poniedziałek, 30 maja 2016

Rozdział 8: Gra



Nie zostawiaj mnie po raz drugi? Spojrzał zdziwiony na dziewczynę, starając sobie przypomnieć jakikolwiek moment w którym zawiódł by ją albo zostawił gdzieś, ale na wszystkie chochliki tego świata, nie mógł sobie przypomnieć takiego wydarzenia. Owszem, często bywał dla niej niemiły, czasami nawet nieznośny i opryskliwy, ale nigdy nie zawiódł jej zaufania. Może te słowa nie były  skierowane do niego, a do kogoś kto właśnie jej się przyśnił? Podszedł kilka kroków bliżej łózka. Jej twarz wydawała się spokojna, a oddech był równomierny, więc w sumie nie musiał tutaj z nią zostawać, a mimo to bił się z myślami. Czuł, że jakaś część wewnątrz niego chcę zostać, trzymać ją za rękę i patrzeć jak słodko wygląda, gdy śpi, ale ta druga, silniejsza część martwiła się o brata. Gdy tylko zauważyli Snape’a zaczęli uciekać, ale podczas ucieczki rozdzielili się. Fred zdążył wskoczyć do tajnego przejścia, które wyrzuciło go od razu przed budynek szkoły, ale George nie miał już tyle szczęścia i zmuszony był biec dalej korytarzem. Wolał sobie nawet nie wyobrażać co Nietoperz mógł mu do tej pory zrobić, jeśli go złapał. Jego druga część wygrała. Spojrzał jeszcze raz na Hermione i wyszedł z sali, a po twarzy śpiącej dziewczyny spłynęła jedna, samotna łza.

***


Kłęby pary roztaczały swe macki po całym peronie. Huk maszyny wypełniał powietrze, skutecznie zagłuszając jakiekolwiek inne dźwięki. Hermiona starała się odnaleźć w tłumie swoich przyjaciół, ale przy tak ograniczonej widoczności było to praktycznie niemożliwe. Miała nadzieję złapać ich jeszcze na dziedzińcu, ale pani Poomfrey trzymała ją w skrzydle tak długo, że prawie spóźniłaby się przez nią na pociąg. Nie wiedziała co Fred naopowiadał uzdrowicielce, ale skakała nad nią jak Filch nad panią Norris. Część uczniów wsiadło już do kolejki, więc Hermiona również postanowiła iść w ich ślady. Złapała rączkę swoje kufra i szarpnęła ją, czego od razu pożałowała. Dłoń zapiekła przeszywającym bólem. Uzdrowicielka powiedziała jej, że dzisiaj ma  jeszcze oszczędzać rękę by lekarstwo zaczęło działać, ale Gryfonka zignorowała to, bo do tej pory nie odczuwała żadnego bólu. Była w trakcie rozmasowywania dłoni, gdy poczuła, że ktoś zabiera jej kufer. Obróciła się szybko i ujrzała jakiegoś przystojnego, starszego Gryfona.
  – Chyba przydałaby się pomoc, co? Kobieta nie powinna dźwigać takich ciężkich rzeczy. – Uśmiechnął się uroczo, ukazując garnitur śnieżnobiałych zębów. Już chciała mu odpowiedzieć, gdy ktoś ją uprzedził.
  – O, tu jesteś kochanie – cmoknął ją w policzek Fred. –  Wszędzie cię szukałem. Już bałem się, że coś ci się stało, ale całe szczęście jesteś cała. – Zabrał kufer Hermiony chłopakowi i ze sztucznym uśmiechem powiedział w jego stronę – Dziękuję, że chciałeś pomóc mojej dziewczynie, ale teraz już ja się nią zajmę.
Przystojny brunet zniknął w otchłani pociągu, a Fred jak gdyby nigdy nic wziął jej kufer i złapał ją za dłoń, wciągając do jakiegoś przedziału. Dopiero po kilku minutach do Granger dotarło co się właśnie stało. Zatrzymała się i spojrzała wściekłym wzrokiem na Weasley'a.
  – Co. To. Miało. Być. Fredzie. Weasley! – wysyczała przez zęby.
Fred stał naprzeciwko niej z ogromnym uśmiechem na ustach. Jego karmelowe tęczówki świdrowały ją, jakby jej złość była dla niego paliwem do kolejnych żartów. Co za irytujący człowiek!
  – Uratowałam cię przed kolejnym łamaczem serc. Matt to totalny dupek, przeleciał już połowę lasek w Hogwarcie.
  – Tak samo jak ty – odburknęła.
  – Wypraszam sobie panno Granger. Owszem, jestem flirciarzem, lubię towarzystwo kobiet, ale jeśli już z jakąś jestem to zawsze jestem jej wierny.
Hermiona spojrzała na niego z kpiącym wyrazem twarzy, ale ku jej zdziwieniu Fred wyglądał na całkowicie poważnego. Zaczynała się zastanawiać czy z nim na pewno wszystko w porządku, bo ostatnio częstotliwość zmian jego nastroju była podobna do częstotliwości humorków kobiety przed okresem. Prychnęła tylko i wyszła na korytarz w celu odnalezienia Rona i Harry’ego, ale gdy uszła kawałek i obróciła się, zauważyła, że Fred nadal nie ruszył się z miejsca.
  – Ekhem – odchrząknęła by zwrócić na siebie uwagę chłopaka. – Moja walizka sama się nie przeniesie. Rusz te swoje cztery litery i chodź.
Fred spojrzał na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Hermiona nigdy nie bywała taka stanowcza i nigdy nie podejmowała z nim gry. Zazwyczaj spuszczała głowę i uroczo się rumieniła. Teraz z każdym spotkaniem coraz bardziej go zadziwiała, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pokiwał głową z dezaprobatą, widząc wyczekującą minę Gryfonki i biorąc jej walizkę, ruszył za nią.
Podróż jak zwykle mijała im na rozmowie, śmiechu i wspominaniu wydarzeń z całego roku. Bliźniacy zabawiali wszystkich swoimi sztuczkami, Ginny z uwielbieniem wpatrywała się w Harry’ego, Ron jak zwykle opychał się słodyczami, a Lee zarzucał dowcipami. Hermiona uwielbiała tę atmosferę. Wszyscy zachowywali się tak naturalnie. Niektórzy może nawet, aż za naturalnie…
– Roooooooooooooon! – rozległ się pisk Ginny, a po nim odgłos uderzenia.
Wszyscy zamilkli i zwrócili wzrok w stronę rodzeństwa. Sytuacja wyglądała dość komicznie – Ginny okładała Rona jednym ze swoich czasopism, a ten starał się obronić do połowy już zjedzoną cukrową laską.
  – Halo, zabierzcie ode mnie tą opętaną Wiewiórkę!
  – Ja ci dam wiewiórkę ty… – kolejny cios nie trafił w cel, bo w ostatniej chwili Harry wyrwał gazetę z rąk najmłodszej Weasley'ówny. Ta zmierzyła go tylko rozwścieczonym wzrokiem.
  – Harry, jak nie chcesz wypróbować mojego upiorogacka na własnej skórze to radzę ci, oddaj mi to.
  – Spokojnie Gin, powiedz nam tylko, czym sobie zasłużył?
Ginny wskazała na niego palcem i z wyrzutem, wysyczała przez zaciśnięte zęby:
  – Ten osobnik, brak mi nawet słów jakimi mógłbym go opisać, beknął mi prosto w twarz!
Pierwsi śmiechem wybuchlli bliźniacy. W ślad za nimi poszedł Lee, a następnie Harry, Ron i nawet Ginny. Hermionie również się udzieliło. Właściwie nie wiedziała z czego się śmieje, ale nie mogła przestać. Nagle pociąg gwałtownie zwolnił, a Hermiona tracąc równowagę wylądowała wprost na kolanach Rona. Wszyscy zaczęli gwizdać i bić brawa, a jej twarz zaczęła przybierać coraz bardziej czerwone barwy. Kątem oka zauważyła, że jednak nie wszystkich śmieszy ta sytuacja. Fred przyglądał im się z wyrazem twarzy, którego Gryfonka nie mogła rozszyfrować. Hermiona szybko wstała i wróciła na swoje miejsce, starając się zakamuflować ogromne, czerwone wypieki.
 Po kilku godzinach ciągłych wybuchów śmiechu poczuła, że zaczyna ogarniać ją senność. Po cichu, starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi, wymsknęła się z przedziału. Wyszła na korytarz, gdzie od razu uderzyło ją chłodne powietrze. Otuliła się szczelniej wyciągniętym z kufra kocem i weszła do pierwszego wolnego przedziału. Rozłożyła  się na siedzeniu, opierając głowę o szybę. Za oknem rozciągał się piękny widok gwieździstego nieba. Księżyc był dziś w pełni, rozświetlając swą poświatą uśpiony świat. Przyjrzała mu się dokładnie, przypominając sobie jak babcia opowiadała jej bajkę o Księżycu i Słońcu, rozdzielonych kochankach, którym nigdy nie jest dane się spotkać… Jej powieki stawały się coraz cięższe, aż w końcu skapitulowały i pozwoliły jej rzucić się w objęcia Morfeusza.

Czuła przyjemne łaskotanie na odsłoniętym karku, gdy ciepły wiatr otulił jej ciało. Pod stopami znów rozciągał jej się dywan z kwiatów, więc od razu domyśliła się gdzie jest. Łąka tym razem wyglądała jeszcze piękniej. Zieleń traw była jakby o wiele bardziej intensywna, a kwiaty bardziej wonne. A może to jej zmysły po prostu się wyostrzyły? Ruszyła przed siebie w stronę znajdującego się po środku polany ogromnego, rozłożystego drzewa. Biała, zwiewna sukienka ciągnęła się za nią, delikatnie unoszona przez wiatr. Słońce lekko muskało jej odsłonięte ramiona, dopóki cień drzewa nie wziął jej w swoje objęcia. Przymknęła powieki i wzięła głęboki oddech by zapanować nad szalejący z radości sercem. Czuła jak każda komórka jej ciała oczekuję z utęsknieniem na jego dotyk, bliskość, zapach, pocałunek… Chłód wstrząsnął jej ciałem, tylko po to by po chwili mogła zastąpić go fala gorąca płynąca z od niego. Jego ręce oplotły szczelnie jej ciało, a usta delikatnie musnęły czubek głowy. Jego ramiona sprawiały, że stawała się spokojna, odprężona…Oparła głowę o tors chłopaka, a on musnął jej policzek.
  – Cholera, jak ja za tobą tęskniłem mała – kolejny pocałunek spoczął tym razem na jej szyi.
  – Ja też tęskniłam za tobą, nawet nie wiesz jak bardzo. Widywać cię codziennie i nie móc cię nawet dotknąć to największa tortura…
  – Wiem kochanie, wiem… – westchnął. – Twoja młodsza wersja przynajmniej zaczyna sobie coś przypominać, moja za to uparcie odpiera wszystkie próby przypomnienia sobie czegokolwiek.
  – Jak sobie pomyślę, że jeszcze tyle lat muszę przetrwać zanim cię ocalę…
  –Cii…– wyszeptał jej do ucha. – Nie myśl teraz o tym. Damy radę Hermiono. Zawsze potrafiliśmy wyjść z każdej sytuacji, więc i tym razem nam się uda.
 Oparł głowę na jej ramieniu, przytulając swój policzek do jej.
  – Dlaczego nie mogę cię zobaczyć?
  – Żywi nie mogą widzieć aniołów, skarbie – wyszeptał wprost do jej ucha, a ona poczuła jak na samo dźwięk jego głosu jej ciało pokrywa gęsia skórka. Zachichotała cicho.
  – Mój prywatny anioł stróż. – Wtuliła się w niego jeszcze bardziej, chłonąc każdą sekundę jego bliskości.
  – Tylko twój…
Nastała chwila ciszy w której było słychać  ich miarowe oddechy i szum drzew.
  – Hermiono – odezwał się Fred – muszę wracać.
  – Niee – wymruczała ochrypłym głosem, splatając swoją dłoń z jego. – Kiedy teraz znów się zobaczymy?
  – Obiecuję, że najszybciej jak się da – cmoknął ją w policzek. – Nie wychodź z tego przedziału w którym jesteś, mam wrażenie, że teraz uda mi się coś zrobić.
Skinęła głową.
  – Kocham cię – wyszeptał wtulony w jej obojczyk.
  – Ja ciebie bard..

