sobie życzy.
Uśmiechnęli się do siebie i ponownie pogrążyli się w rozmowie.

Weasley spojrzał na swoją towarzyszkę. Młoda Skeeter tłumaczyła coś zawzięcie swojemu magicznemu długopisowi.
  – Jak zapewne się domyślasz, nie zostawiłem jej. Opowiedziała mi o swoim życiu, o tym jak odeszła od narzeczonego by nie widział jej w takim stanie… by nie widział jak umiera. Jeżdżąc do rodziców piła eliksir wielosokowy ze swoimi włosami zebranymi z ubrań z Hogwartu, by wyglądać tak jak przed chorobą, żeby się o nią nie zamartwiali. Słuchając jej nie mogłem zrozumieć skąd w tak drobnej kobiecie bierze się tyle siły. Ja w życiu nie zdecydowałbym się prawdopodobnie nawet na jedną z tych decyzji, które ona podjęła bez najmniejszego wahania. Zostało jej kilka miesięcy, a ja obiecałem, że spędzę je z nią. I tak też zrobiłem. I nie żałuje. Nie żałuje nawet jednego dnia spędzonego z nią, bo każdy dzień uczył mnie na nowo cieszyć się życiem. A pod koniec nauczyła mnie jak je szanować. Nawet umierać chciała z honorem. Taka to już była kobieta. Siła i moc zamknięta pod kruchą powłoką.

Kawiarnia rozpłynęła się, zostawiając Freda i Hermionę pochłoniętych rozmową przy stoliku w otchłani wspomnień. Obraz rozproszył się na miliony drobinek, by na nowo złożyć się w całość na oddziale mugolskiego szpitala. Od razu uderzył ich specyficzny zapach tego miejsca. Białe sterylne ściany w połączeniu z tym szpitalnym powietrzem, przyprawiały o zawrót głowy. Fred przeszedł przez drzwi sali, a reporterka zrobiła to samo. Stali teraz w pomieszczeniu o zielonych ścianach. Były tu dwa łóżka, ale tylko jedno z nich było zajęte. Leżała na nim zwinięta postać, ledwo widoczna spod warstw pościeli. Kate Skeeter i Weasley stanęli w rogu sali, obserwując rozwój wydarzeń.
Do pokoju wszedł Fred. Stanął w drzwiach i od razu wiedział, co się święci. Powoli podszedł do łóżka i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Jego dotyk był delikatny niczym powiew wiatru. Bał się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, bo jej ciało wydawało się uwite z przezroczystego pergaminu. Gdy tylko poczuła jego ciepłą dłoń - zaczęła płakać, naciągając sobie pościel na głowę. Widać było, że to nie pierwszy raz, gdy tak robi, gdyż Rudzielec zachowywał spokój. Płacz przerodził się we wrzask, gdy starał się ściągnąć jej kołdrę z głowy.
   – ZOSTAW! NIE PATRZ NA MNIE! NIE CHCĘ ŻEBYŚ WIDZIAŁ MNIE W TAKIM STANIE! JESTEM BRZYDKA... Zostaw mnie Fred... Proszę cię... Błagam... Zostaw mnie...
Krzyk ponownie przerodził się w łkanie, co Freddie wykorzystał. Usiadł na łóżko i położył sobie zawiniętą w kokon Hermionę, na kolanach. Była tak lekka, że nawet nie poczuł, że cokolwiek podnosi. Bujał się lekko w przód i tył, tak długo, aż łkanie ucichło, a potem cicho wyszeptał:
   – Dla mnie zawsze byłaś, jesteś i będziesz najpiękniejszą kobietą na świecie. Raz już zrobiłem ten błąd i zostawiłem cię, drugi raz tego błędu nie popełnię.

