niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział 11: Misja specjalna cz.2

Odkąd tylko zapoznała się z listem od Molly nie mogła znaleźć sobie miejsca. Spakowała już swoją torbę podróżną, posprzątała w pokoju, a nawet pozmywała naczynia, czego robić bardzo nie lubiła. Ciągle starała się czymś zająć, byle tylko nie myśleć o spotkaniu z Fredem. Od sytuacji w pociągu nie miała okazji z nim porozmawiać, a nie była pewna co on sobie mógł o niej pomyśleć po tym  wszystkim. Nie mogła powiedzieć, że żałowała tego co zrobiła (bo o dziwo nie żałowała), ale nie mogła również pojąć, skąd znalazła w sobie tyle odwagi by w ten sposób się zachować. Była pewna, że na sam jego widok, jej policzki zapłoną purpurą… Nie, przestań Hermiono! Miałaś o tym nie myśleć!
Zrobiła kilka głębszych wdechów, po czym podeszła do szafy i wyciągnęła z niej parę starych, dresowych spodni i jakąś obcisłą koszulkę, która tak właściwie to była już na nią trochę za mała. Odziana w taki strój bojowy ruszyła do ogrodu. Z garażu wyciągnęła kosiarkę. Tata już jakiś czas temu ją o to prosił, ale jakoś nigdy się do tego nie kwapiła, jednak w tej sytuacji zajęcie to wydawało się wręcz idealne. Doszła do wniosku, że nic tak dobrze nie zagłusza myśli jak dźwięk kosiarki.
Ogródek państwa Granger nie zajmował zbyt dużej powierzchni, jednak przy wysokiej jak na tą część Anglii temperaturze, nieźle się zmęczyła. Wyłączyła maszynę i wierzchem dłoni starła z twarzy pot.
  – Nie powiem, że mi się nie podobało. Nigdy bym nie pomyślał, że kobieta z kosiarką może wyglądać tak seksownie! – zażartował.
Hermiona nie zauważyła go wcześniej. Szczerze powiedziawszy miała nadzieję nikogo nie spotkać będąc w tym niezbyt wyjściowym stroju, a tym bardziej na pewno nie chciała spotkać tak przystojnego chłopaka będąc w takim stroju!  Spuściła wzrok, starając się ukryć swoje zawstydzenie.
  – Matt…eee..Długo tutaj stoisz?
Chłopak zaśmiał się perliście, ukazując garnitur równiutkich i śnieżnobiałych zębów, a w jego policzkach od razu pojawiły się słodkie dołeczki na widok których miękły kolana prawie wszystkim dziewczynom w Hogwarcie. Hermiona czuła, że jej kolana mimo jej sprzeciwu również zaczynają mięknąć na ten widok. Dupek!  Wyszeptał w jej podświadomości tak dobrze znany jej głos.
  – Wystarczająco długo by zauważyć, że w tych spodniach masz naprawdę świetne pośladki! – rzucił jak zwykle bez cienia skrępowania. Chyba świetnie się bawił wprowadzając ją w zakłopotanie. Jego poza mówiła sama za siebie. Jedną rękę opierał o furtkę, co chwilę mierzwiąc nią włosy, a drugą dłoń trzymał w kieszeni. Widać było po nim, że w przeciwieństwie do niej, jest całkowicie wyluzowany. Hermiona żałowała, że w tej chwili nie doznaje takiego samego przypływu energii jak wtedy w pociągu, jednak tylko obecność Freda była w stanie wpłynąć na nią w ten specyficzny sposób. Matt dalej jej się przyglądał, widocznie czekając na podjęcie przez nią jego gry.
  – Nooo, to co cię do mnie sprowadza? – wydusiła w końcu z siebie.
Pokręcił głową z dezaprobatą.
  – Nie ładnie Hermiono, nie ładnie. Może byś się chociaż ze mną przywitała zanim zaczniesz mnie przesłuchiwać?
  – A tak, przepraszam. Wchodź, zapraszam – wskazała dłonią miejsce na huśtawce. – Siadaj.
Chłopak znów pokręcił głową z udawanym niezadowoleniem na twarzy. Podszedł do niej i odgarnął jej z twarzy kosmyk. Gryfonka czuła jak jej puls  przyspiesza. Matt zanurzył rękę w jej puszystych lokach, a ona wstrzymała na chwilę oddech, sama nie wiedząc dlaczego. Przybliżył swoją twarz do jej, a ona, mimo że każda jej cząstka krzyczała, wręcz błagała o to by się od niego odsunęła, dalej stała w tym samym miejscu. Po chwili, która jej wydawała się wiecznością, na twarzy Matta ponownie pojawił się ten sam rozbrajający uśmiech. Uniósł dłoń, a przed twarzą zamajaczył jej liść.
  – Miałaś go we włosach – powiedział, dalej się uśmiechając i nie oddalając swojej twarzy od twarzy młodszej Gryfonki. Starał się utrzymać z nią kontakt wzrokowy, ale było to wręcz niemożliwe przez zawstydzenie dziewczyny. Cmoknął ją w policzek i odsunął się.
  – I teraz możemy rozmawiać – zaśmiał się, siadając na huśtawce, jakby to co stało się przed chwilą zupełnie nie miało miejsca.
Zdezorientowana dziewczyna, obróciła się na pięcie i wprowadziła kosiarkę do garażu. Tak naprawdę był to tylko pretekst po to by znaleźć kilka minut na ochłonięcie. Oparła się o ścianę pomieszczenia, robiąc kilka głębszych wdechów. Czuła się strasznie zagubiona. Nie miała czasu na miłość i doskonale o tym wiedziała, ale z drugiej strony, cos lub ktoś wewnątrz niej wręcz o tę miłość błagał. Sama nie była pewna co tak naprawdę czuję i to przytłaczało ją jeszcze bardziej.
Wróciła do ogrodu starając się zachować pozory niewzruszonej. Uśmiechnęła się ciepło i usiadła na huśtawce obok Matta.
  – Teraz poznam cel twojej dzisiejszej wizyty?
  – Owszem! Mam dla ciebie propozycje nie do odrzucenia!
Dupek! Dupek! Dupek! Opadnie ci szczęka jak jednak twoja propozycja okaże się możliwa do odrzucenia! Odezwał się ponownie znajomy głos w jej podświadomości.
  – Jaką propozycje? – zapytała, zaciekawiona co też może jej zaoferować.
  – Mój kuzyn robi dzisiaj imprezę, mówił że każdy może przyprowadzić kogo tylko zechcę, więc pomyślałem o tobie, o tym żebyśmy poszli tam razem. Co ty na to?
Co ja na to? Co ja na to?! Ja na to mówię stanowcze nie, bo spędzam dzisiaj wieczór z kimś o wiele fajniejszym niż ty! Ponownie odezwał się irytujący głos w jej głowie. Rozmasowała skronie, starając się go zagłuszyć. Powiedz mu! Powiedz mu, żeby spadał!
  – Zamknij się… – wyszeptała.
  – Eee, co? – zapytał Matt, robiąc lekko zdziwioną minę.
Tym razem jej twarz wręcz płonęła żywym ogniem. Machnęła dłonią w powietrzu kilka  razy.
  – To...mucha! Cały czas lata mi koło głowy. Uciążliwe stworzenie – uśmiechnęła się sztucznie.
  – To co powiesz na moją propozycję?
  – Matt, bardzo cię przepraszam. Naprawdę chętnie bym z tobą poszła, ale mam już inne plany .
Jeden zero dla mnie! Krzyknął głos w jej głowie.
  – Kurde, a miałem nadzieję, że przynajmniej teraz uda mi się z tobą zatańczyć. Na balu Bożonarodzeniowym byłaś tak oblegana, że nie mogłem się do ciebie dobić.
To ją zdziwiło. Obserwował ją już na balu Bożonarodzeniowym? Może jednak Gin miała rację mówiąc, że tak naprawdę podoba się wielu facetom, tylko nie zauważa ich i przez to boją się do niej podejść.
  – A mogę wiedzieć co takiego robisz, że wystawiasz mnie?
  – Nie wystawiam cię! Mam bardzo ważną, specjalną misję do wykonania! – uśmiechnęła się tajemniczo, powoli odzyskując pewność siebie.
  – Misję specjalną?
  – Tak, będę robić za opiekunkę.
  – O, to rzeczywiście misja specjalna, wymaga bardzo wiele cierpliwości – poklepał ją lekko po plecach. – To ile lat mają dzieciaki, które mają to szczęście spędzić z tobą dzisiejszy wieczór?
Hermiona lekko się zmieszała.
  – Dzieciaki to raczej nie najlepsze słowo do określenia ich. Tak właściwie to będę niańczyła Freda i George’a…
Brunet wybuchł śmiechem, którego przez kilka minut nie mógł opanować.
  – Od zawsze wiedziałem, że bliźniacy są niezbyt rozgarnięci i często miewają dziwaczne pomysły, ale nie wiedziałem, że do tego stopnia, że potrzeba im niańki! – powiedział, gdy w końcu udał mu się trochę opanować.
Hermionie nie spodobały się słowa chłopaka. Owszem bliźniacy nie zawsze myśleli nad tym co robią, ale to na pewno nie jest powód, żeby od razu nazywać ich nierozgarniętymi.
  – Ich mama poprosiła mnie o pomoc, więc się zgodziłam – odpowiedziała zimnym tonem.
  – Dobrze, dobrze rozumiem. Gdyby jednak towarzystwo Weasley’ów ci się znudziło, daj znać. Mój tata pracuję w Ministerstwie w wydziale komunikacji, więc nasz kominek pozwala przetransportować się dosłownie wszędzie.
Uśmiechnął się i wstał.
  – Dobra, nie zawracam ci dłużej głowy. Zapewne musisz przygotować się na tą ciężką wyprawę. Powodzenia, Mała – ujął jej rękę w swoją i pocałował w wierzch dłoni. Nim Hermiona zdążył jakkolwiek na to zareagować, chłopak zniknął już za żywopłotem. Mówią, że od nadmiaru głowa nie boli, szkoda to to przysłowie nie sprawdza się przy nadmiarze facetów w życiu. Westchnęła i położyła się na huśtawce, ponownie pogrążając się w myślach, które dotyczyły oczywiście spotkania z Fredem.

 ***

Kilka metrów przed nią zmaterializowała się stara, lekko przyrdzewiała konewka. Hermiona do tej pory miała tylko trzy razy okazję podróżować za pomocą tego środka transportu i nie ukrywając, trochę się martwiła, że zagubi się w nicości…ewentualnie, że zamiast w domu Weasley’ow wyląduję np. w łazience pana Lovegood. Głęboki wdech. Jedną dłonią złapała rączkę swojej torby, a drugą chwyciła za konewkę. Świat wokół niej zawirował, a ziemia usunęła jej się spod nóg. Zamknęła oczy, czując jak uczucie nieprzyjemnego ucisku w okolicy żołądka, nabiera na sile. Trzy, dwa, jeden – puściła świstoklik.