Otworzyła oczy i szybko podniosła się do pozycji siedzącej, zachłystując się powietrzem. Sen, który przed chwilą miała, nie pamiętała go całego, ale miała jakieś przebłyski. Fred aniołem, ona duchem… Przetarła twarz dłońmi. To wszystko jest wariactwem! Otworzyła okno z nadzieją, że chłodne powietrze może trochę rozjaśni jej myśli. Wystawiła twarz za okno, a wiatr przyjemnie muskał jej policzki.
  – To wszystko jest chore – wyszeptała sama do siebie.
  – Ostatnio odnoszę podobne wrażenie.
Obróciła się szybko. Na miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżała, siedział nie kto inny jak Fred. Nie patrzył na nią, wzrok miał skupiony na swoich butach. Wyglądał tak, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał. Nagle uniósł głowę i spojrzał na nią z charakterystycznym uśmiechem. Nie mogła się powtrzymać i odruchowo go odwzajemniła. Wiedziała, że nie powinna przyglądać mu się z taką intensywnością, ale nie mogę przestać. Nie zauważyła wcześniej jak bardzo wymężniał. To nie był już ten rudy chłopiec, brat jej przyjaciela, którego poznała kilka lat temu. Teraz był to już dojrzały, no dobra – prawie dojrzały mężczyzna. Kości policzkowe wyostrzyły się, podbródek bardziej zaokrąglił, a te słodkie dołeczki w policzkach bardziej pogłębiły…
 -Eeem, Hermiono? – wyrwał ją z zamyślenia głos chłopaka. – Wiem, że jestem nieziemsko przystojny, ale zaczynam się czuć rozbierany wzrokiem.
Na twarzy Freda pojawił się jak zwykle zawadiacki uśmiech. Hermiona już chciała spuścić wzrok, ale  postanowiła tym razem podjąć ,,walkę’’. Również się uśmiechnęła.
  – Gdybym chciała cię rozebrać to zrobiłabym to rękoma, a nie wzorkiem, ale że nie ma co tutaj oglądać to nie będę się fatygowała.
Fred był tak zdziwiony jej odwagą, że ze zdziwienia nie mógł zamknąć ust. Teraz to on wpatrywał się w nią nie wiedząc co powiedzieć. Hermiona za to ledwo powstrzymywała się, by nie wybuchnąć śmiechem, bo widok Freda, który nie ma przygotowanej żadnej riposty, był co najmniej komiczny. Policzki chłopaka lekko zaczęły się rumienić, co jeszcze bardziej rozśmieszyło Gryfonke.
  – Ja…Ty… – jąkał się – Ranisz Hermionooo!
Jedną dłonią teatralnie złapał się za serce, a drugą otarł niewidzialną łzę. Granger poczuła w sobie dziwną siłę, jakby ktoś kierował jej ruchami. Przesiadła się koło Freda i zdjęła jego dłoń z serca, a położyła tam swoją. Poczuła jak jego mięśnie pod jej dotykiem napinają się. Fred już chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na ustach.
  – Szzzz – wyszeptała. – Sprawdzam czy naprawdę masz serce czy tylko udajesz.
  – I jak diagnoza pani doktor? – zapytał, starając się nie wypaść z gry, choć dobrze wiedział, że w tym pojedynku Granger rozłożyła go na łopatki.
  – Mam dobrą i złą wiadomość panie Weasley. –Nachyliła się nad nim lekko, tak że teraz jej oddech muskał jego policzek. – Dobra jest taka, że coś tam bije.
  – A zła? – zapytał nienaturalnie zachrypniętym głosem.
  – A zła jest taka, że to prawdopodobnie dwa kamienie o siebie stukają.
Szybko odskoczyła od chłopaka, śmiejąc się, ale ten nie zamierzał puścić jej tego  płazem.
  – Osz ty mała, wredna czarownico!
Hermiona jeszcze raz zaśmiała się i ruszyła w stronę wyjścia z przedziału, ale Fred skutecznie odciął jej drogę ucieczki.
  – Panno Granger, chyba zapomniała panienka, że ze mną się nie zaczyna!
  – Bo? – zapytała zawadiacko, bez cienia zawstydzenia czy strachu w głosie. Zadziwiała go taka Hermiona. Zadziwiała i niezwykle pociągała…
 – Bo jesteśmy tutaj sami i nikt ci nie pomoże, gdy… ZACZNĘ CIĘ ŁASKOTAĆ!
Złapał ją w pół nim zdążyła zareagować i kładąc ją na siedzeniu, zaczął  łaskotać. Dziewczyna nie mogła zapanować nad śmiechem, zwijała się i starała odepchnąć przeciwnika, ale Fred nie miał zamiaru się poddać.
  – Fre..haha..Fred…błabłagam cię…przestań!
Przestał, ale nadal trzymał ją w pół, nie dając jej szansy na ucieczkę.
  – Teraz już wiesz, że z Fredem Weasley'em się nie zaczyna?
  – Tak, tak! Wiem już wszystko. Będę już grzeczna, tylko proszę cię, nie łaskocz mnie już.
Teraz Fred przejął prowadzenie. Ośmielony zachowaniem Gryfonki, nachylił się nad nią, tak że ich twarze prawie się stykały. Na ciele dziewczyny pojawiła się gęsia skórka, co nie umknęło jego uwadze. Delikatnie przesunął palcami po jej odkrytym przedramieniu, a całe jej ciało momentalnie zareagowało krótkim spięciem. Wyszeptał wprost do jej ucha:
  – A co ja z tego będę miał?
Hermiona poczuła żądzę rywalizacji. Tym razem to ona wygra tę rundę. Uśmiechnęła się, delikatnie przygryzając wargę. Nim Fred zorientował się co się dzieje, dziewczyna przyciągnęła go do siebie. Zdziwiony obrotem akcji, nie opierał się. Rozluźnił uścisk, chcąc przenieść swoją dłoń na jej twarz, a Gryfonka sprytnie wykorzystała moment i wymknęła mu się. Stanęła w drzwiach przedziału i z wyrazem triumfu na twarzy spojrzała na chłopaka.
  – Kim jesteś i co zrobiłaś z Hermioną Granger? – wyszeptał, nadal nienaturalnie zachrypniętym głosem.
Hermiona tylko uśmiechnęła się do niego i zamknęła za sobą drzwi, szepcząc jeszcze sama do siebie:
  – Też się nad tym zastanawiam Fred, też się nad tym zastanawiam…

***


Jest, jest, jest! W życiu pisanie rozdziału nie zajęło mi tyle czasu. Sklejałam go po kawałkach. Tutaj coś napisane w autobusie, tam w drodze na osiemnastkę, następny kawałek w przerwię między wkuwaniem geografii. Wiem, że bardzo długo musieliście czekać na ten rozdział, ale naprawdę ten miesiąc był dla mnie, jak to się mówi – na wariackich papierach. Praca, szkoła, osiemnastki, prawo jazdy  – na wszystko to ledwo starczało mi czasu, a jak zapewne się domyślacie, gdy jest się takim zalatanym to wena nie ma najmniejszej ochoty przychodzić, ale spokojnie moi drodzy! Nadrobię, w tym tygodniu mam ostatnie sprawdziany i prezentację i od przyszłego laby, więc będę pisać i nadrabiać zaległości. Jeszcze raz przepraszam, bo naprawdę czuję się wobec Was głupio, że przez tak długi czas nic nie dodawałam. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i czekam na komentarze oczywiście! :D
Buziaki

Marta Weasley

poniedziałek, 16 maja 2016

Informacja

Tak, wiem że chcecie mnie teraz zamordować, nabić na pal i upiec nad ogniskiem, ale musicie mnie zrozumieć. Wzięłam ostatnio na siebie bardzo dużo obowiązków i po prostu nie wyrabiam. Cały weekend majowy spędziłam w pracy, a potem musiałam na bieżąco uczyć się do sprawdzianów i próbnych (wewnątrzszkolnych) matur, a w ten weekend byłam chrzestną i spędziłam go całego w Warszawie. Obiecuję, że jest to tylko przejściowy okres w którym musicie się niestety uzbroić w cierpliwość. Do wakacji już niewiele czasu pozostało i wtedy na pewno Wam wynagrodze to, że teraz tak długo czekacie na rozdziały ;) Mam nadzieję, że w sobotę w końcu dokończę ten obecny rozdział, bo jest to moja pierwsza od ponad miesiąca, wolna od pracy i osiemnastek sobota. Jeszcze raz przepraszam Was za to, że tak zawiodłam. Mam nadzieję, że mimo to nadal jesteście ze mną:)
Buziaki
Marta Weasley

wtorek, 26 kwietnia 2016

Miniaturka nr.2: Absolve animam meam

Cześć i czołem! Tak wiem, że rozdział miał być już dość dawno, ale nie wyrobiłam niestety. Wena nie lubi, gdy jestem zalatana i wtedy nie raczy przychodzić, więc rozdział dodam w weekend majowy, kiedy to będe mogła na spokojnie usiąść i skupić się nad pisaniem ;) W zamian za ten długi okres czekania daje Wam kolejna miniaturkę, bardzo dłuuuuugaśną miniaturkę, którą zajęłam drugie albo trzecie miejsce (już sama nie pamiętam xD ) na Katalogu Granger. Tematem były utracone marzenia. Miłego czytania!