Wszystko ponownie się rozmazuję, jednak po chwili pojawia się ta sama sceneria.
 Hermiona leży na łóżku z głową na poduszce. Wybucha śmiechem słysząc któryś z żartów Freda. Ten delikatnie głaszcząc jej dłoń, całuje ją niespodziewanie w czoło. Znów się śmieją. Mimo, że na twarzy chłopaka maluję się widoczne zmęczenie, to i tak produkuję się jak może, żeby ją rozśmieszyć.
   – Nie śpij dzisiaj na korytarzu Freddie, widzę, że jesteś naprawdę zmęczony. Powinieneś odpocząć.
Chłopka kiwa głową potakującą.
   – Masz rację, powinienem się trochę ogarnąć. Ale obiecują, że przyjdę najwcześniej jak się da!
Całuje ją na pożegnanie i gdy zbliża się do drzwi słyszy ponownie jej głos.
   – Wyśpij się, jutro nie będzie już takiej potrzeby byś przychodził tak wcześnie.
Nie był pewny czy dobrze zrozumiał jej słowa, ale postanowił jednak przespać się na korytarzu. Zwinął się w kłębek na fotelu w poczekalni i zasnął. Przyzwyczaił się już do takiego trybu życia, więc żaden hałas mu nie przeszkadzał. Żaden, oprócz tego, który rozległ się właśnie nad jego uchem.
   – RESPIRATOR NA TRÓJKĘ. MIGUSIEM!
Zerwał się z fotela i pobiegł pod drzwi sali. Serce waliło mu jak oszalałe, rozbijając się o żebra niczym zwierzę biegnące na oślep. Ktoś go zatrzymał, odciągnął od sali, nie pozwolił wejść. Krzyczał. Biegał po korytarzu za lekarzami, ale to na nic się zdało. Nikt nie chciał mu nic powiedzieć. Unikali go jak gdyby ktoś narzucił na niego pelerynę niewidkę. Chwila nieuwagi lekarza i udało mu się wbiec do pomieszczenia. Stanął jak wryty. Na wszystkich maszynach, które właśnie odłączano od jej kruchego, bardziej bladego niż zwykle ciała, widniały proste linie. Wpatrywał się w nie tępo, starając się wypatrzyć chociażby najmniejsze drżenie, ale nic takiego się nie działo. Spojrzał na nią. Wyglądała zupełnie jak kilka godzin temu - włosy rozrzucone na poduszce, dłonie luźno leżące na pościeli i lekki półuśmiech błąkający się po twarzy. Różnica była taka, że jeszcze niedawno jej drobna pierś poruszała się rytmicznie, dotrzymując tępa oddechom, a teraz zastygła w bezruchu. Ktoś poklepał go po ramieniu. Ktoś inny powiedział, że bardzo mu przykro. Dotknął jej dłoni, a przed oczami przeleciały mu tysiące obrazów, cała przyszłość zamazała się. Wszystkie jego marzenia uleciały wraz z ciepłem jej ciała...

Wszystko zniknęło. Ponownie ogarnęło ich uczucie spadania, a po chwili pod ich stopami znalazła się znów drewniana podłoga pokoju. Myślodsiewnia wesoło połyskiwała w smugach światła. Rudzielec obrócił się na pięcie i wybiegł z pomieszczenia. Młoda Skeeter podążyła za nim. Stał odwrócony twarzą do ściany i zdawało jej się przez chwilę, że ocierał łzy. Położyła mu dłoń na ramieniu i chwilę się zawahała.
   – Ja… Nie jestem pewna, co powinnam teraz powiedzieć, ale mogę ci obiecać, że włożę w tę książkę całe swoje serce i nie pozwolę na to by pamięć o niej kiedykolwiek zaginęła.
Obrócił się do niej twarzą. Spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął
   – Świat nie zapomina o takich ludziach jak ona, ja też nigdy nie zapomnę, ale to nie o to chodzi. Wychowałem się w bardzo licznej rodzinie i zawsze marzyłem o tym by samemu założyć rodzinę równe liczną. Widziałem dom z ogrodem, stadko biegających po nim dzieci i JĄ bujającą się ze mną na huśtawce, to było moje jedyne marzenie, tylko tego brakowało mi do szczęścia, a teraz… teraz już nie wiem, jaki sens ma moje życie.

*** Kilka tygodni później***


                 Jesień rozgościła się na całego w czarodziejskim świecie. Liście wesoło tańczyły w powietrzu prezentując przed przechodniami różnobarwny balet. Fred przemierzał miasto w celu kupienia jednego z potrzebnych składników, gdy jego oczom ukazała się ciągnąca na pół ulicy kolejka. ‘’Esy i Floresy’’ przechodziły dziś istną okupację. Podszedł bliżej by spojrzeć, co było tego powodem, gdy z sklepowej wystawy spojrzała na niego, jego własna twarz, a obok niej roześmiana Hermiona. Serce zabiło mu mocniej. Zupełnie zgubił rachubę czasu, przez co zapomniał, że to właśnie dziś wypadał termin premiery książki. Odruchowo wyciągnął rękę w stronę szyby, a na zdjęciu zalśni złotoczerwony napis – ,,Utracone marzenia, czyli gdyby miłość potrafiła ożywiać.”


piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 7: Wypadek przy pracy

Hermiona wyszła na dziedziniec, gdzie uczniowie innych szkół szykowali się do odjazdu. Odnalazła wzrokiem Kruma i uśmiechnęła się, przeciskając się do niego wśród tłumu. Gdy tylko znalazła się przed chłopakiem, ten szybko wziął ją w objęcia.
  – Hermionanina, cieszę się że ty jednak przyszła! – wykrzyknął tuż przy jej uchu, starając się zagłuszyć hałas panujący na dziedzińcu.
  – Przecież nie mogłam nie przyjść się z tobą pożegnać! – odpowiedziała Gryfonka ze szczerym uśmiechem.
  – Straszna tu głośno. Chodźma może gdzieś, gdzie da sia porozmawiać.
Hermiona skinęła głową i poprowadziła chłopaka w stronę skąpanych w słońcu błoni. Wraz z oddalaniem się od dziedzińca, hałas stawał się coraz cichszy, aż w końcu nie było słychać go w ogóle. Stanęli przy jednej ze znajdujących się na błoniach ławek. Drewnianą powierzchnie pokrywały wyrzeźbione w  niej podpisy, rysunki, a przede wszystkim masa serduszek i wyznań miłości. Co za wandalizm! Hermiona aż się wzdrygnęła na ten widok i przed szybkim naprawienie ławki powstrzymywał ją tylko fakt, że nie chciała wyjść przed Wiktorem na pedantkę. Usiedli, a Wieża Gryffindoru pod którą się znajdowali rzucała na nich cień, chroniąc przed gorącymi promieniami słonecznymi.
  – Hermionanina, ja strasznie żałuja, że musza już wyjeżdżać. Gdybym mógł to zostałbym tu, żeba móc spędzać z tobą jak najwięca czasu, bo musisz widzieć, że jesteś naprawdę wspaniała kobieta. Ja chciałbym żeby my mieli nadal kontakt, dlatego mam tu zapisana swój adres. Jeśli będzie chciała to napisz do mnie. Będę na to bardzo czekać. Gdyby ty chciała to zaprasza cię we wakacje do siebia, ja zawsze chętnia cię oprowadza.
Hermiona czuła jak na jej policzki wpełza ogromny rumieniec, zdradzając buzujące w niej uczucia. Słowa chłopaka (i to nie byle jakiego chłopaka, bo Wiktora Kruma na widok które piszczą czarownice na całym świecie) dały jej co najmniej plus pięćdziesiąt do samooceny. Uśmiechnęła się promiennie, z radością w oczach której nie dało się ukryć.
  – Ja...Ja nie wiem co powiedzieć. To bardzo miłe z twojej strony, w ogóle wszystko co powiedziałeś jest dla mnie bardzo pochlebiające. Obiecuję, że napiszę do ciebie od razu po powrocie do domu. A co do odwiedzin, to kto wie – może kiedyś nadarzy się okazja. Oczywiście ty również jesteś zawsze mile widziany.
Na dziedzińcu rozległ się głos trąb, oznajmiający, że przybyły środki transportu gościnnych szkół. Wiktor wstał, a Hermiona poszła w jego ślady. Teraz stali zaledwie kilka centymetrów od siebie. Krum rozłożył ramiona w geście oznajmującym, że chcę ją przytulić. W brzuchu Gryfonki pojawiło się dziwne, delikatne łaskotanie. Zrobiła głębszy wdech i zanurzyła się w uścisku chłopaka. Jego silne ramiona oplotły szczelnie jej ciało. Był od niej dużo wyższy, więc jej głowa znajdowała się idealnie na wysokości jego torsu. Czuła jak klatka piersiowa chłopaka porusza się miarowo pod jej policzkiem. Zawsze uważała, że jest samowystarczalna i do szczęścia nie potrzeba jej nikogo ani niczego, jednak teraz czuła się tak przyjemnie odprężona, że gotowa byłaby oddać swoją samowystarczalność za codzienną dawkę takich czułości. Poczuła na czole ciepło ust Wiktora, który czule ją cmoknął. Na filmach zawsze ubóstwiała ten gest, ale nie myślała, że naprawdę jest aż tak uroczy. Policzki zaczęły ją jeszcze bardziej piec. Rozległ się ponownie dźwięk trąbki. Hermiona odsunęła się od Wiktora, a raczej próbowała się od niego odsunąć, bo chłopak rozluźnił uścisk, ale nadal trzymał dłonie oplecione wokół jej talii. Granger spojrzała w jego oczy i każdy mięsień w jej ciele zaczął sztywnieć. Usta nagle jej obeschły, gdy zrozumiała ze to jest ten moment w którym zapewne za chwilę przeżyję swój pierwszy w życiu pocałunek. Krum uśmiechnął się, przyglądając jej się z czułością, a tym samym jeszcze bardziej ją zawstydzając.
  – Czy ja moga cię pocałować na pożegnanie? – zapytał, nadal wpatrując się w oczy dziewczyny. – Zanim ten ruda chłopak znowu nam przeszkodzi.