Leżała na trawniku przed Norą. Kilka metrów od niej znajdowała się jej torba i stara konewka. Podniosła się, otrzepując ubrania. Jej serce coraz bardziej przyspieszało, ale powodem takiej reakcji wcale nie był strach czy wstyd, ale podniecenie i radość. Mimo tego, że dziewczyna nie dopuszczała do siebie tej myśli to wewnątrz wręcz pękała z radości, że za chwilę znów się z nim zobaczy. Oczywiście Gryfonka tłumaczyła to sobie tym, że ostatnio zbliżyła się do Freda i to tylko i wyłącznie dlatego, że stał się on dla niej przyjacielem. Ehh Granger, kogo ty próbujesz oszukać. 

Drzwi były uchylone, więc pchnęła je i weszła do środka. Nora była miejscem, które naprawdę lubiło się odwiedzać. Pachniała domem, miłością i bezpieczeństwem. Postawiła torbę przy drzwiach i rozejrzała się . Od jej ostatniej wizyty nic się tutaj nie zmieniło. No może nic, poza brakiem kilku wazonów i figurek należących do pani Weasley. Do jej zmysłu węchu dotarł zapach gorącego ciasta drożdżowego na co jej brzuch od razu zareagował głośnym burknięciem, przypominając jej, że od śniadania nic nie jadła. Ruszyła w stronę źródła tej cudownej woni, którym oczywiście okazała się kuchnia.
  – Dzień dobry pani Weasley!– rzuciła w stronę krzątającej się po kuchni rudowłosej postaci.
Kobieta szybko obróciła się w jej stronę z ogromnym uśmiechem wymalowanym na zmęczonej twarzy.
  –Hermiono, witaj! Już zaczynałam się martwić, że jednak nie zdecydowałaś się mi pomóc. – Podeszła do Gryfonki i wzięła ją w objęcia. – Jak wspaniale cię  znowu widzieć kochanieńka!
Odsunęła się od niej na kilka centymetrów i zmierzyła od góry do dołu.
  – Ale jak ty zmizerniałaś dziecko! Siadaj, upiekłam ciasto, zaraz nałożę ci kawałek.
Posłusznie usiadła przy stole. Nora zawsze tętniła życiem, a dziś było w niej wyjątkowo cicho, co lekko ją zaniepokoiło.
  – A gdzie wszyscy się podziali? – zapytała, gdy kobieta postawiła przed nią talerz z ogromnym kawałkiem ciasta, który starczyłby na wyżywienie trzyosobowej rodziny.
  – Ginny pojechała w odwiedziny do Charlie'go. Ron wróci niedługo, bo wysłałam go po zakupy dla ciotki Muriel, a bliźniacy – na jej twarzy pojawił się wredny uśmieszek, który Hermiona doskonale znała, tyle że w męskiej wersji. – Chodź, sama zobaczysz!
Ruszyła za Molly w stronę łazienki. Otworzyła drzwi, a Hermionie ukazał się jeden ze śmieszniejszych widoków jakie było jej dane w życiu widzieć. Fred klęczał na podłodze przed sedesem, a George kucał w wannie. Na ręce mieli założone długie, różowe, gumowe rękawice, a z ich szyi zwisały urocze fartuszki w tym samym kolorze. Gdy tylko spojrzała na nich wybuchła śmiechem, nad którym nie mogła zapanować.
  –Tak, tak wiem. Różowy to nie nasz kolor, od początku ci mówiłem George, że powinniśmy założyć fartuszki w innych kolorach to nie, uparłeś się na ten różowy.
  – Teraz już wiem, że miałeś rację bracie. Przecież mieliśmy taki szeroki zasób kolorów do wyboru. Różowy, różowy i jeszcze różowy!
  – Taaaak, na pewno nasza wspaniała mama nie zrobiła tego celowo, żeby nas jeszcze bardziej upokorzyć. Przecież różowy zawsze był jej ulubionym kolorem.
Oboje skierowali swoje spojrzenia na Molly, na której twarzy malował się wyraz triumfu, gdy obróciła się i wróciła do kuchni, a następnie na duszącą się ze śmiechu Hermionę.
  – Co cię tak śmieszy koleżanko? – zapytali, stając koło niej i kładąc swoje dłonie na jej ramionach.
  – Nie, nie nic – starała się opanować śmiech, ale nie bardzo jej to wychodziło. – Ty…tylko bardzo ładnie wa..wam w różowym!
Panowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym złapali dziewczynę i ruszyli w stronę wanny. Hermiona orientując się co się święci zaczęła się szarpać i bić chłopaków, ale oni byli nieugięci. Wsadzili ją do wanny. Fred złapał za słuchawkę prysznica i skierował ją na Gryfonke.
  – Przeprosisz?
Wystarczyło jedno spojrzenie w jego oczy, by obudzić w niej odwagę. Uśmiechnęła się zadziornie, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
  – Ale za co ma przepraszać, przecież to był komplement!
Stojący za nią George, poczochrał jej włosy, śmiejąc się.
  – Fred, ona sama sobie grabi. Prosi się o to, żebyśmy ją trochę zmoczyli.
  – Tak, masz rację bracie. Może trochę zimnej wody otrzeźwi jej umysł?
Hermiona spojrzała nienawistnym spojrzeniem na Freda.
  – Gwarantuję ci, że tego pożałujesz Freddie!
Uśmiech z twarzy rudzielca zniknął, spojrzał na Hermionę bardzo zdziwiony, po czym odłożył prysznic. Rozmasował kark dłonią i wskazał na nią palcem.
  – Tym razem ci się upiekło – powiedział, po czym wyszedł zostawiają ich w niezłym szoku.

***


        Hermiona zeszła ponownie do kuchni, zdziwiona zachowaniem Freda. Wiedziała, że poddanie się w momencie gdy miał nad nią całkowitą przewagę jest do niego niepodobne. I jeszcze wyraz jego twarzy, którego nie mogła pozbyć się sprzed oczu. Wydawał się taki zdziwiony i przerażony jednocześnie.
  – Kochanieńka, naszykowałam ci łóżko w pokoju Ginny. Możesz tam zanieść swoją torbę, a potem zawołaj chłopców i zejdźcie na kolację. Dobrze?
Skinęła głową i ruszyła do pokoju, ciągnąc za sobą torbę, która rytmicznie stukała przy każdym kolejnym uderzeniu w schodek.
Pokój Ginny lśnił czystością, nigdzie nie walały się ubrania, kosmetyki nie zaścielały każdej szafki, a łóżko było perfekcyjnie zaścielone przez co Hermiona przez chwilę się zawahała nie będąc pewną czy nie pomyliła pomieszczeń, ale plakaty najlepszych drużyn Quidditcha zdobiące ściany upewniły ją w tym. Postawił swój bagaż na krześle i rzuciła się na łóżko. Cały czas zastanawiało ją zachowanie Freda. Nigdy wcześniej nie widziała w jego oczach takiej ilości emocji…
Pokój bliźniaków znajdował się naprzeciwko pokoju Ginny. Zapukała i delikatnie nacisnęła na klamkę. Nim zdążyła w pełni otworzyć drzwi, już znalazła się na ziemi. W ostatniej chwili zdążyła się przeturlać na plecy i uniknąć spotkania z tłuczkiem. Niepewnie podniosła się, ale jak się okazało to nie był koniec ataku. Gdy tylko się wyprostowała, w jej stronę pognała chmara złowieszczo świszczących, migających kulek. Pisnęła, rzucając się na łózko. W drzwiach pojawił się zdyszany Fred, który jednym ruchem różdżki unicestwił wszystkie pułapki. Podbiegł do łózka, gdzie leżała skulona Hermiona.
  – Nic ci nie jest? – spytał z wyraźnym przejęciem w głosie.
 Dziewczyna nie odpowiedziała. Widać było tylko jak jej twarz nabiera coraz bardziej czerwonych barw.
  – To pułapka na Rona. Miały go oduczyć wyjadania nam słodyczy. Nie myśleliśmy, że ty tutaj wejdziesz.
Podniosła się do pozycji siedzącej, z wściekłością wymalowaną na twarzy.
  – A czy wam kiedykolwiek zdarza się myśleć?! – wstała, odpychając od siebie chłopaka. – Jesteście dziecinni i nieodpowiedzialni! Nie ważne na kogo była ta pułapka, moglibyście komuś wyrządzić krzywdę, a wtedy zwykłe przepraszam by nie wystarczyło! Czasami naprawdę mam wrażenie, że zgubiliście mózgi…
Fred podszedł do drzwi i otworzył je na oścież.
  – Teraz już przesadziłaś. Ja też czasami mam wrażenie, że jesteś świetną dziewczyną z którą można porozmawiać, pośmiać się. Takim moim ideałem. A potem robisz szopkę jak moja matka, o jakiś głupi żart i jak każdy uważasz nas za idiotów. Wyjdź stąd, chyba że masz jeszcze coś ciekawego do dodania?
Hermionie opadła szczęka. Przez chwilę pozwoliła dojść do władzy swoim starym przyzwyczajeniom z którymi miała walczyć, a tym razem pozwoliła im się pokonać. Nie myślała, że jej słowa tak urażą chłopaka… Spojrzała na Freda, ale ten unikał jej wzroku.
  – Ja…ja miałam zawołać was na…na kolację…
 – Dobrze, zaraz zejdę. A teraz jeśli to wszystko to wyjdź.
Skinęła głową i posłusznie opuściła pomieszczeni. Drzwi zamknęły się za nią z hukiem. Hermiona poczuła, że w kącikach jej oczu zbierają się łzy. Zrobiła kilka głębszych wdechów, starła je i ze sztucznym uśmiechem na twarzy, zeszła do kuchni, gdzie siedział już George i pani Weasley.
  – Siadaj Hermiono – wskazał na krzesło obok siebie. – Opowiadaj, co cię do nas sprowadza? Mówiłaś, że wpadniesz dopiero w drugim miesiącu wakacji. Przyznaj, że tak się za nami stęskniłaś, że nie mogłaś już dłużej wytrzymać.
Zaśmiała się, ale gdy zobaczyła, że do pomieszczenia wchodzi Fred, jej śmiech stał się dziwnie nienaturalny.
  – My…myślałam, że mama wam powiedziała. Na dzisiejszy wieczór mam być waszą opiekunką.
Oboje równocześnie zakrztusili się sokiem, który właśnie pili.
  – Mamo, zwariowałaś? Przecież ona jest od nas młodsza! – odezwał się oburzony Fred.
  – Młodsza, ale o wiele inteligentniejsza i odpowiedzialna.
Z hukiem odstawił szklankę na blat i wyszedł z domu. Hermiona westchnęła i podparła głowę na dłoniach. To na pewno nie będzie przyjemny wieczór…