    ,,Gdyby miłość mogła ożywiać, a łzy wskrzeszać, bylibyśmy nieśmiertelni."

            W pomieszczeniu panował lekki półmrok. Drobinki kurzu tańczyły, w przedzierających się między zasłoniętymi zasłonami, promieniami słońca. W tym oświetleniu wydawało się, że pokój jest pusty, pozbawiony jakichkolwiek mebli, obrazów i tym podobnych rzeczy. Było to dziwnie magiczne pomieszczenie - tajemnicze, wzbudzające ciekawość i jednocześnie przytłaczające. Niebieska poświata rozlała się po pokoju, ukazując jego prawdziwe oblicze. Ściany wcale nie były gołe, a pokryte mnóstwem ruchomych fotografii w różnych rozmiarach. Niektóre zajmowały 1/3 ściany, a inne były ledwo dostrzegalne z większej odległości. Niebieska łuna tańczyła na ich powierzchni, sprawiając, że postacie ze zdjęć wyglądały jak zasnute firanką mgły. Gdzieniegdzie między zdjęciami dało się dostrzec artykuły powycinane z gazet. Źródło owego błękitnego blasku znajdowało się na stoliku stojącym pośrodku pokoju. Misa pełna połyskującego, błękitno-złotego płynu rozlewała swoją jasność na otaczającą przestrzeń. Nad naczyniem pochylały się dwie osoby, a  na ich twarzach malowało się głębokie skupienie. Cisza rosła z każdą sekundą. Dawało się ją wyczuć tak, jakby sala nie była wypełniona życiodajnym powietrzem, a martwym milczeniem. Niczym głaz wywołujący lawinę, potoczyły się słowa, miażdżące ciszę.
   – Opowiedz mi o tym.
Kobiecy, aksamitny głos przez chwilę odbijał się echem po pustym pomieszczeniu. Jedna z postaci wzruszyła lekko ramionami i nieznacznie się uśmiechnęła.
   – Tego nie można opowiedzieć, to trzeba pokazać.
Przyłożył różdżkę do skroni, a złotoczerwony zlepek nici zawisnął na jej końcu. Machnął różdżką, a barwne włókienka lekko opadły na taflę płynu, który momentalnie zmienił swoją barwę. Teraz pomieszczenie wypełniły wesołe, złote iskierki, przeskakujące ze ściany na ścianę. Fred uśmiechnął się na ten widok. Ona bardzo lubiła złoty, był jej prawie ulubionym kolorem. Prawie, bo kolorem, który lubiła najbardziej, był kolor jego oczu. Ponownie spojrzał na swoją towarzyszkę.
   – No dobrze, jestem gotów! Zaczynajmy. – Pierś Weasleya poruszała się nienaturalnie szybko. Ręce lekko mu dygotały, gdy ponownie chował różdżkę do kieszeni.
Samopiszące pióro zawisło w powietrzu, oczekując na początek historii, na którą z taką niecierpliwością czeka świat Czarodziejów.
   – Dobrze, opowiedz mi, pokaż mi swoją historię Fredzie Weasley'u. Opowiedz mi o tym, jak wali się świat.
Wdech. Wydech. Wdech. Rudzielec zamknął na chwilę oczy, po czym wypuścił z płuc całe powietrze. Na jego twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Widać było, że stara się przywołać wszystkie emocje, zapachy, dotyk... Otworzył oczy, a na jego ustach pojawił się zbłąkany uśmiech.
   – Ludzie często nie doceniają tego co mają, dopóki tego nie stracą – jest to zapewne znane wszystkim z autopsji. W moim przypadku również tak było. Miałem najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietę w Hogwarcie, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że w całym Świecie Czarodziejów. Ale jak to bywa, jak ktoś idiotą się urodzi to i idiotą umrze. Wracając jednak do mojej historii... do naszej historii, to zapraszam do moich wspomnień. Tego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku nie da się opisać słowami. Nie da się opisać uczuć, emocji, żalu, jaki przepełnia człowieka, gdy wraz z gasnącym blaskiem w oczach ukochanej kobiety tracisz szansę na spełnienie swoich marzeń.
Zacisnął usta, starając się powstrzymać łzy. Starał się być twardym, ale nie zawsze mu to wychodziło. Dłonią wskazał na myślodsiewnie.
   – Panie przodem.
Kobieta wzięła swoje pióro i notatnik, po czym nachyliła się nad misą.
   – Razem na trzy?
Skinął głową, a ona chwyciła go za dłoń. Poczuła jak lekko zadrżał, ale nie puściła go.
   – Raz. Dwa. TRZY!
Ich głowy zanurzyły się w aksamitnej tafli. Świat zawirował, a oni spadali wprost w otchłań wspomnień. Ich stopy uderzyły w coś twardego, a wokół nich cząstki świata układały się w jedną, spójną całość.

      Cały Hogwart huczał od plotek. Przemierzając korytarze słyszeli tylko ciągle powtarzające się imiona tej dwójki. Fred przystanął na błoniach, nieopodal rozłożystego drzewa rosnącego nad jeziorem. W wodzie zbiornika odbijało się zachodzące słońce, wesoło migocząc na poruszanej wiatrem tafli.
   – Żaden związek, od czasów Lily i Jamesa, nie wzbudził tylu emocji w Gryfonach jak ten najnowszy - Freda i Hermiony. W ciągu kilku dni staliśmy się sławni na całą szkołę. Nawet w Domu Węża mówiono o nas, parze Gryfonów. Nikt nie spodziewał się, że nasza dwójka może mieć się ku sobie, ale jak widać przeciwieństwa się przyciągają. Ułożona, inteligentna, opanowana panna Wszystko-wiem Granger i dowcipny, roztrzepany Na-wszystko-mam-wyrąbane Weasley. Mieszanka wybuchowa. Oczywiście od pierwszych dni naszego burzliwego romansu, George zaczął przyjmować zakłady o tym jak długo związek ten ma szansę przetrwać. Większość zakładów oscylowała między dwoma tygodniami, a miesiącem. Zakłady nie okazały się jednak prorocze i nasz związek przetrwał ponad dwa i pół roku, czego szczerze nikt się nie spodziewał. Jednak jak to często bywa, niektórym historiom nie jest pisany happy end. Byliśmy jak dwa przeciwne żywioły- ona była wodą, a ja ogniem. A zresztą za chwilę sama będziesz świadkiem naszego zerwania, czyli mojego największego życiowego błędu.
Podeszli bliżej. W cieniu drzewa stały młodsze wersje Granger i Weasley'a. Dziewczyna stała oparta o drzewo z miną, która mówiła sama za siebie - widać było, że domyśla się, co ma za chwilę nastąpić. Fred stał naprzeciwko niej. Co chwilę nerwowo drapał się po karku, aż w końcu zebrał się na odwagę by spojrzeć jej w oczy. Był to naprawdę żałosny widok. Patrzeć na dziewczynę, której serce za chwilę zostanie rozbite na milion drobnych kawałków.
   – Hermiono, jest pewna kwestia, o której chciałbym z tobą porozmawiać – zająknął się. Wyglądał jakby przez dłuższą chwilę analizował, co powinien dalej powiedzieć.
   – Jesteś wspaniałą kobietą. Te lata, które spędziliśmy razem są moimi najlepszymi wspomnieniami, ale różnica między nami jest nie do pokonania. Ty jesteś wodą, a ja ogniem. Ogniem, który chcę płonąć całym swoim żarem, ale jak dobrze wiesz, woda gasi ogień. Zbliżają się tru..
Prychnęła głośno i rzuciła mu lekceważące spojrzenie.
   – Daruj sobie Weasley. Zrywasz ze mną. Ok. Rozumiem to.
Obróciła się na pięcie i odeszła. Bez żadnych łez, błagania o to by został. Odeszła, jak zwykle z honorem. Z dumnie podniesioną głową i rozsypanym sercem.

Starsza wersja Freda przyglądała się jak dziewczyna wchodzi na dziedziniec szkoły i znika za wrotami szkoły. Dopiero, gdy drzwi się za nią zamknęły, przeniósł wzrok na swoją współtowarzyszkę.
   – Powinienem był ją wtedy zatrzymać. Gdybym wiedział, gdybym tylko wiedział...
Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.
   – Wrzuciłem do myślodsiewni tylko te najważniejsze sytuację w tej historii, więc część będę zmuszony uzupełniać ci ustnie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
Złotowłosa skinęła głową na znak, że zgadza się na taki sposób opowiadania, a Rudzielec, przyglądając się beznamiętnie swojemu młodszemu ja, powrócił do retrospekcji.
   – Później nadeszły ciężkie czasy. Śmierciozercy u władzy, lęk o każdy kolejny dzień i wojna. Przez cały ten czas nie miałem okazji porozmawiać z nią dłużej niż pięć minut. Wtedy byłem pewny, że nasze rozstanie to dobra decyzja, więc właściwie nie dążyłem nawet do takich rozmów. Znów błaznowałem, szalałem, wyrywałem dziewczyny. Jednak wojna się skończyła, a ja z każdym kolejnym dniem uświadamiałem sobie, że bardzo mi jej brakuje. W każdej kobiecie, która pojawiała się w moim życiu, szukałem jej. Tych roześmianych oczu, wstydliwego śmiechu i miłości, tak silnej i głębokiej, jaką widziałem w jej spojrzeniu, gdy napotykało moje. Chciałem być znów blisko niej, ale wiedziałem, że nie mogę niszczyć jej życia na nowo. Właściwie to nie miałem nawet na to szansy, bo ona znikła. Kobieta, w której cały magiczny świat pokładał ogromne nadzieje, porzuciła magię. Wyruszyła na poszukiwanie rodziców i postanowiła zostać w świecie mugoli. Wysyłała listy, pisała o tym, co u niej, jak się ma, ale na wszelkie prośby o spotkanie nie reagowała. Odcięła się od wszystkich i wszystkiego. Minęło kilka lat od wojny, gdy wybrałem się do mugolskiego świata, by załatwić kilka rzeczy potrzebnych do naszego wynalazku i wtedy stało się coś, czego w życiu bym się nie spodziewała. Zresztą zaraz sama zobaczysz.