Hermiona lekko skinęła głową, bo głos zamarł jej w gardle i nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Stres wziął nad nią górę. Przymknęła powieki, gdy twarz Wiktora zaczęła zbliżać się do jej twarzy. Gdy jego usta już prawie zetknęły się z jej malinowymi wargami, szyba na jednym z pięter znajdujących się nad ich głowami roztrzaskała się z hukiem. Rozległ się czyiś śmiech, a potem wzburzony głos  profesora Snape'a, a w ich stronę wraz z odłamkami szkła, poszybował ogromny kufer ze złotymi, lśniącymi literami "W&W". Hermiona już miała przed oczami najgorszy scenariusz, gdy ktoś rzucił się na nią i odepchnął. Kufer z impetem uderzył w miejsce gdzie jeszcze przed sekundą stała i roztrzaskał się na maleńkie kawałki. Minęło kilka minut zanim dziewczyna się otrząsnęła. Na samą myśl o tym, że ten kufer przed chwilą mógł roztrzaskać się na jej głowie, czuła uderzenie gorąca. Była pewna, ze osobą która ją uratowała jest Wiktor, jednak zapach perfum który właśnie wypełnił jej płuca nie należał do niego. Dobrze znała te perfumy, bo były to jedyne męskie perfumy łączące wszystkie jej ulubione zapachy. I używał ich tylko jeden chłopak w Hogwarcie...
   – Fred, mógłbyś już ze mnie zejść?
Rudzielec wydawał się nadal lekko zdezorientowany wydarzeniami sprzed chwili, więc trochę mu zajęło przeanalizowanie słów Hermiony. Próbował się podnieść, nie przyciskając dłoni do leżących wszędzie odłamków szkła, jednak to nie było wcale łatwe zadanie. Gdy już prawie udało mu się wstać, ktoś gwałtownie złapał go za szatę i cisnął w przeciwnym kierunku. Fred zachwiał się, ale ostatecznie udało mu się utrzymać równowagę. W ostatniej chwili zdążył się uchylić przed nadlatującym ciosem.
  – Tego już za wiela, co ty sobia myśla?! – krzyknął rozwścieczony Krum, którego szata i twarz były w tak samo czerwonym kolorze. – Ja znosił twoja głupota i to, że zawsze ty się zjawia w najmniej odpowiednia momenta, ale to już była przesada! Dopóka twoja głupota nie robia nikomu krzywda, było ok, ale teraz ty już przesada.
Przedstawiciel Durmstrangu wymierzył kolejny cios, zanim Fred zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Tym razem refleks Weasley'a zawiódł i cios okazał się celny. Na twarzy bliźniaka momentalnie pojawiła się szkarłatna ciecz. Hermiona widząc to, szybko podniosła się z ziemi, nie zwracając nawet uwagi na to, że odłamki szkła wbijają jej się w dłonie. Jednym susem pokonała dystans oddzielając ją od walczących chłopaków  i stanęła między nimi, w ostatnim momencie zatrzymując rękę Freda, która już szybowała ku twarzy Wiktora. Chcąc mieć pewność, że Weasley nie wykona żadnego niekontrolowanego przez nią ruchu, stanęła do niego tyłem i splotła swoje palce z jego. Pozwolił jej na to. Hermiona spojrzała na Wiktora z nieukrywaną złością w oczach.
  – Sądzę, ze powinieneś już iść Wiktorze. Twój statek zaraz odpływa...
Czarne oczy chłopaka przybrały dziwnie dziki wyraz. Bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę dziedzińca. Hermiona poczuła, ze Fred opiera swój podbródek na jej ramieniu.
  –  Krumek Chrumek, szerokiej drogi – tak szerokiej, żebyście ty i twoje gburowate ego zmieścili się na niej!
Gdy Wiktor zniknął na dziedzińcu, Hermiona wymierzyła Fredowi siarczysty policzek.
  – Au! Za co to?! –  zapytał, łapiąc się za bolące miejsce.
  – Za to co przed chwilą powiedziałeś. Taki jesteś wygadany, gdy przeciwnik znajduje się w bezpiecznej od ciebie odległości, co? - Nim chłopak zdąży się zorientować co się dzieje, dostał drugi policzek. - A to za tę skrzynię, nie wiem jak wielkim idiotom trzeba być, żeby wyrzucić skrzynię przez okno?!
  – To nie było celowe – zaczął się tłumaczyć.
 – George pchnął skrzynie w moją stronę, a ja nie zdążyłem jej złapać i wyleciała przez to pieprzone okno... Gdybym wiedział, że ty tutaj jesteś to wyskoczyłbym za tą skrzynią i starałbym się ją złapać w locie byle tylko ci się nic nie stało...
Po tych słowach cała złość uszła z Gryfonki niczym powietrze z balonika i zachciało jej się śmiać, jednak nie chciała okazać Fredowi, ze już się nie gniewa, dlatego odwróciła od niego twarz ukrywając uśmiech i zaczęła ciągnąć go w stronę skrzydła szpitalnego, nadal nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. 