 ***

Hermiona usiadła obok chłopaka, ale ten nawet nie spojrzał w jej stronę. Nie mogła znieść tego, że jest na nią zły. Nie rozumiała czemu, ale wiedziała, że bardzo zależy jej na utrzymaniu z nim jak najlepszych relacji. Tylko w jego obecności czuła się kimś więcej niż zwykłą kujonką. Tylko przy im czuła się wartościowa i cholernie się tego bała. Bała się tej siły którą dawało jej samo przebywanie z nim. Bała się tego co udawało mu się w niej budzić, czyli uczuć. Westchnęła i szturchnęła go lekko łokciem.
  – Przepraszam…
Chłopak nadal wydawał się nie reagować na jej obecność. Wpatrywał się w falującą taflę wody, ignorując ją. Skoro nie chcę z nią rozmawiać, to nie będzie go zmuszała. Wstała, ale nim zdążyła odejść, złapał ją za nadgarstek. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele. Przymknęła powieki, przypominając sobie te wszystkie momenty w których trzymał ją za rękę. Cholera Granger, przecież coś takiego nigdy nie miało miejsca!  Skarciła się w myślach, przerażona kolejną wizją nieistniejących wspomnień.
  – Siadaj – wskazał miejsce obok siebie.
Posłusznie wykonała polecenie, podświadomie starając się usiąść jak najbliżej niego, by czuć bliskość i ciepło jego ciała.
  – Nie rozumiesz w ogóle tego co mnie zabolało Hermiono. To, że nazwałaś mnie dziecinnym to dla mnie żadna ujma. Boli mnie jednak sam fakt, że postrzegasz mnie jako jakiegoś skończonego idiotę. Do niedawna byłem pewny, że uważasz mnie i George’a za kogoś gorszego, ale gdy poznałem cię bliżej, zrozumiałem, że wcale tak nie jest. Myślałem, ze gdy ty poznałaś mnie bliżej to zrozumiałaś, że wcale nie jestem takim dupkiem za jakiego inni mnie mają. Miałem nadzieję, że chociaż ty zauważyłaś we mnie coś więcej, ale dzisiaj zrozumiałem, że jednak się myliłem, że dla ciebie dalej jestem zwykłym idiotą…
  – Wiem, że cię zraniłam. Naprawdę tego nie chciałam. Możesz wierzyć lub nie, ale to co wtedy powiedziałam wcale nie było prawdą. Dałam się ponieść emocjom. Ciężko jest wyzbyć się starych przyzwyczajeń Fred, a szczególnie gdy tym przyzwyczajeniem jest upominanie ludzi dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz, co dało Hermionie nadzieję na uratowanie sytuacji.
  – Tak, to prawda. Twój monolog dotyczący testowania wynalazków na pierwszoroczniakach do dzisiaj odbija się echem w mojej głowie.
Zaśmiali się. Fred lekko stuknął ją ramieniem.
  – Tym razem ci wybaczę, ale na następny raz nie będę już taki łaskawy Czarownico!
Całe jej ciało w jednej chwili zostało sparaliżowane. Czarownico… Ten głos, to słowo… Przed oczami zamajaczyła jej roześmiana, rudowłosa postać mierzwiąca jej włosy i nazywająca ją właśnie w ten sposób, podczas gonienia jej po szkolnych błoniach. To był Fred, to od początku był on…
  – Hermiona, wszystko w porządku? – zapytał, obejmując ją ramieniem i tym samym przywracając jej ciało do normalnego funkcjonowania.
  – Taaak, już wszystko okej – uśmiechnęła się, odruchowo opierając głowę na jego ramieniu. – Odpowiesz mi na jedno pytanie?
Skinął głową, łaskocząc ją przy tym swoim podbródkiem po skroni.
  – Ta sytuacja w łazience… Co się stało, że wyszedłeś? Widziałam w twoich oczach przerażenie.
Westchnął. Czuła jak jego mięśnie napinają się i rozluźniają, ukazując w ten sposób jego podenerwowanie. Zawsze tak reagował, gdy się denerwował.
  – To dość skomplikowane. Miewam czasami dziwne sny. Zazwyczaj niewiele z nich pamiętam, jednak głos i sposób w jaki dziewczyna we śnie wymawia moje imię utkwił mi w głowie. Dzisiaj zrozumiałem, że ten głos należy do… – urwał, słysząc dziwne dźwięki dochodzące od strony domu.
Za ich plecami rozległy się jakieś krzyki, które z sekundy na sekundę stawały się coraz wyraźniejsze. Fred szybko wstał, otrzepując spodnie z trawy, a Hermiona poszła w jego ślady.
  – Co…co ty tutaj robisz? – wydukał Fred.

***


Siemaneczko! Jak widzicie, wystarczyło kilka Waszych komentarzy by udało mi się pokonać swoją barierę twórczą. Kolejny rozdział wleciał o wiele szybcjiej niż myślałam i to tylko dzięki Wam, więc jak widzicie - warto komentować :D A teraz nie przedłużam, bo jutro praca, a ja po nocach na internetach siedze. Jako, że ten rozdział pojawił się tak szybko, to podniose trochę stawkę i bypojawił się kolejny musi być minimum 12 komentarzy!
Do napisania,
Marta Weasley

czwartek, 21 lipca 2016

Rozdział 11: Misja specjalna cz.1

Pani Weasley weszła do domu dokładnie w momencie kończenia przez wyjca monologu Angeliny. Jej źrenice momentalnie się rozszerzyły, a twarz przybrała barwę włosów. Gdy tylko jej spojrzenie napotkało przerażone twarze synów, podniosła ręce i wskazał na nich palcami.
  – Wy dwaj, – tu głośną wciągnęła powietrze – mam  nadzieję, że będziecie mieli dobre argumenty na wytłumaczenie się z tego.
   – Mia..miałaś wwwrócić dopiero ju..jutro! – wyjąkał George, z nutą wyrzutu w głosie.
Molly usiadła na fotelu, nerwowo potupując stopą. Katie niepostrzeżenie wymknęła się z salonu, starając się uciec zanim rozpęta się burza.
   – No to co macie na swoje usprawiedliwienie?
Fred stał oparty o futrynę kuchennych drzwi i starał się porozumieć z bratem samym spojrzeniem, ale pod bacznym okiem matki było to niemal niemożliwe. Westchnął, kopnął leżący przed nim plastikowy kubek i usiadł na kanapie koło brata. Czuł na sobie palące spojrzenie matki. Niechętnie zmierzył się z tym zabójczym wręcz wzrokiem.
   – Dobra mamo, zrobiliśmy małą imprezę. Kilka osób, naprawdę. Mieliśmy zamiar posprzątać, ale ty wróciłaś wcześniej, to wszystko.
  – TO. WSZYSTKO. SYNU?! – gwałtownie wstała ściskając w dłoni jeden z kubków. – Wiesz czym pachnie jego zawartość? Nie wiesz? To ja ci powiem! Niepełnoletnością, a co za tym idzie szlabanikiem!
George już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale po spojrzeniu rzuconym mu przez matkę, poddał się.
  – I jeszcze jedno! Nie liczcie nawet na to, że pozwolę wam ponownie zostać samym w domu. Skoro nie zachowujecie się jak na wasz wiek przystało, to jestem zmuszona znaleźć wam jakąś opiekunkę!
  – Mamo! Naprawdę nie ma takiej potrzeby, przecież ciotka Muriel cię potrzebuję, nie możesz zawracać głowy komuś, za każdym razem gdy będziesz musiała do niej jechać. Obiecujemy poprawę!
Molly była jednak nieugięta. Wstała, rzucając im jeszcze wredny uśmieszek i poszła do kuchni. George położył dłoń na ramieniu brata i wyszeptał.
  – Powiem ci stary, że pięknie zaczęliśmy te wakacje. Wole nie wiedzieć jaką karę nam wymyśli.
  – Ja też brachu, ja też. I wolę nie wiedzieć kogo nam ściągnie na głowę…
 Fred wstał zgarniając ze stojącej przed nimi ławy resztki przekąsek.
 – Ja zacznę sprzątać, a ty lepiej leć napisać wiadomości, że jutrzejsza powtórka melanżu jednak się nie odbędzie.



***



Jej stopy ledwo muskają ziemię. Suknia na jej ciele z każdym krokiem faluje coraz bardziej. Przyspiesza. Zapach kwiatów staję się coraz intensywniejszy, wdziera się w jej nozdrza, nie pozwalając poczuć niczego innego. A ona tak bardzo pragnie czuć ten znajomy zapach jego perfum. Drzewa stają się coraz gęściejsze. Zwalnia, gdy zapach kwiatów zastępuję charakterystyczne leśne powietrze. Coś jest nie tak. Czuję to. Wewnętrzny niepokój. Jak dotrzeć na polanę?
Niestrudzenie idzie przed siebie, rozglądając się za ich stałym miejscem spotkań. Uczucie strachu powoli zaczyna wkradać się w jej serce. A jeśli on już nie przyjdzie? Jeśli odszedł?
Nagle wśród drzew rozlega się cichy dźwięk gitary. Czuję jak jej serce, zaczyna wyrywać się do biegu, więc idąc jego śladem, również zaczyna biec. Nie zwraca uwagi na dźwięk dartego materiału, gdy jej suknia zaczepia się o kolejne gałęzie. Muzyka nabiera na wyrazie. Zaczyna być słychać czyiś głos, wtórujący w jej rytm. Zatrzymuję się na chwilę i zamyka oczy, by usłyszeć tekst piosenki. Słowa stają się coraz wyraźniejsze, jakby rozbrzmiewając w jej głowie.

Ostatnio rozmyślałem
Kto się zjawi, by zająć moje miejsce?
Gdy odejdę, będziesz potrzebowała miłości,
Która przegoni smutek z twojej twarzy.
Gdyby wielka fala miała przybyć 
I zalać nas wszystkich
To czy sama wśród piasku i skał
Sprostałabyś rzeczywistości?

Sama nie wie skąd zna tekst piosenki. Słowa same zaczynają wypływać z jej ust, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Gdybym mogła
Poszłabym za tobą wszędzie
Na sam szczyt albo na samo dno
Pójdę za tobą wszędzie…

Gitara ponownie rozbrzmiewa. Uczucie tęsknoty z każdym kolejnym uderzeniem w struny pogłębiało się, utrudniając jej oddychanie. Tak jakby każdy kolejny dźwięk wydany przez instrument dokładał na jej klatkę piersiową kamień. W jej głowie ponownie rozlegają się słowa piosenki, ale tym razem bez problemu rozpoznaje do kogo należy głos, który ją śpiewa.

Być może pewnego dnia
Znajdę sposób, by tutaj powrócić
Czuwać nad tobą, prowadzić cię
W najmroczniejsze z twych dni.
Gdyby wielka fala miała przybyć
I zalać nas wszystkich
Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś
Kto zdoła sprowadzić mnie z powrotem do ciebie
.

Jej usta ponownie otwierają się bez jej wiedzy, by wyśpiewać kolejną zwrotkę.