   Fred przemierzał zatłoczone ulice Londynu. Ludzie bez twarzy i osobowości, goniący swoje marzenia i zlewający się z otaczających ich tłumem, mijali go spiesznym krokiem. Za to właśnie nie lubił mugoli i ich świata. Wszystko tu było takie ponure i wszystko kręciło się wokół pieniędzy. Rzadko, który z mijanych ludzi miał przyodziany uśmiech. Gdyby ich sklep funkcjonował tutaj, po tej stronie rzeczywistości to na pewno zbankrutowałby jeszcze szybciej niż powstał. Brnąc dalej przyglądał się pewnej reklamie, starając się zrozumieć, jaki ma ona sens, gdy z całym impetem na kogoś wpadł. Przy takiej ilości rodzeństwa trzeba mieć wyrobiony refleks, który tym razem okazał się bardzo przydatny. W ostatniej chwili zdążył uchronić kobietę przed bliższym spotkaniem z chodnikiem.
   – Bardzo panią prze...
Zamurowało go. Na chodniku, tuż przed jego twarzą stał nie kto inny jak Hermiona Granger! Zmieniała się, ale nadal była tak samo piękna jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Lekko kręcone włosy opadały jej falami na twarz, policzki były trochę bardziej zapadnięte niż zwykle, ale to tylko nadawało jej twarzy więcej wyrazistości. Beżowy płaszcz podkreślał talię. Dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że Granger bardzo schudła. Podkrążone oczy, nogi, które wydawały się ledwo dawać radę utrzymywać ją w pionie... Mimo to nadal była piękna. Niezaprzeczalnie piękna.
   – Cześć Freddie – rzuciła z uśmiechem, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na zdziwienie malujące się na jego twarzy. – Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha!
   – Bo... bo... – nie mógł odnaleźć odpowiednich słów. Głęboki wdech. – Bo tak się właśnie czuję! Tyle lat, Hermiono! Tyle lat...
Kobieta bez słowa podeszła i przytuliła się do jego torsu. Nie był pewien, co powinien zrobić, ale wiedział, ze to jest szansa od losu, której tym razem nie może już przepuścić. Przygarnął ją do siebie, mocno przytulając. Przyjemne ciepło przeszło przez jego ciało, jak gdyby ożywiając ponownie każdą jego komórkę. Jej bliskość, zapach jej perfum, delikatność dotyku, sprawiły, że poczuł jakby na nowo zaczął żyć, jakby każda minuta bez niej - była minutą zmarnowaną. Nie mógł sobie pozwolić na to by znów odeszła, nie mógł jej znów wypuścić ze swojego świata. Nachylił się i wyszeptał wprost do jej ucha:
   – Kawa i szarlotka?
Odsunęła się od niego i energicznie kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Weszli do pobliskiej kawiarni i usiedli przy stoliku nieopodal okna. Fred ukradkiem starał się dojrzeć czy na palcu Hermiony nie znajduję się żaden pierścionek lub obrączka, ale ku swojej radości nic takiego nie zauważył. Pomógł dziewczynie zdjąć płaszcz i odwiesił go na wieszak stojący przy drzwiach, gdy zauważył, że z jego kieszeni wypadło zdjęcie USG. Tym razem to on poczuł jak jego serce rozpada się na części pierwsze. Podał zdjęcie Granger i ze sztucznym uśmiechem wydusił z siebie:
   – Chyba powinienem pogratulować...
Dziewczyna spojrzała na zdjęcie i uśmiechnęła się smutno.
   – Raka nie trzeba nikomu gratulować.
Od lat świat magii i świat mugoli łączy się w leczeniu ludzi. Uzdrowiciele często pracują w mugolskich szpitalach by  pomagać w ratowaniu ludzkiego życia, jednak wszelkiego rodzaju nowotwory są piętą achillesową medycyny obu światów. Ani uzdrowiciele, ani mugolscy lekarze nie potrafią sobie z nimi poradzić. Spojrzał na Hermione z przerażeniem w oczach.
   – Ale jak to raka?
Roześmiała się. Szczerze i nieśmiało, zupełnie jak za dawnych lat. Dziwiło go to z jaką lekkością przychodziło jej udawanie emocji.
   – Normalnie Freddie, mam raka. I nie, nie jest to zwierzątko – mrugnęła do niego porozumiewawczo, że powinien uznać to za żart, ale jemu nie było do śmiechu. – Zostałam w świecie mugoli, żeby uniknąć litości, spojrzeń pełnych sztucznego współczucia, poklepywania po plecach z dodatkiem bezsensownych słów, że będzie dobrze, więc błagam cię, nie funduj mi teraz tutaj dawki współczucia.
Siedział na przeciwko niej jak zamurowany. Powinien przy niej być, przez ten cały czas powinien ją wspierać, a on wybrał hulaszcze życie. Czuł się cholernie winny. Jesteś facetem Weasley. Bądź siłą, podporą...
   – Jak panienka sobie życzy.
Uśmiechnęli się do siebie i ponownie pogrążyli się w rozmowie.

Weasley spojrzał na swoją towarzyszkę. Młoda Skeeter tłumaczyła coś zawzięcie swojemu magicznemu długopisowi.
  – Jak zapewne się domyślasz, nie zostawiłem jej. Opowiedziała mi o swoim życiu, o tym jak odeszła od narzeczonego by nie widział jej w takim stanie… by nie widział jak umiera. Jeżdżąc do rodziców piła eliksir wielosokowy ze swoimi włosami zebranymi z ubrań z Hogwartu, by wyglądać tak jak przed chorobą, żeby się o nią nie zamartwiali. Słuchając jej nie mogłem zrozumieć skąd w tak drobnej kobiecie bierze się tyle siły. Ja w życiu nie zdecydowałbym się prawdopodobnie nawet na jedną z tych decyzji, które ona podjęła bez najmniejszego wahania. Zostało jej kilka miesięcy, a ja obiecałem, że spędzę je z nią. I tak też zrobiłem. I nie żałuje. Nie żałuje nawet jednego dnia spędzonego z nią, bo każdy dzień uczył mnie na nowo cieszyć się życiem. A pod koniec nauczyła mnie jak je szanować. Nawet umierać chciała z honorem. Taka to już była kobieta. Siła i moc zamknięta pod kruchą powłoką.

Kawiarnia rozpłynęła się, zostawiając Freda i Hermionę pochłoniętych rozmową przy stoliku w otchłani wspomnień. Obraz rozproszył się na miliony drobinek, by na nowo złożyć się w całość na oddziale mugolskiego szpitala. Od razu uderzył ich specyficzny zapach tego miejsca. Białe sterylne ściany w połączeniu z tym szpitalnym powietrzem, przyprawiały o zawrót głowy. Fred przeszedł przez drzwi sali, a reporterka zrobiła to samo. Stali teraz w pomieszczeniu o zielonych ścianach. Były tu dwa łóżka, ale tylko jedno z nich było zajęte. Leżała na nim zwinięta postać, ledwo widoczna spod warstw pościeli. Kate Skeeter i Weasley stanęli w rogu sali, obserwując rozwój wydarzeń.
Do pokoju wszedł Fred. Stanął w drzwiach i od razu wiedział, co się święci. Powoli podszedł do łóżka i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Jego dotyk był delikatny niczym powiew wiatru. Bał się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, bo jej ciało wydawało się uwite z przezroczystego pergaminu. Gdy tylko poczuła jego ciepłą dłoń - zaczęła płakać, naciągając sobie pościel na głowę. Widać było, że to nie pierwszy raz, gdy tak robi, gdyż Rudzielec zachowywał spokój. Płacz przerodził się we wrzask, gdy starał się ściągnąć jej kołdrę z głowy.
   – ZOSTAW! NIE PATRZ NA MNIE! NIE CHCĘ ŻEBYŚ WIDZIAŁ MNIE W TAKIM STANIE! JESTEM BRZYDKA... Zostaw mnie Fred... Proszę cię... Błagam... Zostaw mnie...
Krzyk ponownie przerodził się w łkanie, co Freddie wykorzystał. Usiadł na łóżko i położył sobie zawiniętą w kokon Hermionę, na kolanach. Była tak lekka, że nawet nie poczuł, że cokolwiek podnosi. Bujał się lekko w przód i tył, tak długo, aż łkanie ucichło, a potem cicho wyszeptał:
   – Dla mnie zawsze byłaś, jesteś i będziesz najpiękniejszą kobietą na świecie. Raz już zrobiłem ten błąd i zostawiłem cię, drugi raz tego błędu nie popełnię.

Wszystko ponownie się rozmazuję, jednak po chwili pojawia się ta sama sceneria.
 Hermiona leży na łóżku z głową na poduszce. Wybucha śmiechem słysząc któryś z żartów Freda. Ten delikatnie głaszcząc jej dłoń, całuje ją niespodziewanie w czoło. Znów się śmieją. Mimo, że na twarzy chłopaka maluję się widoczne zmęczenie, to i tak produkuję się jak może, żeby ją rozśmieszyć.
   – Nie śpij dzisiaj na korytarzu Freddie, widzę, że jesteś naprawdę zmęczony. Powinieneś odpocząć.
Chłopka kiwa głową potakującą.
   – Masz rację, powinienem się trochę ogarnąć. Ale obiecują, że przyjdę najwcześniej jak się da!
Całuje ją na pożegnanie i gdy zbliża się do drzwi słyszy ponownie jej głos.
   – Wyśpij się, jutro nie będzie już takiej potrzeby byś przychodził tak wcześnie.
Nie był pewny czy dobrze zrozumiał jej słowa, ale postanowił jednak przespać się na korytarzu. Zwinął się w kłębek na fotelu w poczekalni i zasnął. Przyzwyczaił się już do takiego trybu życia, więc żaden hałas mu nie przeszkadzał. Żaden, oprócz tego, który rozległ się właśnie nad jego uchem.
   – RESPIRATOR NA TRÓJKĘ. MIGUSIEM!
Zerwał się z fotela i pobiegł pod drzwi sali. Serce waliło mu jak oszalałe, rozbijając się o żebra niczym zwierzę biegnące na oślep. Ktoś go zatrzymał, odciągnął od sali, nie pozwolił wejść. Krzyczał. Biegał po korytarzu za lekarzami, ale to na nic się zdało. Nikt nie chciał mu nic powiedzieć. Unikali go jak gdyby ktoś narzucił na niego pelerynę niewidkę. Chwila nieuwagi lekarza i udało mu się wbiec do pomieszczenia. Stanął jak wryty. Na wszystkich maszynach, które właśnie odłączano od jej kruchego, bardziej bladego niż zwykle ciała, widniały proste linie. Wpatrywał się w nie tępo, starając się wypatrzyć chociażby najmniejsze drżenie, ale nic takiego się nie działo. Spojrzał na nią. Wyglądała zupełnie jak kilka godzin temu - włosy rozrzucone na poduszce, dłonie luźno leżące na pościeli i lekki półuśmiech błąkający się po twarzy. Różnica była taka, że jeszcze niedawno jej drobna pierś poruszała się rytmicznie, dotrzymując tępa oddechom, a teraz zastygła w bezruchu. Ktoś poklepał go po ramieniu. Ktoś inny powiedział, że bardzo mu przykro. Dotknął jej dłoni, a przed oczami przeleciały mu tysiące obrazów, cała przyszłość zamazała się. Wszystkie jego marzenia uleciały wraz z ciepłem jej ciała...