Weszli do dużego białego pomieszczenia, o charakterystycznym, chemicznym zapachu. Po obu stronach sali stały rzędy pustych łóżek. Granger usadziła Freda na pierwszym z nich i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu pani Pomfrey, której jednak w sali nie było. Postanowiła sama przejść do działania. Swoją dłonią uniosła podbródek chłopaka i zaczęła mu się przyglądać. Fred starał się unikać jej wzroku i z pełnym skupienie wpatrywał się w podłogę. Hermione jednocześnie śmieszył i rozczulał ten widok. Sama już nie była pewna czy bardziej nienaturalne wydaje jej się to, że Fred Weasley się wstydzi, czy to że się rumieni. Starała się zachować powagę oceniając jakie szkody na jego twarzy wyrządziła pięść Wiktora. Krew już zaschła, więc całe szczęście oznaczało to, ze nos nie jest złamany. Z jednej z szafek wzięła gazik i miskę z wodą, by zetrzeć czerwone plamy z twarzy chłopaka, ale gdy tylko włożyła ręce do miski z wodą, poczuła przeszywając ból po wewnętrznej stronie dłoni. Cicho jęknęła co nie umknęło uwadze Freda.
  – Miona, wszystko w porządku?
Grymas bólu na twarzy Gryfonki zastąpiło zdziwienie. Miona…
  – Jak...Jak ty mnie przed chwilą nazywałeś?
Fred wydawał się zdezorientowany jej pytanie, ale od razu na nie odpowiedział, jakby próbując w ten sposób naprawić wszystkie swoje dzisiejsze błędy.
  – Miona... Nie wiem czemu tak powiedziałem, po prostu tak mi jakoś to przyszło pierwsze na myśl. Jest krótsze niż twoje całe imię ii... - przerwał, patrząc na wodę w misce, która zaczynała się robić coraz bardziej czerwona - i chyba coś nie tak z twoimi dłońmi!
Chwycił ją za nadgarstki i wyciągnął jej dłonie spod tafli wody. Pod zaschniętą warstwą jego krwi, w dłoniach dziewczyny znajdowały się dziesiątki małych, szklanych odłamków. Teraz to on posadził ją na łóżku.
  – Matko, jakim cudem ty nic nie czułaś?! – zapytał, z przerażeniem przyglądając się wnętrzu jej dłoni.
  – Ja... Ja nie wiem. To chyba adrenalina, byłam zbyt skupiona na tym co działo się dookoła, żeby skupić się na sobie.
  – Trzeba to jak najszybciej usunąć. Poczekaj – obrócił się do niej tyłem i zaczął czegoś szukać po szafkach. Po chwili stał już przed dziewczyna z tacą, na której miał różne przyrządy i o dziwo – miał na sobie lekarski fartuch.
  – Dzień dobry, najprzystojniejszy uzdrowiciel w Świecie Magii właśnie do pani przybył. – Ukłonił się nisko. – Teraz proszę usiąść doktorowi na kolanach.
Hermiona najchętniej palnęłaby się ręką w czoło, gdyby nie fakt, że w obu dłoniach miała odłamki szkła. Nie miała już siły na kłócenie się z Fredem, więc posłusznie usiadła mu na kolanach. Chłopak objął ją w pasie, a ona oparła głowę na jego ramieniu.
  – Ostrzegam, że może zaboleć – wyszeptał, a ona tylko mocniej wtuliła się w zagłębieniu w jego obojczyku.
  – Jesteś pewien, że wiesz co robisz?
  – Taaak, spokojnie. Nie raz musiałem ratować Georga po naszych małych ‘’wypadkach przy pracy”.
Skinęła głową, a on ujął jej dłoń w swoją i sięgnął po pęsetę. Delikatnie, z precyzją godną prawdziwego chirurga złapał największy kawałek szkła i sprawnym ruchem wyciągnął go. Hermiona cicho jęknęła, przyciskając czoło do szyi chłopaka. Fred wolną ręką pogładził ją po ramieniu, starając się dodać jej otuchy. Całe szczęście większość odłamków nie tkwiła zbyt głęboko, więc Weasley uwinął się z tym dość szybko. Namoczył wacik w wodzie utlenionej i nachylił się do jej ucha.
  – Teraz może trochę szczypać.
Dotknął wacikiem do jej dłoni i poczuł jak całe jej ciało się napina. Nie wiedział czemu, ale patrząc na jej cierpienie czuł, jakby jakaś cząstka niego również cierpiała. Zanim zastanowił się co robi, przycisnął wargi do czubka jej głowy, składając na nim pocałunek. Hermiona nie miała siły protestować… a może nawet nie chciała protestować. Jego ramiona były jak przystań w której chciałoby się odpocząć. Nie rozumiała go, nie rozumiała siebie, ale wiedziała już na pewno, że to wszystko ma jakiś głębszy sens, że za tymi wszystkimi wydarzeniami kryję się coś o wiele większego. Poczuła, że ból ustaje, a jej ciało zaczęło się odprężać, opadając bezwładnie w ramiona Freda. Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia można przeżyć dwa pocałunki i oba tak skrajnie się od siebie różniące. Wiktor sprawił, że poczuła się taka mała, bezbronna, za to Fred… Jej powieki zaczęły stawać się coraz cięższe, aż w końcu poddały się i złożyły broń, zakrywając się zasłoną rzęs.