Zostawiam ci moje serce
Zostawiam ci moją nadzieję
Zostawiam ci moją miłość

Muzyka ustaje. Gryfonka niepewnie otworzyła oczy, ale to co ujrzała to nie jest już las, a dobrze znana jej polana. Nogi same niosą ją w stronę ogromnego drzewa, znajdującego się na jej środku. Tym razem to on na nią czeka. Z daleka nie może dostrzec jego twarzy, a tak bardzo tego pragnie. Wpić się w jego miękkie, ciepłe wargi. Wpatrywać w karmelowe, wesoło oczy… Zarys jego sylwetki staję się coraz wyraźniejszy. Przyspiesza kroku, ale im bliżej się znajduję, tym bardziej biel jego ubioru oślepia ją. Zamyka na chwilę oczy, a blask ustaje. Czyjeś silne ramiona oplotły ją w talii, przyciskając do swojego torsu jej plecy. Oparł podbródek na jej ramieniu, a jej ciało automatycznie zareagowało na jego bliskość. Przyjemne mrowienie i uczucie ciepła – zawsze, gdy jej dotykał tak właśnie się czuła, jakby jej ciało dopiero przy nim budziło się do życia. Wtuliła się w jego ramiona, a on cmoknął ją lekko w czubek głowy.
  – Jak ci się podobało? – wyszeptał wprost do jej ucha.
  – Masz na myśli piosenkę?
  – Mhm – wymruczał.
  – To było…hmm…coś niezwykłego! Ale nie wiedziałam, że potrafisz grać na gitarze. Nigdy wcześniej dla mnie nie grałeś.
  – Bo wcześniej nie potrafiłem – zaśmiał się, sprawiając, że na jej twarz również mimowolnie wpłynął  uśmiech. – Nudno tutaj bez ciebie, więc przynajmniej chciałem nauczyć się czegoś pożytecznego.
Obróciła twarz na tyle ile mogła i przyciągnęła go do siebie, wpijając się w jego usta. Nie mogła znieść tego cholernego zakazu, przez który nie wolno jej było na niego patrzeć. Pragnęła go widzieć, ba, wpatrywać się w niego całymi godzinami, studiować każdą rysę jego twarzy, ponownie uczyć się go na pamięć, ale wiedziała, że nie może. Delikatnie uchyliła usta, pozwalając na pogłębienie pocałunku. Ich wargi tak idealnie do siebie pasowały…
  – Czarownico… – oderwał się od dziewczyny, łapczywie łapiąc oddech. – Nie możesz tak długo się nie widzieć z moją młodszą wersją, każdy dzień rozłąki osłabia mój wpływ na niego.
  – Wiem, wiem, – splotła swoje palce z jego – ale uwierz, że moją młodszą wersją też wcale nie jest łatwo sterować. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy dwiema zupełnie innymi osobami…
  – No właśnie, mogłabyś nad sobą panować! – klepnął ją w udo, śmiejąc się. – Zaczynam być zazdrosny!
  – Zazdrosny? – zapytała, lekko zdziwiona.
  – Chodź, pokaże ci jak grać w siatkówkę. Świetnie CZA-RO-WNI-CO! – ironizował Fred. – Jak już tak bardzo chcę podrywać moją kobietę, to mógłby przynajmniej wykazać się oryginalnością, a nie kradnie moje teksty! Dupek!
Hermiona zaśmiała się.
  – Dobrze, następnym razem powiem mu, żeby wykazał się oryginalnością jak będzie do mnie podbijał.
Poczuła jak mięśnie chłopaka gwałtownie się napinają.
  – Następnym razem?! Ma nie być żadnych następnych razów, Miona!
O matunio, na wszystkie chochliki świata! To było to czego jej brakowało. Tylko on zdrabniał jej imię w tak charakterystyczny sposób. Właściwie to tylko on zdrabniał jej imię. Na początku tak strasznie tego nie lubiła, a teraz czekała tylko na to, by znów tak ją nazwał.
  – Powtórz to Zazdrośniku, proszę –  wyszeptała.
  – To, że nie będzie następnego razu z tym dupkiem? Bardzo chętnie! Moja dziewczyna ponownie nie spotka się ze swoim wspaniałym, nowym sąsiadem.
Pokręciła głową, śmiejąc się pod nosem.
  – Ty naprawdę jesteś zazdrosny! – dźgnęła go palcem w brzuch, na co rudzielec zareagował śmiechem. – I doskonale wiesz, że nie o to mi chodziło.
  – A o co, moja droga HERMIONO? – specjalnie zaintonował jej imię.
Wyplątała swoje palce z jego uścisku i skrzyżowała dłonie na piersiach.
  – Okej, skoro tak się bawimy to moja młodsza wersja już jutro wyląduję na randce z gorącym ciachem z sąsiedztwa.
  – Ałaaaaa, skarbie! To był cios poniżej pasa! Ugodziłaś centralnie w moją męską dumę. Dla ciebie tylko ja mogę być ciachem, tortem i każdym innym plackiem, ale nie on!
Ledwo mogła powstrzymać śmiech, ale starała się udawać nieugiętą.
  – Nadal czekam…
Ponownie splótł swoje palce z jej, mimo jej sprzeciwu. Nachylił się, muskając delikatniej jej kark swoimi wargami. Momentalnie na aksamitnej skórze Gryfonki pojawiła się gęsia skórka, na widok czego delikatnie się uśmiechnął. Jego usta skierowały swoje natarcie dalej – na szyję, zagłębienie obojczyka i na końcu płatek ucha.
  – Kocham – cmoknął ją w policzek – cię, – buziak wylądował na skroni – moja słodka – teraz pocałunek złożył na kąciku ust – Hermionko!
Zachichotała cicho, dając sobie zamknąć usta pocałunkiem.
  – Musze wracać, – wyszeptał smutnym głosem – ale postaram się zrobić coś, żeby nasze młodsze wersje jak najszybciej się spotkały, zanim ten dupek Matt poderwie moją kobietę! Obiecuję.
Cmoknął ją szybko w czubek głowy, po czym zniknął.

***

Hermiona niechętnie otworzyła oczy. Zegarek stojący na nocnej szafce wskazywał godzinę dziewiątą trzydzieści, czyli dla Hermiony środek nocy. O ile panna Granger wydaję się osobą nie lubiącą marnować żadnej minuty swojego cennego czasu, o tyle w czasie wakacji ma niezwykłą słabość do spania do południa. W czasie tych dwóch miesięcy łóżko nabiera jakieś dziwnej, szczególnej siły przyciągania, której nie potrafi się oprzeć. Ostatecznie tłumaczyła się tym, że po tylu miesiącach intensywnej nauki każdemu należy się wypoczynek, jednak dziś w jej wypoczynku coś uporczywie przeszkadzało. Rytmiczne stukanie dochodzące od strony okna, nie pozwoliło jej ponownie opaść w ramiona Morfeusza, więc bardzo niechętnie wygrzebała się ze swojego pościelowego kokonu i poczłapała w stronę źródła dźwięku. Na parapecie siedziała mała, beżowa sówka. Hermiona zdziwiła się trochę na jej widok. Jedyną osobą do której ostatnio pisała, był Wiktor, ale list do niego wysłała wczoraj wieczorem, więc zapewne nawet jeszcze nie doszedł. Wpuściła ptaka do pomieszczenia i pospiesznie odwiązała list od jego nóżki. Spojrzała na charakter pisma i bardzo się zdziwiła, gdyż była pewna, że należy on do pani Weasley. Szybko zapoznała się z jego treścią.

Droga Hermiono,
Wiem, że są wakacje i na pewno masz na ich spędzenie wiele planów. Wiem również, że miałaś do nas przyjechać dopiero w drugim miesiącu wakacji, ale bardzo potrzebuję twojej pomocy. Jest to kwestia dosłownie dwóch dni. Nasza ciotka ma problemy ze zdrowiem (znowu) i jestem zmuszona jechać do niej, a jak sama zapewne wiesz, zostawienie Freda i Georga bez nadzoru w domu, zawsze źle się kończy. Nikt inny nie ma czasu by mi pomóc, więc pomyślałam o tobie. Jesteś moją ostatnią deską ratunku kochanieńka. Mam nadzieję, że mogę na Ciebie liczyć. O szesnastej w Twoim ogrodzie pojawi się świstoklik (stara konewka), jeśli przystajesz na moją propozycję to możesz za jego pomocą dostać się do Nory.
Ściskam i całuję,
Molly Weasey

Hermiona musiała kilka razy przeczytać list, by upewnić się, że dobrze zrozumiała jego treść. Miała zostać opiekunką Freda i George’a? Pani Weasley miewała czasami dziwne pomysły, ale ten był już całkowicie absurdalny. Przecież nie było najmniejszych szans na to, żeby bliźniacy jej słuchali. Z drugiej strony była to dobra okazja na spędzenie czasu z Ginny i sprawdzenie co u Rona… I pozostawała oczywiście główna kwestia – Molly nigdy się nie odmawia. Westchnęła i ruszyła w stronę schodów, by poinformować rodziców o swojej zabawie w opiekunkę dla starszych kolegów. Gdyby tylko wtedy wiedziała na co się piszę…

reaction harry potter hp fred weasley george weasley
***

Tak, tak wiem. Strasznie krótki i nic nie wnoszący rozdział, ale musze Wam się przyznać, że mam jakąś blokadę, której nie mogę przełamać. Siedzę nad rozdziałem od wtorku (zeszłego tygodnia!) i udało mi się tylko tyle skleić. Strasznie Was za to przepraszam. Nie wiem co się dzieję, ale mam nadzieję, że uda mi się to pokonać i już w przyszłym tygodniu będę mogła dać Wam długi i ciekawy rozdział, bo mam fabułe w głowie, ale brakuję mi słów na przelanie jej na blogger (nie polecam, to bardzo nieprzyjemne uczucie wgapiać się w klawiaturę i nie wiedzieć od czego zacząć! ). Mam nadzieję, że mi wybaczycie i czekam oczywiście jak zwykle na Wasze komantarze, może one pomogą mi pokonać tę blokadę! Licze na Was kochani <3
PS Muszę się pochwalić - zdałam prawko! :D