Wszystko zniknęło. Ponownie ogarnęło ich uczucie spadania, a po chwili pod ich stopami znalazła się znów drewniana podłoga pokoju. Myślodsiewnia wesoło połyskiwała w smugach światła. Rudzielec obrócił się na pięcie i wybiegł z pomieszczenia. Młoda Skeeter podążyła za nim. Stał odwrócony twarzą do ściany i zdawało jej się przez chwilę, że ocierał łzy. Położyła mu dłoń na ramieniu i chwilę się zawahała.
   – Ja… Nie jestem pewna, co powinnam teraz powiedzieć, ale mogę ci obiecać, że włożę w tę książkę całe swoje serce i nie pozwolę na to by pamięć o niej kiedykolwiek zaginęła.
Obrócił się do niej twarzą. Spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął
   – Świat nie zapomina o takich ludziach jak ona, ja też nigdy nie zapomnę, ale to nie o to chodzi. Wychowałem się w bardzo licznej rodzinie i zawsze marzyłem o tym by samemu założyć rodzinę równe liczną. Widziałem dom z ogrodem, stadko biegających po nim dzieci i JĄ bujającą się ze mną na huśtawce, to było moje jedyne marzenie, tylko tego brakowało mi do szczęścia, a teraz… teraz już nie wiem, jaki sens ma moje życie.

*** Kilka tygodni później***


                 Jesień rozgościła się na całego w czarodziejskim świecie. Liście wesoło tańczyły w powietrzu prezentując przed przechodniami różnobarwny balet. Fred przemierzał miasto w celu kupienia jednego z potrzebnych składników, gdy jego oczom ukazała się ciągnąca na pół ulicy kolejka. ‘’Esy i Floresy’’ przechodziły dziś istną okupację. Podszedł bliżej by spojrzeć, co było tego powodem, gdy z sklepowej wystawy spojrzała na niego, jego własna twarz, a obok niej roześmiana Hermiona. Serce zabiło mu mocniej. Zupełnie zgubił rachubę czasu, przez co zapomniał, że to właśnie dziś wypadał termin premiery książki. Odruchowo wyciągnął rękę w stronę szyby, a na zdjęciu zalśni złotoczerwony napis – ,,Utracone marzenia, czyli gdyby miłość potrafiła ożywiać.”


piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 7: Wypadek przy pracy

Hermiona wyszła na dziedziniec, gdzie uczniowie innych szkół szykowali się do odjazdu. Odnalazła wzrokiem Kruma i uśmiechnęła się, przeciskając się do niego wśród tłumu. Gdy tylko znalazła się przed chłopakiem, ten szybko wziął ją w objęcia.
  – Hermionanina, cieszę się że ty jednak przyszła! – wykrzyknął tuż przy jej uchu, starając się zagłuszyć hałas panujący na dziedzińcu.
  – Przecież nie mogłam nie przyjść się z tobą pożegnać! – odpowiedziała Gryfonka ze szczerym uśmiechem.
  – Straszna tu głośno. Chodźma może gdzieś, gdzie da sia porozmawiać.
Hermiona skinęła głową i poprowadziła chłopaka w stronę skąpanych w słońcu błoni. Wraz z oddalaniem się od dziedzińca, hałas stawał się coraz cichszy, aż w końcu nie było słychać go w ogóle. Stanęli przy jednej ze znajdujących się na błoniach ławek. Drewnianą powierzchnie pokrywały wyrzeźbione w  niej podpisy, rysunki, a przede wszystkim masa serduszek i wyznań miłości. Co za wandalizm! Hermiona aż się wzdrygnęła na ten widok i przed szybkim naprawienie ławki powstrzymywał ją tylko fakt, że nie chciała wyjść przed Wiktorem na pedantkę. Usiedli, a Wieża Gryffindoru pod którą się znajdowali rzucała na nich cień, chroniąc przed gorącymi promieniami słonecznymi.
  – Hermionanina, ja strasznie żałuja, że musza już wyjeżdżać. Gdybym mógł to zostałbym tu, żeba móc spędzać z tobą jak najwięca czasu, bo musisz widzieć, że jesteś naprawdę wspaniała kobieta. Ja chciałbym żeby my mieli nadal kontakt, dlatego mam tu zapisana swój adres. Jeśli będzie chciała to napisz do mnie. Będę na to bardzo czekać. Gdyby ty chciała to zaprasza cię we wakacje do siebia, ja zawsze chętnia cię oprowadza.
Hermiona czuła jak na jej policzki wpełza ogromny rumieniec, zdradzając buzujące w niej uczucia. Słowa chłopaka (i to nie byle jakiego chłopaka, bo Wiktora Kruma na widok które piszczą czarownice na całym świecie) dały jej co najmniej plus pięćdziesiąt do samooceny. Uśmiechnęła się promiennie, z radością w oczach której nie dało się ukryć.
  – Ja...Ja nie wiem co powiedzieć. To bardzo miłe z twojej strony, w ogóle wszystko co powiedziałeś jest dla mnie bardzo pochlebiające. Obiecuję, że napiszę do ciebie od razu po powrocie do domu. A co do odwiedzin, to kto wie – może kiedyś nadarzy się okazja. Oczywiście ty również jesteś zawsze mile widziany.
Na dziedzińcu rozległ się głos trąb, oznajmiający, że przybyły środki transportu gościnnych szkół. Wiktor wstał, a Hermiona poszła w jego ślady. Teraz stali zaledwie kilka centymetrów od siebie. Krum rozłożył ramiona w geście oznajmującym, że chcę ją przytulić. W brzuchu Gryfonki pojawiło się dziwne, delikatne łaskotanie. Zrobiła głębszy wdech i zanurzyła się w uścisku chłopaka. Jego silne ramiona oplotły szczelnie jej ciało. Był od niej dużo wyższy, więc jej głowa znajdowała się idealnie na wysokości jego torsu. Czuła jak klatka piersiowa chłopaka porusza się miarowo pod jej policzkiem. Zawsze uważała, że jest samowystarczalna i do szczęścia nie potrzeba jej nikogo ani niczego, jednak teraz czuła się tak przyjemnie odprężona, że gotowa byłaby oddać swoją samowystarczalność za codzienną dawkę takich czułości. Poczuła na czole ciepło ust Wiktora, który czule ją cmoknął. Na filmach zawsze ubóstwiała ten gest, ale nie myślała, że naprawdę jest aż tak uroczy. Policzki zaczęły ją jeszcze bardziej piec. Rozległ się ponownie dźwięk trąbki. Hermiona odsunęła się od Wiktora, a raczej próbowała się od niego odsunąć, bo chłopak rozluźnił uścisk, ale nadal trzymał dłonie oplecione wokół jej talii. Granger spojrzała w jego oczy i każdy mięsień w jej ciele zaczął sztywnieć. Usta nagle jej obeschły, gdy zrozumiała ze to jest ten moment w którym zapewne za chwilę przeżyję swój pierwszy w życiu pocałunek. Krum uśmiechnął się, przyglądając jej się z czułością, a tym samym jeszcze bardziej ją zawstydzając.
  – Czy ja moga cię pocałować na pożegnanie? – zapytał, nadal wpatrując się w oczy dziewczyny. – Zanim ten ruda chłopak znowu nam przeszkodzi.
Hermiona lekko skinęła głową, bo głos zamarł jej w gardle i nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Stres wziął nad nią górę. Przymknęła powieki, gdy twarz Wiktora zaczęła zbliżać się do jej twarzy. Gdy jego usta już prawie zetknęły się z jej malinowymi wargami, szyba na jednym z pięter znajdujących się nad ich głowami roztrzaskała się z hukiem. Rozległ się czyiś śmiech, a potem wzburzony głos  profesora Snape'a, a w ich stronę wraz z odłamkami szkła, poszybował ogromny kufer ze złotymi, lśniącymi literami "W&W". Hermiona już miała przed oczami najgorszy scenariusz, gdy ktoś rzucił się na nią i odepchnął. Kufer z impetem uderzył w miejsce gdzie jeszcze przed sekundą stała i roztrzaskał się na maleńkie kawałki. Minęło kilka minut zanim dziewczyna się otrząsnęła. Na samą myśl o tym, że ten kufer przed chwilą mógł roztrzaskać się na jej głowie, czuła uderzenie gorąca. Była pewna, ze osobą która ją uratowała jest Wiktor, jednak zapach perfum który właśnie wypełnił jej płuca nie należał do niego. Dobrze znała te perfumy, bo były to jedyne męskie perfumy łączące wszystkie jej ulubione zapachy. I używał ich tylko jeden chłopak w Hogwarcie...
   – Fred, mógłbyś już ze mnie zejść?
Rudzielec wydawał się nadal lekko zdezorientowany wydarzeniami sprzed chwili, więc trochę mu zajęło przeanalizowanie słów Hermiony. Próbował się podnieść, nie przyciskając dłoni do leżących wszędzie odłamków szkła, jednak to nie było wcale łatwe zadanie. Gdy już prawie udało mu się wstać, ktoś gwałtownie złapał go za szatę i cisnął w przeciwnym kierunku. Fred zachwiał się, ale ostatecznie udało mu się utrzymać równowagę. W ostatniej chwili zdążył się uchylić przed nadlatującym ciosem.
  – Tego już za wiela, co ty sobia myśla?! – krzyknął rozwścieczony Krum, którego szata i twarz były w tak samo czerwonym kolorze. – Ja znosił twoja głupota i to, że zawsze ty się zjawia w najmniej odpowiednia momenta, ale to już była przesada! Dopóka twoja głupota nie robia nikomu krzywda, było ok, ale teraz ty już przesada.
Przedstawiciel Durmstrangu wymierzył kolejny cios, zanim Fred zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Tym razem refleks Weasley'a zawiódł i cios okazał się celny. Na twarzy bliźniaka momentalnie pojawiła się szkarłatna ciecz. Hermiona widząc to, szybko podniosła się z ziemi, nie zwracając nawet uwagi na to, że odłamki szkła wbijają jej się w dłonie. Jednym susem pokonała dystans oddzielając ją od walczących chłopaków  i stanęła między nimi, w ostatnim momencie zatrzymując rękę Freda, która już szybowała ku twarzy Wiktora. Chcąc mieć pewność, że Weasley nie wykona żadnego niekontrolowanego przez nią ruchu, stanęła do niego tyłem i splotła swoje palce z jego. Pozwolił jej na to. Hermiona spojrzała na Wiktora z nieukrywaną złością w oczach.
  – Sądzę, ze powinieneś już iść Wiktorze. Twój statek zaraz odpływa...
Czarne oczy chłopaka przybrały dziwnie dziki wyraz. Bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę dziedzińca. Hermiona poczuła, ze Fred opiera swój podbródek na jej ramieniu.
  –  Krumek Chrumek, szerokiej drogi – tak szerokiej, żebyście ty i twoje gburowate ego zmieścili się na niej!
Gdy Wiktor zniknął na dziedzińcu, Hermiona wymierzyła Fredowi siarczysty policzek.
  – Au! Za co to?! –  zapytał, łapiąc się za bolące miejsce.
  – Za to co przed chwilą powiedziałeś. Taki jesteś wygadany, gdy przeciwnik znajduje się w bezpiecznej od ciebie odległości, co? - Nim chłopak zdąży się zorientować co się dzieje, dostał drugi policzek. - A to za tę skrzynię, nie wiem jak wielkim idiotom trzeba być, żeby wyrzucić skrzynię przez okno?!
  – To nie było celowe – zaczął się tłumaczyć.
 – George pchnął skrzynie w moją stronę, a ja nie zdążyłem jej złapać i wyleciała przez to pieprzone okno... Gdybym wiedział, że ty tutaj jesteś to wyskoczyłbym za tą skrzynią i starałbym się ją złapać w locie byle tylko ci się nic nie stało...
Po tych słowach cała złość uszła z Gryfonki niczym powietrze z balonika i zachciało jej się śmiać, jednak nie chciała okazać Fredowi, ze już się nie gniewa, dlatego odwróciła od niego twarz ukrywając uśmiech i zaczęła ciągnąć go w stronę skrzydła szpitalnego, nadal nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. 
Weszli do dużego białego pomieszczenia, o charakterystycznym, chemicznym zapachu. Po obu stronach sali stały rzędy pustych łóżek. Granger usadziła Freda na pierwszym z nich i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu pani Pomfrey, której jednak w sali nie było. Postanowiła sama przejść do działania. Swoją dłonią uniosła podbródek chłopaka i zaczęła mu się przyglądać. Fred starał się unikać jej wzroku i z pełnym skupienie wpatrywał się w podłogę. Hermione jednocześnie śmieszył i rozczulał ten widok. Sama już nie była pewna czy bardziej nienaturalne wydaje jej się to, że Fred Weasley się wstydzi, czy to że się rumieni. Starała się zachować powagę oceniając jakie szkody na jego twarzy wyrządziła pięść Wiktora. Krew już zaschła, więc całe szczęście oznaczało to, ze nos nie jest złamany. Z jednej z szafek wzięła gazik i miskę z wodą, by zetrzeć czerwone plamy z twarzy chłopaka, ale gdy tylko włożyła ręce do miski z wodą, poczuła przeszywając ból po wewnętrznej stronie dłoni. Cicho jęknęła co nie umknęło uwadze Freda.
  – Miona, wszystko w porządku?
Grymas bólu na twarzy Gryfonki zastąpiło zdziwienie. Miona…
  – Jak...Jak ty mnie przed chwilą nazywałeś?
Fred wydawał się zdezorientowany jej pytanie, ale od razu na nie odpowiedział, jakby próbując w ten sposób naprawić wszystkie swoje dzisiejsze błędy.
  – Miona... Nie wiem czemu tak powiedziałem, po prostu tak mi jakoś to przyszło pierwsze na myśl. Jest krótsze niż twoje całe imię ii... - przerwał, patrząc na wodę w misce, która zaczynała się robić coraz bardziej czerwona - i chyba coś nie tak z twoimi dłońmi!
Chwycił ją za nadgarstki i wyciągnął jej dłonie spod tafli wody. Pod zaschniętą warstwą jego krwi, w dłoniach dziewczyny znajdowały się dziesiątki małych, szklanych odłamków. Teraz to on posadził ją na łóżku.
  – Matko, jakim cudem ty nic nie czułaś?! – zapytał, z przerażeniem przyglądając się wnętrzu jej dłoni.
  – Ja... Ja nie wiem. To chyba adrenalina, byłam zbyt skupiona na tym co działo się dookoła, żeby skupić się na sobie.
  – Trzeba to jak najszybciej usunąć. Poczekaj – obrócił się do niej tyłem i zaczął czegoś szukać po szafkach. Po chwili stał już przed dziewczyna z tacą, na której miał różne przyrządy i o dziwo – miał na sobie lekarski fartuch.
  – Dzień dobry, najprzystojniejszy uzdrowiciel w Świecie Magii właśnie do pani przybył. – Ukłonił się nisko. – Teraz proszę usiąść doktorowi na kolanach.
Hermiona najchętniej palnęłaby się ręką w czoło, gdyby nie fakt, że w obu dłoniach miała odłamki szkła. Nie miała już siły na kłócenie się z Fredem, więc posłusznie usiadła mu na kolanach. Chłopak objął ją w pasie, a ona oparła głowę na jego ramieniu.
  – Ostrzegam, że może zaboleć – wyszeptał, a ona tylko mocniej wtuliła się w zagłębieniu w jego obojczyku.
  – Jesteś pewien, że wiesz co robisz?
  – Taaak, spokojnie. Nie raz musiałem ratować Georga po naszych małych ‘’wypadkach przy pracy”.
Skinęła głową, a on ujął jej dłoń w swoją i sięgnął po pęsetę. Delikatnie, z precyzją godną prawdziwego chirurga złapał największy kawałek szkła i sprawnym ruchem wyciągnął go. Hermiona cicho jęknęła, przyciskając czoło do szyi chłopaka. Fred wolną ręką pogładził ją po ramieniu, starając się dodać jej otuchy. Całe szczęście większość odłamków nie tkwiła zbyt głęboko, więc Weasley uwinął się z tym dość szybko. Namoczył wacik w wodzie utlenionej i nachylił się do jej ucha.
  – Teraz może trochę szczypać.
Dotknął wacikiem do jej dłoni i poczuł jak całe jej ciało się napina. Nie wiedział czemu, ale patrząc na jej cierpienie czuł, jakby jakaś cząstka niego również cierpiała. Zanim zastanowił się co robi, przycisnął wargi do czubka jej głowy, składając na nim pocałunek. Hermiona nie miała siły protestować… a może nawet nie chciała protestować. Jego ramiona były jak przystań w której chciałoby się odpocząć. Nie rozumiała go, nie rozumiała siebie, ale wiedziała już na pewno, że to wszystko ma jakiś głębszy sens, że za tymi wszystkimi wydarzeniami kryję się coś o wiele większego. Poczuła, że ból ustaje, a jej ciało zaczęło się odprężać, opadając bezwładnie w ramiona Freda. Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia można przeżyć dwa pocałunki i oba tak skrajnie się od siebie różniące. Wiktor sprawił, że poczuła się taka mała, bezbronna, za to Fred… Jej powieki zaczęły stawać się coraz cięższe, aż w końcu poddały się i złożyły broń, zakrywając się zasłoną rzęs.