Fred wstał, unosząc Hermionę. Odłożył ją na łóżku i najdelikatniej jak się dało, przykrył ją kocem. Poszedł do łazienki by zmyć krew z twarzy i opatrzyć swoje rany. Całe szczęście okazało się, że nie odniósł żadnych większych obrażeń poza kilkoma siniakami i zadrapaniami. Zimna woda orzeźwiła go trochę i przyniosła ulgę na obolałą szczękę. Co jak co, ale musi przyznać, że prawy sierpowy to ma chłopak dobry. Jego szczęka na pewno zapamięta go na dłużej. Wrócił na salę i koło łóżka na którym spała Hermiona zauważył zwitek papieru. Podniósł go i od razu domyślił się co to jest. Rosyjska nazwa ulic, koślawe pismo… Fred wahał się przez chwilę co powinien zrobić, ale ostatecznie wcisnął pergamin do kieszeni. Chciał iść poszukać pielęgniarki, by upewniła się czy z Hermioną na pewno wszystko okej, ale dłoń dziewczyny zacisnęła się wokół jego nadgarstka, a Granger, prawie bezgłośnie wyszeptała:
  – Zostań ze mną, proszę… Nie zostawiaj mnie po raz drugi…


Will I know it? Will I know it?
Will I know it when I see it?
Will I know it, will I know it when you're here?

I need you now
I need you more than ever before.. before
 ***

Cześć i czołem :D Rozdział może nie należy do jakiś mega ciekawych i pełnych akcji, ale przypadł mi do gustu i bardzo przyjemnie mi się go pisało. Kolejny rozdział pojawi się prawdopodobnie w piątek (15.04.2016), bo w tygodniu mam masę nauki, kursy na prawko itp. Itd., więc zazwyczaj w piąteczek siadam na spokojnie i wszystko poprawiam. Mam do Was tylko jeszcze pytanko – czy pasuje Wam taka długość rozdziałów? ( są to ok 4 strony w Wordzie) ;)
A teraz nie przedłużając, czekam na 10 komentarzy!
Pozdrowionka Wam śle,
Wena mnie wyjątkowo rozpiera, gdyby jeszcze ten czas…
Marta Weasley
PS Tak wiem, że tęskniliście za moimi filmikami xD

Harry Potter - Nimbus 2000 Broom
.
.
.
.
.
.
template by oreuis