Marta Weasley

środa, 13 lipca 2016

Informacja

Cześć! Niestety to nie nowy rozdział, za co bardzo Was przepraszam, ale lada dzień się on pojawi. W pierwszy weekend lipca miałam 18stkę, więc miałam mnóstwo przygotowań z nią związanych, a w tamtym tygodniu pracowałam i gdy wracałam do domu to jedyne o czym marzyłam to odpoczynek. Ale spokojnie, już od wczoraj pracuję nad nowym rozdziałem, więc pojawi się on na dniach.
Buziaki,
Marta Weasley

wtorek, 21 czerwca 2016

Rozdział 10: Głosy

                Hermiona weszła do domu, już w progu ściągając buty. Szybko ominęła Krzywołapa, który zaczął się do niej łasić i rzuciła się na kanapę.
   – Moje nogi umarły.
Rodzice zaśmiali się. Pani Granger usiadła w fotelu znajdujący się koło głowy dziewczyny, a jej mąż przysiadł na oparciu, zarzucając jej ramię na barki. Hermiona podniosła głowę by na nich spojrzeć. Wraz z upływem lat jej rodzice wydawali się być w sobie coraz bardziej zakochani. Podziwiała ich. Od dziecka marzyła o takiej miłości jak ich. Byli w siebie zapatrzeni i zawsze rozumieli się bez słów.
  – Kochanie, zaczynam czuć się niezręcznie, gdy tak nam się przyglądasz.
Hermiona zarumieniła się. Spuściła wzrok na poduszkę i wtedy coś jej się przypomniało.
  – O, właśnie mamo. Miałam cię o coś zapytać.
  – Słucham skarbie?
  – Mieliśmy jakiś gości? Zauważyłam, ze ktoś spał w moim łóżku.
Tym razem to starsza z kobiet oblała się rumieńcem.
  – Nie, nikt u nas nie nocował. To ja spałam w twoim łóżku.
  – Ahh – westchnęła Hermiona, lekko się uśmiechając. – Te małżeńskie kłótnie.
Thomas roześmiał się, gładząc kobietę po ramieniu.
  – Dobrze wiesz, że my nigdy się nie kłócimy. Twoja mama po prostu za tobą tęskniła, dlatego wolała zostawiać mnie samego w zimnym łóżku i sypiać u ciebie.
Jeane posłała mu kuksańca w bok. Hermiona nie do końca rozumiała o co chodzi jej rodzicom. Spojrzała pytająco na panią Granger.
  – Oh, twój ojciec musi mieć taki długi język! - znów zarobił kuksańca. – Czasami, gdy bardzo za tobą tęskniłam, spałam w twoim łóżku, bo pachnie tobą...
Zamurowało ją. Dosłownie. Nie wiedziała co powiedzieć. Wiedziała, że dla rodziców jest to bardzo ciężka sytuacja. Była ich jedynym dzieckiem i zapewne zanim dostała się do Hogwartu to zupełnie inaczej wyobrażali sobie jej przyszłość. Ale teraz zaakceptowali wszystko i dawali jej wolną rękę, mimo że nie zawsze było im łatwo. Łzy napłynęły jej do oczu. Wstała i usiadła na kolanach Jeane, przytulając do siebie oboje rodziców.
  – Mam najlepszych rodziców na świecie...
  – A my mamy najwspanialszą córkę – odpowiedział pan Granger, przytulając swoje dziewczyny.

 ***


Gorąca kąpiel  - to było to, czego było jej potrzeba. W końcu poczuła się odprężona i pozwoliła myślom leniwie płynąć. Czuła jak cały stres, zmęczenie, odpływa z jej ciała. Woda zaczęła robić się zimna, więc wyszła, otulając ciało, miękkim ręcznikiem. Przez chwilę miała dziwne wrażenie, jakby ktoś trzymał ręce na jej talii. Owinęła się szczelniej ręcznikiem, a uczucie zniknęło.  Wróciła do swojego pokoju. Założyła piżamę i usiadła przy biurku. Zastanawiała się co powinna zrobić. Wiktor zachował się źle, ale po części była to wina Freda. Obiecała, że napiszę, a Hermiona Granger zawsze dotrzymuje obietnic. Zamoczyła pióro w atramencie. Wiedziała, ze pisząc list tutaj, mogłaby użyć długopisu, ale jakoś nie mogła się do niego przekonać. Znajomy zapach atramentu wsiąkającego w pergamin wypełnił jej płuca, sprawiając, ze delikatny dreszcz przeszedł po jej plecach. Naskrobała kilka trochę bezsensownych zdań i odłożyła papier do wyschnięcia. Do jej uszu dobiegło ciche pukanie.
  – Proszę – odpowiedziała, siadając na łóżku.
W drzwiach stanęła Jeane. Jej sylwetka odziana tylko w cienką, nocną koszule wydawała się być jeszcze drobniejsza niż zwykle. Usiadła na łóżku koło córki, uśmiechając się.
  – No to opowiadaj!
Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła, wiedziała, że mama nie odpuści jej tematu Matta. Starała się powstrzymać swoją ciekawość, ale jak widać niezbyt jej to wychodziło.
  – Ale o czym mamo?
Kobieta wydęła lekko wargi i przewróciła oczami.
  – Jak to o czym? O swoim chłopaku!
Ogromne wypieki wpłynęły na policzki młodej Granger.
  – Mamo! To nie jest mój chłopak, tylko kolega ze szkoły!
  – Tak, tak kochanie. Za moich czasów też się tak mówiło...
Zaśmiała się.
   – Jeśli znajdę sobie chłopaka, mamo, obiecuję, ze będziesz pierwszą osobą, której o tym powiem.

 Kobieta przytuliła córkę do siebie.

***

Pierwsze promienie słońca wdarły się do pomieszczenia, drażniąc się z jego powiekami. Niechętnie otworzył oczy, spoglądając na zegarek stojący na nocnej szafce. Dochodziła jedenasta.  Przerzucił się na brzuch, chowając twarz w poduszkę. Wypita wczoraj Ognista Whisky nadal krążyła w jego krwi, sprawiając że głowa niemiłosiernie pulsowała. Wiedział, że trochę wczoraj przesadził, ale mimo to impreza rozpoczynająca wakacje była dla niego jak najbardziej udana. Mnóstwo osób z ich roku wpadło, miedzy innymi Lee i Kate.  Angeliny nie było, bo jej nie zaprosił. Wiedział, że gdy tylko się dowie to będzie miał kolejną wielką aferę, ale musiał trochę od niej odpocząć. Sam nie wiedział czemu, ale ostatnio tracił pewność co do sensu tego związku. Z westchnieniem wcisnął twarz jeszcze głębiej w poduszkę. Drzwi pokoju otworzyły się z cichym skrzypnięciem, które dla niego wydawało się równoznaczne z wystrzałem armatnim.
  – Wstawaj misiaczku! – krzyknął z diabelskim uśmieszkiem na ustach, George. 
 – Oh, koteczku, tak mnie wymęczyłaś tej nocy, daj mi jeszcze pięć minutek! – zironizował w odpowiedzi, Fred.
 
  – Dobra, koniec tej zabawy. Musimy porozmawiać.

  – Czekaj, – podniósł się do pozycji siedzącej – muszę sprawdzić w grafiku kiedy mam wolny czas. 
George przewrócił teatralnie oczami.
 – Okej, skoro tak to pójdę pogadać z Ginny! – obrócił się na pięcie i bardzo powoli złapał za klamkę.
 
  – No patrz, masz dzisiaj ogromne szczęście. Mam akurat kilka minut wolnego czasu! – poklepał miejsce na łóżku koło siebie. – Powiedz synu co cię trapi?
George usiadł na miejscu wskazanym przez bliźniaka, po czym zdzielił go w potylicę.
  – Mam brata debila, naprawdę…
Fred zrobił zmartwioną minę i skinął głową.
 – Tak, masz rację. Ron jest totalnym debilem, ale lepiej nie mówmy o tym, bo zrobi mu się przykro.
Wybuchli śmiechem. Fred rozciągnął się na łóżku, spoglądając pytająco na brata.  
 – To o czym chciałeś pogadać?  
  – Raczej o kim, a nie o czym braciszku…
Fred już od pewnego czasu domyślała się, że między jego bliźniakiem, a Katie Bell jest coś więcej, ale wczorajszy wieczór okazał się prawdziwym przełomem w ich relacjach. Bell cały wieczór ( a przynajmniej tę część wieczór, zanim urwał mu się film) spędziła w objęciach Georga.
  – Całowałeś się z Katie?
Skinął głową, a Fred radośnie podskoczył na łóżku. 
  – No nareszcie, już myślałem, że się nie doczekam! Czaiłeś się jak Ron na największy kawałek kurczaka. Gratulację brachu! – poklepał go po plecach z aprobatą.
 
  – Lepiej powiedz mi, gdzie podziała się twoja dziewczyna?
Fred posępniał. Poprawił poduszką, unikając spojrzenia brata. 
  – Nie zaprosiłem jej.

  – Tyle zdążyłem sam wywnioskować – zażartował, dźgając go w żebra.
 
  – Po prostu musiałem trochę od niej odpocząć. Możemy o tym nie rozmawiać?
 
  – Dla ciebie wszystko, najdroższy!
Fred zamachnął się by rzucić w niego poduszką, ale ten był szybszy i zdążył już uciec na korytarz.