Fred wstał, unosząc Hermionę. Odłożył ją na łóżku i najdelikatniej jak się dało, przykrył ją kocem. Poszedł do łazienki by zmyć krew z twarzy i opatrzyć swoje rany. Całe szczęście okazało się, że nie odniósł żadnych większych obrażeń poza kilkoma siniakami i zadrapaniami. Zimna woda orzeźwiła go trochę i przyniosła ulgę na obolałą szczękę. Co jak co, ale musi przyznać, że prawy sierpowy to ma chłopak dobry. Jego szczęka na pewno zapamięta go na dłużej. Wrócił na salę i koło łóżka na którym spała Hermiona zauważył zwitek papieru. Podniósł go i od razu domyślił się co to jest. Rosyjska nazwa ulic, koślawe pismo… Fred wahał się przez chwilę co powinien zrobić, ale ostatecznie wcisnął pergamin do kieszeni. Chciał iść poszukać pielęgniarki, by upewniła się czy z Hermioną na pewno wszystko okej, ale dłoń dziewczyny zacisnęła się wokół jego nadgarstka, a Granger, prawie bezgłośnie wyszeptała:
  – Zostań ze mną, proszę… Nie zostawiaj mnie po raz drugi…


Will I know it? Will I know it?
Will I know it when I see it?
Will I know it, will I know it when you're here?

I need you now
I need you more than ever before.. before
 ***

Cześć i czołem :D Rozdział może nie należy do jakiś mega ciekawych i pełnych akcji, ale przypadł mi do gustu i bardzo przyjemnie mi się go pisało. Kolejny rozdział pojawi się prawdopodobnie w piątek (15.04.2016), bo w tygodniu mam masę nauki, kursy na prawko itp. Itd., więc zazwyczaj w piąteczek siadam na spokojnie i wszystko poprawiam. Mam do Was tylko jeszcze pytanko – czy pasuje Wam taka długość rozdziałów? ( są to ok 4 strony w Wordzie) ;)
A teraz nie przedłużając, czekam na 10 komentarzy!
Pozdrowionka Wam śle,
Wena mnie wyjątkowo rozpiera, gdyby jeszcze ten czas…
Marta Weasley
PS Tak wiem, że tęskniliście za moimi filmikami xD