***



Szybkim krokiem przemierzała kolejną dzielnicę swojego osiedla. Do umówionej godziny spotkania pozostało jej już tylko kilka minut, a jak wszystkim doskonale wiadomo – Hermiona nienawidziła się spóźniać. Ostatnie kilka metrów przeszła już prawie biegiem, gdy przed jej oczami zamajaczyła sylwetka chłopaka. Zwolniła. Korzystając z okazji, że był odwrócony do niej tyłem, szybko wygładziła swoją sukienkę i poprawiła włosy. Podeszła do niego i  położyła mu dłoń na ramieniu.
  – Cześć! – rzuciła radośnie, gdy obrócił się twarzą w jej stronę.
Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, na twarzy chłopaka pojawił się nieśmiały uśmiech. Hermiona odruchowo go odwzajemniła. Podobało jej się to, ten uśmiech i blask w oczach wydawał jej się w pewnym sensie znajomy. Stali tak chwilę, przyglądając się sobie, aż w końcu brunet zabrał głos.
  – Cieszę się, że zgodziłaś się ze mną spotkać. Nikogo tutaj nie znam. Dopóki cię nie spotkałem, byłem pewny, że te wakacje to będzie jedna, wielka, klapa.
Hermiona zarumieniła się. Spuściła wzrok.
  –  A teraz już tak nie uważasz?
  – Nie – odparł z niezwykłą pewnością w głosie. – Teraz sądzę, że mogą to być jedne z lepszych wakacji w moim życiu.
Rumieniec na policzkach Hermiony rozszerzył swoją powierzchnię i teraz objął już całą twarz.
  – Zobaczymy.– Zebrała się w sobie by w końcu na niego spojrzeć. Gdy w końcu jej się to udało, nie mogła oderwać oczu od jego stalowych tęczówek. Im głębiej się w nie zapadała, tym bardziej rosło w niej poczucie winy. Czuła się tak jakby zdradzała Freda…Zaraz, zaraz Granger! Przecież nic cię z nim ni łączy. To, że zrobił  coś, przez co bardziej go lubisz, nie wiedząc nawet dlacego..to jeszcze nic nie znaczy!
  – To co chciałbyś dziś robić? – zapytała, starając się zagłuszyć sumienie.
  – Hmm… – udał, że się zastanawia. – Macie tutaj jakieś boisko?
Zastanowiła się chwilę. Nigdy nie interesowały jej mugolskie sporty, więc takie obiekty w okolicy nie zwracały  jej większej uwagi. Jednak przypomniała sobie pewne miejsce.
  – Tak, dwie przecznicę stąd jest dość duży kompleks sportowy. Moja mama chodziła tam kiedyś, gdy miała fazę na siłownię.
Matt znowu się uśmiechnął, ukazując garnitur białych zębów i do tego nieziemskie dołeczki w policzkach. Cholera…Czy on to robi specjalnie? Odwróciła wzrok, udając że zainteresowały ją kwiaty rosnące na posesji obok nich.
  – No dobrze, to prowadź księżniczko.
O nie, nie, nie, nie! Czy on…Czy on przed chwilą nazwał mnie KSIĘŻNICZKĄ?! Kilka głębszych oddechów. Opanuj się Hermiono, nie rób z siebie wariatki. Młodzież tak ze sobą rozmawia, to nie jego wina, że jesteś zwykłą kujonicą i nie znasz slangu!
Po około półgodzinnym marszu, dotarli na miejsce. O dziwo, mimo obaw Gryfonki, rozmowa im się kleiła. Właściwie to kleiła się nie tylko rozmowa, a także Matt, którego ramię kilka razy lądowało na jej barkach lub talii. Weszli na teren obiektu. Hermiona obróciła się do niego twarzą, stając w miejscu.
  – Proszę bardzo, oto mugolskie królestwo sportu!
Brunet rozejrzał się i pokiwał głową z aprobatą.
  – Okej. Skoro ty mnie tutaj przyprowadziłaś, to muszę ci się odwdzięczyć!
Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, a entuzjazm rosnący w jego oczach zaczął ją lekko przerażać.
  – Siatkówka, koszykówka, ręczna czy noga?
W końcu zrozumiała o co mu chodzi. Podniosła ręce w geście poddania się.
  – Nie ma mowy Matt! Do sportów mam dwie lewe ręce.
Stanął za nią i objął ją w pasie, przyciskając do swojej klatki piersiowej. Był od niej dużo wyższy, więc schylił się lekko, tak by jego twarz znajdowała się na wysokości jej ucha.
  – To nie było pytanie, kochanie – wyszeptał, sprawiając że jej odkryte ramiona natychmiast pokryła gęsia skórka. Zagryzła lekko dolną wargę, gdy chłopak się od niej odsunął i podszedł do półek z piłkami. Wyciągnął jakąś dwukolorową, która dobrze się odbijała. Wnioskując po tym co widziała w telewizji, gdy jej tata oglądał sport, doszła do wniosku, że jest to piłka od siatkówki. Matt złapał ją za rękę i pociągnął w stronę boiska. Nie protestowała. Wiedziała, że nie ma z nim szans. Zresztą, nie była pewna czy ma ochotę protestować. Poczucie winy zastąpiła teraz niecna idea, której starała się do siebie nie dopuszczać, jednak ona zdążyła już zakiełkować w jej głowie mimo prostestów Hermiony. Zazdrość. Wzbudzić zazdrość Freda…
Matt stanął za nią i ujął jej nadgarstki w swoje dłonie.
  – Szerzej nogi, dłonie musisz mieć złożone tak – tutaj, niby dla demonstracji, splótł swoje palce z jej. –   Brawo, idealnie. Jak zwykle pilna z ciebie uczennica. Teraz ja podrzucę piłkę, a ty postarasz się ją odbić.
Podrzucił lekko piłkę, a Hermiona płynnie ją odbiła, sama zdziwiona swoimi umiejętnościami. Podskoczyła z radości.
  – Udało mi się!
Matt podbiegł do niej i lekko uniósł, obracając kilka razy wokół własnej osi. Hermiona zaczęła nerwowo chichotać, niezbyt wiedząc jak się zachować. Odstawił ją, przyglądając jej się z uśmiechem.
  – Od początku byłem pewny, że ci się uda. Inteligentna z ciebie czarownica.
Hermiona chciała się do niego uśmiechnąć, ale jej głowę momentalnie przeszyło dziwne uczucie, jakby zamrażania? W jej uszach zaczęły odbijać się urywki jakiś rozmów, a przed oczami majaczyć niewyraźne obrazy. Czuła się tak, jakby ktoś włączył w jej głowię kablówkę, ale bez nastawienia na dobre fale. Czarownico…Moja mała czarownico… Ciepłe dłonie otuliły jej twarz, a czyjeś opierzchnięte usta spoczęły na jej malinowych wargach…Kocham…pocałunek…cię…kolejny buziak…moja…i znów pocałunek…mała…tym razem usta chłopaka spoczęły na nosie…czarownico…
Dźwięk ustał, a obrazy z jej głowy zniknęły.
  – Hermiona? Hemiona, wszystko w porządku? Strasznie zbladłaś, usiądź lepiej.
Pomógł jej usiąść na ławce, po czym objął ją ramieniem.
  – Co się stało?
Spojrzała na niego. Widziała w jego oczach, że się przejął, więc starała się zmusić do uśmiechu.
  – Wszystko już ok, ale lepiej wracajmy…

Skinął głową i pomógł jej wstać. Czarownico… To jedno słowo cały czas odbijało się echem w jej głowie. I co najgorsze, doskonale wiedziała z czyich ust je słyszała…


***



– Raz, dwa, trzy! Najprzystojniejszy mężczyzna patrzy!
Fred obrócił się szybko i wskazał palcem na George’a i Katie, którzy siedzieli przytuleni do siebie na kanapie.
  – A mam was gołąbeczki! – krzyknął z satysfakcją.
Podbiegł do kanapy i wskoczył na drugie kolano brata, znajdując się teraz twarzą w twarz z Katie. Bliźniak próbował go zrzucić, ale niestety nieskutecznie.
  – Katie, skarbie, jesteś pewna, że wybrałaś dobrego bliźniaka? Mogłaś się pomylić, ale to ja jestem ten przystojniejszy.
Dziewczyna wybuchła śmiechem uderzając Freda w pierś. Ten szybko odskoczył, spoglądając jeszcze przez ramię na nich i robiąc gest oznaczający, że ich obserwuję. Wszedł do kuchni, słysząc jeszcze komentarz George’a:
  – Co za gumochłon…
– Błąd braciszku! Co za seksowny gumochłon! – odkrzyknął, zaglądając do  spiżarki w poszukiwaniu czegoś co mogłoby zostać jego śniadanio-obiado-kolacją. Ostatecznie nic takiego nie odnalazł, więc wrócił do kuchni, tam jednak jego uwagę przykuło coś innego. Na parapecie siedziała mała, podpalana sówka, która była mu bardzo dobrze znana. Westchnął cicho i wyciągnął list z dzióbka ptaka. Koperta wyrwała mu się z dłoni i ułożyła w kształt ust. Szybko zatkał uszy, by choć trochę ochronić swoją nadal lekko skacowaną głowę.
  – FREDZIE WEASLEY, CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! JAK ŚMIESZ MNIE TAK TRAKTOWAĆ? MYŚLAŁEŚ, ŻE SIĘ NIE DOWIEM? MUSIMY POWAŻNIE POROZMAWIAĆ! CHYBA, ŻE CHCESZ MNIE WYMIENIĆ NA GRANGER, CO? CAŁY POCIĄG O TYM HUCZAŁ, TYLKO JA OCZYWIŚCIE DOWIADUJĘ SIĘ OSTATNIA! ZASTANÓW SIĘ NAD SOBĄ FRED!
Bum! List wybuchł, zostawiając po sobie, wirujące w powietrzu, zwęglone, kawałki pergaminu. Chłopak wziął głęboki wdech i z całej siły uderzył pięścią w blat.
  – Chole… – ugryzł się w język, słysząc w głowie jej głos, powtarzający jak mantrę cały czas te same słowa…Panuj nad sobą Freddie…Jestem przy tobie kochanie… Tyle, że jej wcale przy nim nie było, a on wcale nie chciał jej obecności. Chyba…




  



***


Oto i jest! Kolejny rozdział wleciał do Was :D W końcu mam pewną średnią na paseczek, więc olałam szkoołę i piszę, i piszę, i piszę ;D Mimo, że wena jest to jestem zasmutkowana, że na blogu zamiast przybywać czytelników to niestety ich ubywa. :c Nie wiem co robię źle, więc jeśli coś Wam nie pasuję to napiszcie to po prostu, pliska! <3 Okej, to by było na tyle mojego marudzenia. Czekam na Wasze opinie na temat rozdziału i tradycyjnie 10 komentarzy by następny mógł się pojawić ;)
Buziaki
Marta Weasley
PS Przepraszam za wygląd zapisu tekstu, ale blogger wariuje i nie mogę tego zmienić ;/




  

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Rozdział 9: Wewnętrzne pojedynki

Gdy tylko Hermiona zniknęła za drzwiami przedziału, Fred głośno westchnął opadając na siedzenia. Jego myśli pędziły z prędkością światła, a rozum nie mógł pojąć tego co przed chwilą się wydarzyło. Chciał iść do Angeliny, ale gdy zauważył Hermione, coś, jakieś dziwne, wewnętrzne przekonanie kazało mu wejść do środka. Gdyby tylko wiedział, że te kilka minut spędzone z nią tak namiesza mu w głowie…
Drzwi otworzyły się gwałtownie i gdy tylko zobaczył kto w nich stoi, już wiedział, że ma przechlapane. Podniósł się z fotela i chciał objąć dziewczynę, ale ta go odepchnęła. Ominęła go i sama usiadła na jego miejscu, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
  – Obiecałeś, że przyjdziesz. Czekałam na ciebie.
Fred usiadł koło dziewczyny, kładąc jej dłoń na kolanie, ale ta szybko ją zrzuciła. Wiedział, że to nie jest dobry znak.
   – Przepraszam kochanie, – cmoknął ją w policzek – ale przyszedłem tutaj dosłownie na sekundę i zasnąłem. Obudziłem się przed chwilą i chciałem iść do ciebie, ale ty okazałaś się szybsza.
Ciemnoskóra Gryfonka nadal wydawała się być obrażona. Siedziała w milczeniu wpatrując się w migające za oknem obrazy. Fred objął ją w talii i przyciągnął do siebie, po czym zanurzył swoją twarz w zagłębieniu jej obojczyka i zaczął delikatnie muskać jej szyję. Tym razem dziewczyna nie zaprotestowała. Wplotła dłoń we włosy Gryfona, zachęcając go tym samym do dalszej wędrówki po swoim ciele. Fred od razu przeszedł do działania, zasysając skórę na jej szyi i robiąc przy tym malinkę.
  – Nadal się na mnie gniewasz? – wyszeptał wprost w jej usta i nim zdążyła odpowiedzieć, złożył na nich delikatny pocałunek, który po chwili przerodził się w namiętny pojedynek, pomiędzy ich językami.
Johnson cicho jęknęła, gdy dłoń Freda powędrowała na jej udo, kręcąc na nim coraz to większe koła. Weasley starał się zatracić w pocałunku, oderwać od swoich myśli, ale nie potrafił. W jego głowie cały czas majaczył obraz Hermiony. Takiej odważnej, kobiecej, dojrzałej i zmysłowej. Takiej nietypowej. Nie potrafił zinterpretować jej zachowania, a tym bardziej swojego. Jeszcze niedawno opowiadał Hermionie o tym, że gdy z kimś jest to jest wierny tej osobie, a przed chwilą prawie się z nią całował, będąc z Angeliną. Czasami naprawdę jesteś idiotą Weasley…– skarcił się w myślach, – ale cholernie przystojnym idiotom – dodał po chwili głosik w jego głowie.
Pociąg powoli zaczął zwalniać, a oni oderwali się w końcu od siebie. Fred wstał i ujął dłoń Angeliny w swoją, po czym cmoknął ją w czubek głowy, na co ta zareagowała cichym chichotem. Ogarnij się Weasley, koch… zależy ci na Angie. Tylko i wyłącznie na niej!

***

                Peron wypełniony był stęsknionymi rodzinami. Każdy z niecierpliwością wypatrywał swoich pociech wśród wypływającego z wagonów tłumu uczniów. Hermiona wraz z Ronem i Harry’m, który dźwigał teraz jej bagaż, stanęli koło jednego z filarów. To była ta chwila, której najbardziej nie lubili. Hermiona tęskniła za rodzicami, bardzo chciała spędzić z nimi choć trochę czasu, wynagrodzić im to, że na co dzień nie mogą uczestniczyć w życiu swej jedynaczki, ale z drugiej strony wiedziała, że jest to czas w którym zostawia swojego najlepszego przyjaciela w łapach najpodlejszych mugoli jakich dane jej było spotkać na swojej życiowej drodze. Westchnęła cicho.
  – To co, jak zwykle obiecujecie pisać?
Zgodnie przytaknęli głowami.
 – Nawet trzy razy dziennie jeśli zajdzie taka potrzeba – rzucił Ron, mrugając porozumiewawczo do Harry’ego.
  – Bardzo śmieszne Ronaldzie. Martwię się o was, jesteście dla mnie ważni, więc to chyba normalne, że chcę mieć z wami ciągły kontakt, a z twoją gapowatością Ron to sądzę, że nawet przy trzech listach dziennie nie byłabym pewna, że nic sobie nie zrobiłeś.
Harry i ktoś stojący za Granger roześmiali się, gdy twarz Ronalda przybierała buraczkową barwę. Dziewczyna  obróciła się i zobaczyła, że postacią, a raczej postaciami stojącymi za nią okazali się bliźniacy.
  – Ładnie go skosiłaś Hermiono – powiedział George, wyciągając dłoń by przybić z nią piątkę.
  – No, jednak spędzanie z nami większej ilości czasu wpływa pozytywnie na twoje poczucie humoru – dodał jak zwykle swoje pięć groszy Fred.
Hermiona pokręciła tylko z dezaprobatą głową. Dalszy monolog bliźniaków przestał się dla niej liczyć, gdy wśród tłumu zauważyła swoich rodziców. Rzuciła się w ich stronę. Na jej widok ich twarze od razu się rozpromieniły. Wpadła im w objęcia, śmiejąc się radośnie.
  – Mamo – tu cmoknęła kobietę w policzek, – tato! – tu siarczystego buziaka dostał mężczyzna, przytulający obie kobiety do siebie.
  – Dobrze cię znów widzieć skarbie – wyszeptała pani Granger.
  – Was też mamuś, was też…
 Za głowami rodziców mignęły jej kolejne dwie rude czupryny, tym razem państwa Weasley. Odeszła na chwilę od rodziców by pożegnać się z przyjaciółmi i oczywiście, obowiązkowo dać się wyściskać pani Weasley.
  –To ja będę się już zbierać…
Hermiona spojrzała na Harry’ego i poczuła jak jej serce rozbija się na milion maleńkich kawałków. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Bez chwili zastanowienia rzuciła mu się w objęcia.
  – Będę tęsknić – wyszeptała wprost do jego ucha, a następnie odsunęła się od niego i skierowała w jego stronę wskazujący palec. – I pamiętaj, masz pisać! Nawet nie próbuj się wymigać! – Przeniosła wzrok na Rona i teraz jej drobna dłoń powędrowała w jego stronę. – Ty też masz pisać, inaczej wpadnę wcześniej na osobistą kontrolę.
Cała trójka roześmiała się i przytuliła. Z każdym rokiem ich przyjaźń stawała się coraz mocniejsza. Gryfonka już nawet nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez nich. Chociaż czasami wkurzali ją jak nikt inny, to i tak nie zamieniłaby ich na żaden „lepszy” model. Gdy w końcu udało jej się wyswobodzić z uścisku, pożegnała się z resztą Weasley'ów, oczywiście Molly pozwoliła jej odejść dopiero po zadeklarowaniu, że wpadnie na wakacje. Wzięła swój bagaż i już chciała ruszyć w stronę auta rodziców, gdy ktoś złapał ją za nadgarstek.
  – Chciałaś odejść bez pożegnania się ze mną?
Obróciła się, stając twarzą w twarz z Fredem.
  – Wybacz, nie miałam ochoty czekać, aż przestaniesz ugniatać pośladki Johanson. Mam nadzieję, że uformowałeś je we właściwy sposób, bo jeśli nie, to leć to zmienić zanim zrobi to ktoś inny.
Ugryzła się w język, gdy było już za późno. Cholera, Granger! Opanuj się, wyszłaś na zazdrosną desperatkę, a przecież on ci się nawet nie podoba! 
Fred wybuchnął śmiechem.
  – Spokojnie, zadbałem o ich każdy szczegół. Są idealnie okrągłe, zupełnie jak rumieńce na twojej twarzy.
Odbił piłeczkę, jeszcze bardziej tym ją zawstydzając.
  – Muszę iść, rodzice czekają…
  – Żartowałem, spokojnie Hermiono. Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę, że w tym roku nasz kontakt się polepszył. Naprawdę nie sądziłem, że bywasz taka wyluzowana. I do tego świetnie mi się z tobą rozmawia. Mam nadzieję, że nasza wakacyjna współpraca będzie owocna.
Nim Hermiona zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, znalazła się już w objęciach bliźniaka. Zamknęła oczy rozkoszując się ciepłem jakie biło od niego. Każda komórka jej ciała drżała od jego bliskości, a serce zachowywało się tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi i odtańczyć tango na środku dworca. Przy nim nie potrafiła zapanować nad sowim ciałem, emocjami, myślami… Gdy tylko wypuścił ją ze swoich ramion poczuła znajomy, przeszywający powiew chłodu. Chłopak stał przed nią z rękoma włożonymi do kieszeni i bujał się na piętach. Widać było, że zastanawia się nad czymś. Po chwili wyciągnął z kieszeni zwitek papieru i wręczył go jej.
  – Zgubiłaś w Skrzydle Szpitalnym, chciałem go wyrzucić, ale ostatecznie stwierdziłem, że to do ciebie należy decyzja co chcesz z tym zrobić.
Skinęła głową. W tym momencie niezbyt interesował ją Wiktor. Słowa Freda, choć wcale nie były jakieś poetyckie czy niezwykłe, sprawiły że poczuła się hmm… bardziej wartościowa. Chciała również mu powiedzieć, że myliła się co do niego, i że tak naprawdę jest bardzo inteligentnym chłopakiem, ale nie zdążyła, bo gdy się obróciła, zobaczyła już tylko znikającą za rogiem rudą czuprynę. Westchnęła cicho. Wzięła swoją torbę i ruszyła w stronę wyjścia z peronu, na którym już prawie nikogo nie było. Pora wrócić do domu… Właściwie to nie była już pewna gdzie jest jej dom, bo z każdym kolejnym rokiem to Hogwart coraz bardziej zajmował w jej sercu to miejsce.

***


                Otworzyła drzwi, a przyjemny, znajomy zapach wsiąknął w jej nozdrza, wypełniając każdą komórkę po kolei. Rozejrzała się. Nic się nie zmieniło. Wszystkie meble, zdjęcia, obrazy – wszystko stało na swoim miejscu. Wypuściła Krzywołapa z transportera, a ten od razu rzucił w stronę foteli. Rozciągnął się na jednym z nich, przewieszając puchaty ogon przez podłokietnik. Gryfonka podeszła do niego i pogłaskała go po brzuchu, a on automatycznie zaczął mruczeć.
  – Kochanie, na co masz ochotę? Naleśniki, gofry, czy może pizza albo jakaś chińszczyzna? Dzisiaj ty wybierasz.
Hermiona poszła w ślady rodzicielki i również udała się do kuchni, zostawiając zawiedzionego Krzywołapa. Uśmiechnęła się, widząc jak kobieta krząta się po pomieszczeniu. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo za nią tęskniła.
  – Hmm… możemy zamówić pizzę, bardzo dawno jej nie jadłam.
  – Mam lepszy pomysł! – w drzwiach kuchni stanął pan Granger, mierzwiąc lekko córce włosy. – Idziemy w miasto drogi panie!
  – Tato, nie poznaję cię! – przeniosła wzrok na matkę. – Co ty mu zrobiłaś?
  Kobieta roześmiała się tylko, wycierając dłonie w leżącą na blacie ścierkę.
  – Słyszałaś co powiedział tata, przebieraj się i idziemy w miasto córcia!
  – Zaczynam się was bać, naprawdę…
Roześmiali się, a Gryfonka pokręciła tylko głową, uśmiechając się pod nosem. Weszła na górę by się przebrać. Otworzyła drzwi, które cicho skrzypnęły. Tutaj również wszystko było po staremu. Białe meble idealnie komponowały się z pastelowo-fioletowymi ścianami, a łóżko… No właśnie, łóżko przykuło uwagę dziewczyny. Podeszła bliżej i zauważyła, że poduszka jak i pościel są wygniecione tak jakby ktoś tutaj sypiał. Postanowiła spytać o to później swoją rodzicielkę, ale teraz pora się przebrać. Podeszła do szafy i szybko omiotła wzrokiem jej zawartość. Nie było w niej zbyt wiele ubrań, bo większość zabrała ze sobą do Hogwartu, ale te najbardziej eleganckie zostawiła. Wybrała sukienkę którą dostała od rodziców w ostatnie wakacje. Kremowa suknia w różowe róże z kwadratowym dekoltem i lekko kloszowanym dołem idealnie podkreślała jej coraz bardziej kobiecą figurę. Włosy podpięła zawijając je wokół opaski ze złotym liściem laurowym. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się sama do siebie. To było miejsce, w którym była naprawdę szczęśliwa. Teraz była pewna, że to jest jej prawdziwy dom. Mimo, że Hogwart był dla niej niezwykle ważnym miejscem to dom jest tam, gdzie człowiek czuję się szczęśliwy… Założyła koturny i zeszła na dół.

                Wszystkie włoskie restauracje przechodziły dzisiaj istne oblężenie. Młodzież chcąca cieszyć się pierwszymi dniami wolności, rodzice z dziećmi, wszyscy widocznie mieli dzisiaj ochotę na pizzę. Hermiona cicho westchnęła, gdy minęli kolejny wypełniony po brzegi lokal, jednak jej rodzice wydawali się niezrażeni i dale podążali przed siebie.
  – Hermiono!
Usłyszała nagle za swoimi plecami. Obróciła się, a jej oczom ukazał się chłopak z dworca, którego spłoszył Fred.
  – Cześć!
  – Cześć – odpowiedziała, nie kryjąc zdziwienia.
  – Miło cię znowu widzieć. – Obdarzył ją jednym ze swoich uroczych uśmiechów, sprawiając, że na chwilę zaparło jej dech w piersiach. – Co tutaj robisz panno Granger?
 Zrównał z nią krok, a pan Granger, udając że mówi coś żonie na ucho, przeskanował chłopaka wzrokiem, co bardzo rozczuliło Gryfonkę. Poczuła wyrzuty sumienia, że tak wiele ważnych chwil z jej życia umyka im…
  – Tak właściwie… to mieszkam tutaj – odpowiedziała, uśmiechając się do niego.
  – To świetnie się składa! Przeprowadziliśmy się tutaj niedawno… Tak właściwie to moi rodzice się przeprowadzili, bo ja oczywiście byłem w tym czasie w Hogwarcie – zaczął się lekko plątać, co rozczuliło ją jeszcze bardziej. –Mniejsza z tym. Tak sobie pomyślałem, że skoro tutaj mieszkasz to może poświęciłabyś mi trochę czasu i pokazała okolicę?
 Spojrzała na niego. Na jego twarzy błąkał się lekki półuśmiech, a oczy wydawały się kryć nieśmiałość i zawstydzenie. Hermiona chwilę się wahała, ale ostatecznie przypomniała sobie o swoim postanowieniu. Zdecydowała się zaryzykować. Odwzajemniła uśmiech i skinęła głową na znak, że się zgadza.