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 6: Przypomnij mi cz.2

Hermiona obudziła się, czując chłód na plecach. Podciągnęła kołdrę pod samą brodę, by choć trochę ogrzać skostniałe ciało. Okna w dormitorium były pozamykane, więc trochę zdziwiło ją, że cały czas nie mogła przestać się trząść. Wzięła bluzę, którą miała narzuconą na ramiona i założyła ją. Momentalnie uczucie zimna ustąpiło. Nagle uświadomiła sobie, że bluza, którą właśnie ma na sobie to bluza Freda, którą zostawiła w Pokoju Wspólnym, gdy szła spać… Jej serce zaczęło gwałtownie miotać się, niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce zbudowanej z jej żeber. Obrazy ze snu z ogromną prędkością przelatywały jej przed oczami, budząc przy tym w dziewczynie mnóstwo emocji. Czuła jak każda komórka jej ciała tężeję, jak cała napina się niczym strzała gotowa do lotu. Nabroiłaś mała…Nie mogłam cię stracić, więc musiałam to zrobić…Gdybym w porę nie zareagował to żadne z twoich wspomnień mogłoby nie ocaleć… Mózg Gryfonki pracował na najwyższych obrotach, starając się zrozumieć wszystkie wydarzenia ze snu. O ile snem można było to nazwać, bo Granger czuła się tak jakby wszystko to wydarzyło się naprawdę, miała wrażenie, że nadal czuję pod stopami kwiecisty dywan. Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach, starając się uspokoić myśli i ciało. Kilka głębszych wdechów na nic się zdało. Wstała z łóżka najciszej jak potrafiła i szybko przemknęła się do drzwi. Marmurowa podłoga ziębiła ją w bose stopy, ale nie zwracała na to uwagi, chciała jak najszybciej znaleźć rozwiązanie tej sytuacji, bo czuła, że inaczej zwariuje. Weszła do Pokoju Wspólnego i ku swojej radości – nikogo tam nie zastała. Szybko omiotła wzrokiem pomieszczenie. W świetle dogasającego kominka ciężko jej było odnaleźć przedmiot, którego potrzebowała. Ostrożnie, starając się na nic nie wpaść, ruszyła w stronę najciemniejszego kąta Pokoju. Żałowała, że nie zabrała różdżki, która teraz byłaby bardzo przydatna do oświetlenia pomieszczenia. Zmarzły jej dłonie, więc włożyła je do kieszeni bluzy, gdzie o dziwo wyczuła długi, drewniany przedmiot. Różdżka. Wyciągnęła ją i szybki ruchem, zapaliła wszystkie lampy. Pomieszczenie zalała ciepła, pomarańczowawa poświata, która nadawała Pokojowi specyficzną, przytulną atmosferę. Hermiona uśmiechnęła się widząc stojącą przed nią skrzynię. Uklęknęła i złapała za wieko, by ją otworzyć, ale to ani drgnęło. Rzuciła zaklęcie otwierające, ale to również nie pomogło. Nie spodziewała się po bliźniakach zbyt zaawansowanej magii, więc spróbowała jeszcze kilku innych zaklęć. Przy ostatnim zamek w końcu cicho kliknął i otworzył się. Uniosła ciężkie wieko, a jej zmysł węchu został zaatakowany przez natłok przeróżnych zapachów. Przez chwilę miała wrażenie, że zemdleje, ale całe szczęście po upływie kilku sekund zapachy straciły na intensywności. We wnętrzu skrzyni znajdowały się przeróżne fiolki, składniki do ich wynalazków i również wiele podejrzanie wyglądających rzeczy, których pochodzenia chyba Hermiona wolała nie poznawać. Nigdzie nie było tego, czego szukała – czyli  notatek ze składem danego wynalazku. Jednak bliźniacy byli inteligentniejsi niż przewidywała. Miała nadzieje, że skoro są na tyle głupi by zostawiać skrzynię ze swoimi wynalazkami, gdzie popadnie to i zapiski się znajdą. Westchnęła cicho.
  – Nie ładnie tak grzebać w cudzej własności.
Hermiona aż podskoczyła, słysząc za sobą głos chłopaka. Szybo wstała i obróciła się, stając twarzą w twarz z nowo przybyłym.
  – Ja… – odkaszlnęła, by dodać sobie czasu na wymyślenie kłamstwa  – nie mogłam spać, więc postanowiłam, że przyjrzę się waszym wynalazkom. Skoro mam wam pomóc to chciałam się zorientować co i jak, jakie książki będą mi potrzebne i w ogóle.
George wyglądał na nie do końca przekonanego. Przyglądał jej się podejrzliwie jeszcze przez chwilę, aż w końcu jego twarz ponownie rozpromieniła się.
  – Perfekcyjna jak zwykle. – Uśmiechnął się do niej. – Mogłaś poprosić, podałbym ci wszystkie potrzebne informacje.
  – Nie mogłam spać, więc to było tak pod wpływem chwili. Postanowiłam czymś się zająć, a to pierwsze przyszło mi na myśl.
Nie lubiła kłamać, ale w tej sytuacji to było jedyne wyjście. Nie mogła powiedzieć przecież, że szuka wynalazku, którym w nią trafili, żeby sprawdzić czy całkiem przypadkiem jego brat nie skasował jej pamięci. George uklęknął przy skrzyni i włożył do niej rękę, chwile pomajstrował przy lewym boku pudła, a po chwili wysunęła się z niego szuflada pełna kartek. Bardzo sprytnie – pochwaliła ich w duchu Hermiona.
  – Na razie mamy cały zapas prototypów z wynalazkami na przyszły rok szkolny, ale zaczęliśmy też przygotowywać kolekcję Halloweenową, Bożonarodzeniową i Walentynkową.
Granger otworzyła szeroko usta ze zdziwienia.
  – Ale przecież do tych świąt jeszcze mnóstwo czasu!
 – Tak, ale wykonanie niektórych eliksirów zajmuję bardzo dużo czasu. Potrzymaj, – podał jej plik kartek – to są wszystkie skończone wynalazki.
Włożył ponownie rękę do skrzyni, tym razem po prawej stronie. Hermiona korzystając z jego nieuwagi, szybko odszukała na kartkach Kometę Kryształowego Zaklęcia i niepostrzeżenie wyciągnęła ją z pliku i schowała do kieszeni.
  – A tutaj są prototypy – powiedział zadowolony z siebie, gdy w końcu udało mu się wygrać zaciętą walkę z zacinającą się szufladą. – Na razie mogę ci je tylko pokazać, żebyś zobaczyła co ci będzie potrzebne, ale sama rozumiesz, że nie mogę ci ich dać.
Hermiona skinęła głową, udając że czyta skład wszystkich wynalazków. Jej uwagę najbardziej przykuły niejakie Zniewalające Bańki Pierwszej Miłości z kolekcji walentynkowej. Przepis był pisany w inny sposób niż pozostałe, bardziej chaotycznie i było na nim o wiele więcej skreśleń, jakby ktoś ciągle zmieniał zdanie tworząc go.
  – To autorski projekt Freda – rzucił George, zaglądając jej przez ramię w kartki. – Nie sądzę, że coś z tego wyjdzie, ale nie można podcinać braciszkowi skrzydeł.
Zabrał kartki i ponownie je schował. Gdy zamknął i zabezpieczył skrzynię, spojrzał ponownie na Hermionę.
  – Czemu zgodziłaś się nam pomóc?
Zdziwiła się jego pytaniem. Czyżby George coś podejrzewał?
  – Stwierdziłam, że jeśli już macie produkować te swoje wymysły to jeśli wam pomogę to przynajmniej będę miała pewność, że nie są one szkodliwe dla zdrowia.
George uśmiechnął się.
  – Cała Granger. Tak myślałem, że nie robisz tego z miłości do nas… – zamyślił się chwilę. – Chociaż patrząc na to, że masz na sobie bluzę mojego brata to może jednak robisz to z miłości do jednego z nas.
Hermiona poczuła jak na jej policzki wpełza ogromny rumieniec. W takich momentach jak ten żałowała, że się nie maluję, przynajmniej tona pudru ukryłaby te wypieki.
  – Nie bądź śmieszny George, Fred nie wytrzymałby ze mną nawet minuty. On, i ty zapewne też, macie chyba całkowite uczulenie na książki.
  – Nie bądź taka pewna, Fred pod tą maską Hogwarckiego idioty skrywa swą prawdziwą twarz – myśliciela i jedynej nadziei rodziny Weasley. – Oboje roześmiali się. – Wiesz Hermiona, tak naprawdę to nie pogardziłbym taką bratową jak ty!
  –George! Przestań już! – Śmiejąc się pacnęła go w ramię.
  – Dobrze, już dobrze. Tylko ostatnio mój braciszek cały czas cię wychwala, mówi jaka to jesteś miła i inteligenta, i jak dobrze mu się z tobą rozmawia, więc myślałem, że…
  – Oh George, tak rzadko zdarza ci się myśleć i jak w końcu to robisz to marnujesz czas na myślenie o takich głupotach?
Udał obrażonego i zmierzył Gryfonkę urażonym wzrokiem.
  – Ja też mam uczucia! – udał, że ściera z policzka niewidzialną łzę – Ranisz!
 – Prawda bywa bolesna mój drogi. – Poklepała go pocieszająco po ramieniu. – Ja tymczasem wracam do łóżka.
Obróciła się i już chciała odejść, gdy chłopak objął ją.
  –Dziękuję Hermiono, nawet nie wiesz ile dla nas znaczy twoja pomoc.
Poczuła się trochę nieswojo, ale odwzajemniła uścisk chłopaka. Zrobiło jej się trochę przykro, że pomoc im jest jedynie częścią jej planu. Szybko wróciła do dormitorium i ponownie zakopała się w swym kokonie z pościeli. W głowie kołatały jej się słowa Georga, na temat tego, że Fred coś o niej mówił. Czy on naprawdę ją lubił? Nie, przecież to absurd! Wyciągnęła zwitek papieru z kieszeni i szybko go przeanalizowała. Niestety w składzie nie znalazła nic, co mogłoby wywołać taki skutek. Zawiedziona położyła się ponownie spać, choć wiedziała, że zbyt szybko nie zaśnie.