To będę naprawdę ciekawe wakacje…





***

I oto jest kolejny rozdział :D Nie jestem w pełni nim usatysfakcjonowana, ale pisałam go pod chwilowym olśnieniem, więc cóż,tak jakoś wyszło. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodobał. Czekam na 10 komentarzy i kolejny rozdział leci do Was, bo mam teraz duuuuuuuuuuuuużo czasu i już się wzięłam za jego pisanie!
Buziaki
Marta Weasley

środa, 8 czerwca 2016

Miniaturka nr.3 - Krew, pot i łzy

Krew, pot i łzy

Marzeniem wielu małych dziewczynek jest to, by mieć starszego brata, który mógłby je bronić, gdy nielubiany kolega ciągnąłby je za warkocze albo rzucał w nie ślimakami. Potem ten sam starszy brat byłby przydatny do sprowadzania do domu swoich przystojnych kolegów. Będąc małą dziewczynką też tego pragnęłam – mieć swojego własnego obrońcę, ale potem zrozumiałam, że w życiu trzeba radzić sobie samemu. Bycie księżniczką czekającą na swojego księcia wyszło już dawno z mody. Nadeszły czasy, kiedy kobieta musi stać się wojowniczką, walczyć o siebie i swoich bliskich, i właśnie dzisiaj nadszedł i dla mnie ten dzień. Nie jestem bezbronna. Nie jestem słaba. Nie boję się. Jestem silna. Jestem wojowniczką. Każdy rok oczekiwania na ostateczne starcie, wniósł coś w moje życie, we mnie samą. Umocnił mnie. Przygotował do tego co nieuniknione. Wyrzekłam się strachu. Śmierciożercy walczą ''dla większego dobra", ja również – dla większego dobra, jakim jest dla mnie wolny świat.
Nie bez powodu mówi się o ciszy przed burzą – świat wydawał się taki spokojny, gdy wojna czekała za rogiem.  Nad całym Hogwartem utworzyła się ogromna, połyskująca kopuła. Wyglądała jak upleciona z maleńkich, niebieskich żaróweczek, migających w swoim własnym rytmie. Moje serce dołączyło do ich tempa, zaczynając bić równie nieregularnie co one mrugać. Wzięłam kilka głębszych oddechów, które rzekomo miały mnie uspokoić, ale chyba niezbyt pomogły. Nie, nie boję się. To dziwne ale czuję podniecenie. Ręce mnie świerzbią, by złapać już za różdżkę. Wyciągam ją i zaczynam się nią bawić, obracając ją w palcach. Oblizuję opierzchnięte usta i czuję na nich smak jego pocałunków, które składał na moich malinowych wargach zaledwie kilka minut temu. W uszach ponownie rozbrzmiewają słowa, które szeptał  między pocałunkami. Obietnica, którą sobie złożyliśmy. Za ochronną kopułą pojawia się coraz więcej zakapturzonych postaci, więc od rozpoczęcia walki dzielą nas już zaledwie sekundy. Po raz ostatni zaciągam się chłodnym, wieczornym powietrzem, po czym rzucam ostatnie spojrzenie na uśpione błonia. Hogwart, mój drugi dom za chwilę stanie się pobojowiskiem. Spoglądam na pozostałe wieże mojej szkoły i przez chwilę mam wrażenie, że na jednej z nich dostrzegam zarys jego sylwetki. Szepczę ciche ‘‘powodzenia’’ i gdy kolejna fala zaklęć uderza w warstwę ochronną, rozświetlając niebo milionami barw, ruszam w stronę schodów. Dobrze, że Wieża Astronomiczna ma ich tak wiele, bo po drodze zdążam jeszcze przygotować się na to co czeka na mnie na dole.

Krew
Zaklęcia ochronne roztoczone nad Hogwartem pękły niczym bańka mydlana, pozostawiając po sobie tylko wirujące w powietrzu, maleńkie, niebieskie iskierki. Wyglądało to tak, jakby nagle wszystkie gwiazdy zaczęły spadać z nieba, wirując i tańcząc na nieboskłonie, nieświadome nadciągającego zagrożenia. Beztroskie niczym twarz chłopca, który został pierwszą ofiarą dzisiejszej bitwy. Jego kruche ciało upadło na zimną, marmurową posadzkę holu, gdy rządna krwi chmara Śmierciożerców wpadła do budynku. Aparat wypadł z jego bezwładnej już dłoni, błyskając po raz ostatni, tak jak oczy jego właściciela i potoczył się wprost pod nogi walczących. W ferworze walki nikt nie zwracał na niego uwagi, tak samo jak na małego chłopca o zamglonych, niewidzących już oczach.
Powietrze z każdą kolejną minutą bitwy, nabierało metalicznego zapachu. Krew i kurz, mieszały się ze sobą, osiadając w nozdrzach walczących, by przez cały czas przypominać im o krążącym nad nimi widmie śmierci. 

Pot
Przetrwanie. Taki tylko cel pozostaję ci, gdy po raz kolejny mordercze zaklęcie mija cię o zaledwie centymetr. I obietnica, której pragniesz dotrzymać.  Przestajesz walczyć o wolność, miłość czy inne szlachetne ideały, które skłoniły cię do wzięcia udziału w walce. Teraz chcesz już tylko żyć, dlatego walczysz. Jeden nieprzemyślany ruch może okazać się zgubny… Nie ma miejsca na błędy, potknięcia, ani zawahania. Musisz działać pod wpływem chwili. Zielony promień ponownie śmiga koło mojego policzka, uchylam się w ostatnim momencie. Staram się zmotywować do dalszej walki, mimo skrajnego wycieńczenia.  Odnajdź w sobie siłę. Daj z siebie wszystko. Nie daj się pokonać.
Twarze walczących są jak lustro, odzwierciedlające to co dzieję się w ich wnętrzu. Usta zaciśnięte w jedną, cienką linię by przypadkiem nie udało się z nich wydostać żadnemu odgłosowi wyrażającemu słabość. Napięte mięśnie twarzy, zarumienione policzki i wzrok skupiony na przeciwniku. Dwa kroki w przód, cztery do tyłu... Dłoń pewnie trzymająca różdżkę, jedyną linię obrony. I te kilka kropel potu na czole, zdradzających jak wiele wysiłku kosztuję walka o życie. O przetrwanie. O lepsze jutro.

Łzy
,,Jest tutaj tak cicho,
I jest mi tak zimno,
Ten dom dłużej nie pozostanie moim domem.”

To koniec. Zwycięstwo. Ale czym jest zwycięstwo, gdy zarówno łzy szczęścia jak i te smutku są tak samo słone? Wielka Sala, jeden z wielu poturbowanych uczestników tej wojny. Wybebeszona ze swoich atrybutów. Pierwszy raz od lat milcząca. A pod jej ścianami ciągnąca się kolumna ciał, równie milczących jak ona. Dzieci, dorośli, zakochani i wrogowie – wszyscy równi, leżący ze sobą ramię w ramię, tak samo jak podczas walki. Zwycięzcy i przegrani jednocześnie. Wszyscy pogrążeni w wiecznym śnie. A wśród nich ja. Jedna z wielu ofiar dzisiejszej nocy. Zatwardziała idealistka, a raczej teraz już martwa idealistka. Wszyscy, których ta noc oszczędziła, opłakują nas, chwalą odwagę, żegnają się, a my tu nadal jesteśmy. Sama nie wiem dlaczego. Może po to, by usłyszeć te wszystkie ckliwe słowa, szeptane wprost do ucha tego co pozostało z naszego ziemskiego istnienia?  Nimfadora i Remus przekomarzają się ze sobą, Collin gania z aparatem za Lavender, jakiś chłopak, którego nie kojarzę z imienia nerwowo skubię szatę... A ja czekam. Czekam na niego. Serce mi się kroi, gdy patrzę na zdruzgotanego Harry'ego, przyciskającego policzek do mojej nieruchomej już klatki piersiowej, więc szybko odwracam wzrok. Może on jeszcze nie wie? Może nikt jeszcze mu nie zdążył powiedzieć, że po raz pierwszy w życiu nie dotrzymałam danej mu obietnicy. To by wyjaśniało, dlaczego jeszcze nie przybiegł upewnić się, że te druzgoczące wiadomości są prawdą. Moje przemyślenia przerywają otwierające się drzwi Sali, a raczej otwierające się to co z tych drzwi pozostało.

Dwóch mężczyzn niesie czyjeś ciało. W jednym z nich od razu rozpoznaję Billa, a w drugim, ku swojemu zaskoczeniu, Percy'ego. Gdybym żyła, powiedziałabym, że moje serce zabiło mocniej, gdy zauważyłam, że włosy niesionej przez nich postaci również są rude. Jednak moje serce jest nieme, nie ma już nic do powiedzenia. I wtedy zobaczyłam go. Szedł jak zwykle wyprostowany, z zawadiackim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Słońce wlało się do pomieszczenia przez wybite okno, napełniając sale niespotykanie jasnym blaskiem. Spojrzał w jego oczy, w których tliły się te same iskierki, które w nich pokochałam i dopiero teraz do mnie dotarło, że mimo wszystko jestem zwycięzcą. Chwyciłam jego dłoń i razem ruszyliśmy w stronę światła, pozostawiając za sobą wszystkie troski, urazy, krew, pot i łzy. 

***

Witajcie kochani! Jak widzicie, przychodzę do Was dzisiaj z kolejną miniaturką. Nieskromnie mówiąc jestem z niej ogromnie zadowolona. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu. Jeśli przeczytaliście informację w ''Sowie" to zapewne wiecie, że rozdział miał się pojawić w tym tygodniu jeśli pod najnowszym rozdziałem będzie 10 komentarzy, ale niestety w komentarze bardzo ubogo, więc postanowiłam Was na zachętę do komentowania uraczyć miniaturką :P I muszę się Wam pochwalić, że.....MAM NAPISANY KOLEJNY ROZDZIAŁ, czeka tylko na publikacje, świeżutki i gorrrrrący jak Fred! Jesteście ze mnie dumni, że moja wena postanowiła do mnie powrócić? :D
Czekam na Wasze komentarze z niezwykłym upragnieniem, niecierpliwością itd. xD
Pozdrawiam i ściskam
Marta Weasley
Harry Potter - Nimbus 2000 Broom
.
.
.
.
.
.
template by oreuis