***

Tydzień minął niepostrzeżenie i nadszedł w końcu tak wyczekiwany przez wszystkich uczniów dzień – zakończenie roku szkolnego. Od najwcześniejszych godzin w całym zamku panowało niezwykłe poruszenie. Przepakowywanie kufrów, przetrzepywanie dormitoriów by upewnić się, że na pewno o niczym się nie zapomniało i oczywiście entuzjastyczne rozmowy, dzielących się ze sobą wakacyjnymi planami uczniów. Podekscytowanie udzielało się wszystkim tylko nie Hermionie. Granger. Jak na porządną uczennice przystało, spakowała się już wczoraj, skrupulatnie układając książki i ubrania, tak by nic się nie pogniotło, ani żadna z książek nie ucierpiała podczas podróży. Ubrana w szkolne szaty, zeszła do Pokoju Wspólnego, gdzie zastała dość dziwny widok. Na  środku pomieszczenia walczyły ze sobą dwa kufry, którym kibicowała zgromadzona dookoła publiczność. Jedni krzyczeli, inni bili brawo, gdy klapa jednego z kufrów ‘’zgubiła’’ kawałek zamykania. Hermiona nie musiała nawet szukać winowajców całego zamieszania, bo od razu domyśliła się, że są nimi Fred i George. Podeszła do siedzących na kanapie – Harry’ego i Rona, którzy pochłonięci byli rozmową. Byli tak zajęci, że nawet jej nie zauważyli, więc postanowiła im nie przeszkadzać. Wyszła z pomieszczenia.
 Teraz siedziała nad stawem, z dala od hałasu i tłoku. Promienie słońca przyjemnie łaskotały jej policzki. Przymrużyła oczy i oparła się o konar drzewa. Kochała Hogwart, był dla niej naprawdę ważnym miejscem, jednak tęskniła za domem. Może nie tyle za domem, a za rodzicami. Jako jedynaczka zawsze spędzała z nimi dużo czasu, to jej poświęcali całą swoją uwagę i tyle miesięcy rozstania czasami było ciężkie do zniesienia. Coś zasłoniło jej słońce, więc zmuszona była otworzyć oczy. Spojrzała na rudą czuprynę błyszczącą w promieniach słonecznych i mimowolnie lekko się uśmiechnęła.
  – Cześć  – rzucił Fred, swoim zwykłym, lekko  ironicznym tonem głosu, siadając koło niej.
  – Cześć – odpowiedziała, odwracając od niego wzrok i ponownie przymykając powieki.
  – Jak tam?
  – W porządku, a u ciebie?
  – Też. A właściwie to nie. Dziwne to wszystko, co?
Hermiona otworzyła oczy i spojrzała na niego zdziwiona, jej serce automatycznie przyspieszyło.
  – Co masz na myśli?
  – Cedrika. Od jego śmierci minęło zaledwie kilka tygodni, a wszyscy zachowują się jakby zapomnieli o tym, że kiedykolwiek istniał. To smutne, że człowiek jest, a za chwilę już go nie ma. Gorsze jest jeszcze to, że nikt nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia. Czarny Pan  wrócił, a wszyscy mają na to wyje… wyrąbane.
  – Tak, masz rację. Ludzie zbyt szybko zapominają i lekceważą ostrzeżenia. Każdy kolejny rok będzie coraz cięższy i będzie pochłaniał coraz więcej ofiar. I to w nas, w młodych ludziach jest jedyna nadzieja tego świata…
Fred przyglądał jej się przez chwilę ze zdziwieniem w oczach. Zastanawiało go skąd ona bierze te wszystkie życiowe mądrości. Podziwiał ją za to. W tym momencie miał ochotę powiedzieć jej jakiś komplement, bo nie mógł znieść tego, że tak wartościowa dziewczyna jak Hermiona, nie zna swojej wartości. Jego przyglądanie się dziewczynie przerwał odgłos poruszanych gałęzi  i pełen zazdrości wzrok Angeliny wbity w niego.
  – Tutaj. Jesteś. Skarbie.
Na jej twarzy malowała się złość, która próbowała ukryć sztucznym uśmiechem. Fred widząc jej minę, szybko się zerwał i stanął koło niej.
  – Taaak, musiałem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odetchnąć od tego hałasu. – Cmoknął ją w policzek, a Hermiona poczuła jak jej krew w żyłach zaczyna wrzeć. Nagle poczuła niepohamowaną ochotę utrzeć nosa Johnson.
 – Oh, no dobrze. To co idziemy? Za chwilę zaczyna się uroczystość!
  – Tak, tak. Już idę. Do zobaczenia Hermiono! – rzucił w jej stronę i ruszył za swoją dziewczyną.
  – Fred! – krzyknęła, zanim ugryzła się w język. – Twoja bluza, musze ci ją oddać.
Na twarzy Angeliny malowała się teraz prawdziwa wściekłość, a na Hermiony wyraz triumfu. Wiedziała, że Fred będzie miał przez nią na pewno niezły opierdziel , ale nie mogła sobie odmówić tej przyjemności.
  – A…bluza…tak – zamyślił się na chwilę – oddasz mi ją we wakacje!
I zniknął. Hermiona mogłaby przysiąc, że widziała na jego twarzy wyraz aprobaty dla jej odwetu. Wstała i powlekła się w stronę szkoły.

***

          Odnalazła Rona i Harry’ego w Pokoju Wspólnym, nadal siedzących na kanapie. Podeszła do nich i usiadła obok.
  – Co się dzieję? Czemu jeszcze nie jesteście na Wielkiej Sali?
Ron spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, a na jego twarzy pojawiła się mina w stylu ‘’zrób coś z nim, zanim stracę nad sobą panowanie”.
  – Harry nie chcę iść na uroczystość, bo ma dosyć tych wszystkich wścibskich spojrzeń, jakby przez te wszystkie lata nie mógł się do nich jeszcze przyzwyczaić.
Ron pokręcił głową ze złością. Hermiona doskonale rozumiała Harry’ego. Od czasu  śmierci Cedrika opinie na jego temat były podzielone i niestety zdecydowanie większa część uważała go za wariata próbującego nastraszyć cały świat powrotem Voldemorta. Po długotrwałych wykładach Hermiony i Rona, Harry w końcu uległ. Ruszyli na Salę.
Wielka Sala nie wyglądała tak jak zwykle. Dotychczas podczas uczt pożegnalnych była ozdobiona kolorami zwycięskiego domu, ale tym razem ich miejsce zastąpiły czarne draperie, będące oznakami żałoby. Szybko przecisnęli się do zajętych dla nich przez Ginny miejsc. Ogromna przestrzeń Wielkiej Sali wypełniona była ciszą i równomiernymi oddechami uczniów.
*  – Nadszedł koniec – zaczął Dumbledore, rozglądając się po Sali – następnego roku.
Na chwilę zamilkł, a jego spojrzenie zatrzymało się na stole Hufflepuffu. Dziś był to najbardziej zdyscyplinowany stół, a Puchoni najbardziej bladymi i smutnymi uczniami w Sali.
  – Dziś wieczór chciałbym powiedzieć wam bardzo wiele, – ciągnął Dumbledore – ale najpierw muszę wspomnieć o stracie osoby, która powinna siedzieć tutaj, – wskazał ręką stół Puchonów – razem z nami ciesząc się ucztą. Chciałbym, żebyśmy wszyscy wstali i wznieśli toast za Cedrika Diggory'ego.
Wszyscy to zrobili; ławki zaskrzypiały, kiedy wstali i podnieśli swoje kielichy, i powtórzyli, niskimi, smutnymi głosami “Cedrik Diggory”.
Hermiona napotkała spojrzenie Freda, które po raz pierwszy było tak smutne. Czuła, że jej spojrzenie jest takie samo.
* – Cedrik był osobą, którą ucieleśniała wiele cech charakteryzujących dom Hufflepuffu – ciągnął Dumbledore. - Był dobrym i lojalnym przyjacielem, umiał ciężko pracować, cenił czystą grę. Jego śmierć miała wpływ na was wszystkich, niezależnie od tego, czy go znaliście, czy nie. Myślę, że w takim razie macie prawo, żeby dowiedzieć się, co dokładnie się stało.
Wszyscy wstrzymali powietrzę, domyślając się co lada chwila powie dyrektor.
* – Cedrik Diggory został zamordowany przez Lorda Voldemorta.
Pełen paniki szmer przeszedł przez Wielką Salę. Ludzie wpatrywali się w Dumbledore'a z niedowierzaniem i przerażeniem. On natomiast zupełnie spokojnie, w milczeniu, patrzył, jak szepczą między sobą.
  – Ministerstwo Magii – kontynuował Dumbledore – nie chce, żebym wam to mówił. Możliwe, że rodzice niektórych z was będą oburzeni, że jednak to zrobiłem... ponieważ nie uwierzą, że Lord Voldemort powrócił, albo ponieważ sądzą, że jesteście zbyt młodzi, by dowiedzieć się prawdy. Ja jednak uważam, że prawda jest zawsze lepsza od kłamstwa, oraz że udawanie, że Cedrik zginął w wypadku albo na skutek swojego błędu, krzywdzi jego dobre imię.
Oszołomienie i przerażenie, wszystkie twarze w Wielkiej Sali były teraz zwrócone na Dumbledore'a.
  – Jest jeszcze ktoś, kto powinien być wspomniany w tym miejscu – ciągnął Dumbledore. – Mówię oczywiście o Harrym Potterze.
Po Wielkiej Sali znowu przeszedł szmer, kiedy wiele głów odwróciło się i spojrzało na Harry'ego.
  – Harry'emu Potterowi udało się uciec Lordowi Voldemortowi – powiedział Dumbledore – Ryzykował on własnym życiem, by zabrać ciało Cedrika z powrotem do Hogwartu. Okazał, w pełnym znaczeniu tego słowa, ten rodzaj odwagi, który zaledwie niewielu czarodziejów było w stanie okazać, stając twarzą w twarz z Lordem Voldemortem. I za to należy mu się szacunek.
Dumbledore zwrócił się z grobową miną do Harrego i ponownie podniósł swój kielich. Prawie wszyscy w Wielkiej Sali powtórzyli gest. Wyszeptali jego imię, tak samo jak wcześniej Cedrika, i wypili za niego toast.
Kiedy wszyscy ponownie zajęli swoje miejsca, Dumbledore zabrał głos:
 - Celem Turnieju Trzech Czarodziejów było propagowanie tolerancji i zrozumienia. W świetle tego, co się stało... powrotu Voldemorta... ten cel staje się ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.
Dumbledore zerknął na Madame Maxime i Hagrida, na Fleur Delacour i pozostałych uczniów Beauxbatons, na Victora Kruma i jego kolegów z Durmstrangu przy stole Ślizgonów. Krum, jak zauważyła Hermiona, patrzył czujnie, prawie z obawą, jakby oczekiwał, że Dumbledore powie coś nieprzyjemnego.
  – Każdy gość w tej Sali – powiedział Dumbledore, spoglądając na uczniów Durmstrangu – będzie tutaj powitany w każdej chwili, jeśli tylko zechce do nas zawitać. Powtarzam to jeszcze raz: w świetle powrotu Lorda Voldemorta, jesteśmy tak silni jak tylko jesteśmy zjednoczeni, i tak słabi, jak jesteśmy podzieleni.
  – Wkład Lorda Voldemorta w szerzenie niezgody i wrogości jest ogromny. Możemy z tym walczyć tylko poprzez okazanie równie wielkiej siły przyjaźni i zaufania. Różnice w zachowaniu i języku są niczym, jeśli nasze cele są identyczne, a nasze serca otwarte.
  – Myślę... i jeszcze nigdy aż tak nie pragnąłem być w błędzie... że przed nami czarne i trudne chwile. Niektórzy z was, w tej Sali, już ucierpieli bezpośrednio od Lorda Voldemorta. Wiele waszych rodzin zostało rozbitych. Tydzień temu jeden z was opuścił ten świat.
  – Zapamiętajcie Cedrika. Pamiętajcie, jeśli przyjdzie taki moment, że będziecie musieli wybrać między tym, co jest właściwe, a tym, co jest łatwe, pamiętajcie, co stało się z chłopcem, który był dobry i odważny, ale miał nieszczęście spotkać na swej drodze Lorda Voldemorta. Zapamiętajcie Cedrika Diggory'ego.

Wszyscy obecni powstali i unieśli różdżki w górę, zapalając małe iskierki na ich końcach.


***

   Hermiona wyszła na dziedziniec, gdzie uczniowie innych szkół szykowali się do odjazdu. Odnalazła wzrokiem Kruma i uśmiechnęła się, przeciskając się do niego wśród tłumu...

***

Heeeeeloł :D ale Was rozpieszczam, co? Rozdział w ciągu trzech dni od poprzedniego - to się nazywa prędkość xD Ale to tak w ramach świątecznego prezentu! A jeśli już mowa o świętach to Wesołych Świąt i oczywiście mokrego dyngusa moi drodzy :D
PS Czekam na 10 komentarzy :D
PS2  Fragmenty oznaczone * to cytaty z książki ;)
Harry Potter - Nimbus 2000 Broom
.
.
.
.
.
.
template by oreuis