sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 4: Urażona duma

    Chłopak gwałtownie zaczerpnął powietrza i podniósł się do pozycji półleżącej. Jego twarz znajdowała się kilka milimetrów od twarzy Hermiony, a ich dłonie nadal były splecione. Otworzył oczy i widząc przed sobą dziewczynę wydawał się bardzo zdziwiony. Przymrużył oczy, lekko się od niej odsuwając, a potem ponownie przysuwając, jakby nie był pewny czy jest ona prawdziwa czy tylko mu się śni. W końcu uniósł wolną dłoń i palcem wskazującym dotknął jej czoła. Dziewczyna była tak zdziwiona jego zachowaniem, że zamarła w bezruchu przyglądając się jego poczynaniom. Fred rozmasował sobie kark i dalej się jej przyglądając, powiedział:
  – Niee, to niemożliwe. Nie jestem aż tak nawalony, żeby fantazjować o Hermionie Granger!
Gryfonka poczuła jak w jej serce wbija się milion małych szpileczek. Owszem, nie należała do najpiękniejszych dziewczyn, które swoim wyglądem powalają na kolana, a samo przebywanie w ich obecności jest ogromnym zaszczytem, ale nie była też brzydka do tego stopni, żeby mężczyźni mogli fantazjować o niej tylko po pijaku. Słowa Freda głęboko ugodziły w jej godność. Wyrwała swoją dłoń z jego i z sztucznym uśmiechem na twarzy, powiedziała:
  – Spokojnie Fredzie Weasley'u, nie jesteś aż tak pijany. Jestem prawdziwą Hermioną, a ty nie jesteś aż tak zdesperowany żeby o mnie fantazjować. Zresztą tylko to ci pozostaje, bo nigdy, ale to NIGDY nie pozwoliłabym ci się dotknąć, nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na świecie!
Obróciła się na pięcie i wyszła z pomieszczenia. Jak zwykle z dumą, zachowując honor – jak na nią przystało. Fredowi zajęło chwilę zrozumienie tego co przed chwilą zrobił. Alkohol zaćmił mu umysł, jednak w końcu do niego dotarło jak bardzo uraził dziewczynę. Szybkim ruchem podniósł się z kanapy, jednak nogi odmówiły mu posłuszeństwa i runął jak długi na podłogę, zdzierając sobie przy tym brodę o kant stołu i uderzając głową o jego nóżkę. Hermiona słysząc hałas dochodzący z pomieszczenia postanowiła zawrócić i podejrzeć co się dzieję - w końcu nie chciała mieć tego idioty na sumieniu. Zeszła kilka stopni, po czym dyskretnie zajrzała do środka. Jej oczom ukazał się widok nieprzytomnego Freda leżącego na podłodze ze strużkami krwi spływającymi po jego twarzy. Przerażona rzuciła się w jego stronę, zapominając o wszystkich żalach. Był za ciężki by była w stanie przenieść go do Skrzydła Szpitalnego, więc pognała tam najszybciej jak potrafiła by sprowadzić pomoc. Co prawda mogłaby sama uleczyć ranę, ale bała się że Fred może mieć wstrząśnienie mózgu czy coś w tym stylu, a nie chciała być winna uszkodzenie resztek myślącej części jego ciała. Kobieta przyszła do Pokoju Wspólnego z magicznymi noszami i zabrała rannego chłopaka. Spytała się Gryfonki czy chcę iść z nimi do Skrzydła, ale ona odmówiła.
     Wróciła do dormitorium. Otworzyła drzwi szafy, na których wisiało duże lustro. Kasztanowe loki otulały jej twarz, nadając jej łagodności. Brązowe, bystre oczy i delikatny dziewczęcy uśmiech dodawał jej uroku. Nigdy nie czuła się brzydka, dlatego słowa Freda tym bardziej ją zabolały. Przeniosła wzrok ze swojej twarzy na ubrania.  Czerwone jeansy i kremowy, trochę rozciągnięty sweter nie miały żadnego wyrazu. Nie podkreślały jej atutów, ani nie wyróżniały z tłumu. Chyba Ginny miała rację, mówiąc jej że problemem nie jest to, że jest zbyt inteligentna, a to że zbyt małą wagę przywiązuję do swojego wyglądu. Jak to dokładnie określiła Ruda – ,,Facet lubi mieć przy sobie kobietę, którą może się pochwalić, a ty najchętniej poszłabyś na spotkanie z jego rodzicami w tym starym swetrze”. Tak, stanowczo miała rację. Powinna wybrać się na zakupy w te wakacje. Nie chciała się całkowicie zmieniać, ale kilka bardziej kobiecych ciuszków chyba jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Mama zapewne bardzo się ucieszy, że córka w końcu da jej się wyciągnąć na zakupy, pierwszy raz od wielu lat. Jednak jutro czekało ją kolejne spotkanie z Krumem, a ona nie miała nic ciekawego na tę okazję. Tym razem koszula taty nie wchodziła już w grę. Chciała jutro wyglądać wyjątkowo ładnie, by utrzeć Fredowi nosa. Jednocześnie dzisiejsza sytuacja utwierdziła ją w swoich postanowieniach. Miała zamiar zaprzestać swojego śledztwa i stłumić w sobie te wszystkie dziwne reakcje, które miotają nią gdy tylko zobaczy Freda. Nie miała zamiaru dłużej zaprzątać sobie głowy takim kimś jak on…

 ***


  – Stój! – krzyknęła za oddalającym się chłopakiem. – Chyba jeszcze nie wszystko sobie wyjaśniliśmy!
Poczuła, że jej usta się poruszają, ale nie słyszała słów które z nich wyszły. Chyba wykrzyczała jego imię, bo w końcu zareagował. Obrócił się i podszedł do niej. Wiatr rozwiewał mu włosy, a on nawet nie próbował ich ujarzmić. Stał tam wpatrując się w nią wyczekująco.
  – Słucham? Masz mi do powiedzenia coś jeszcze oprócz tego, że lada dzień zwijasz manatki i znikasz z Potter’em? Moja kobieta chcę zbawiać świat kosztem swojego życia, a ja mam się na to dobrowolnie zgodzić i jeszcze cieszyć się z tego, że w ogóle raczyła mnie o tym poinformować? Okej, skoro tego chcesz to proszę bardzo! Dzięki ci o łaskawa Hermiono, że tydzień przed swoją ‘’wycieczką” postanowiłaś mi o niej powiedzieć! Nie wiem jak ci się za to odwdzięczę…
Był naprawdę wściekły. W jego oczach Hermiona nigdy wcześniej nie widziała takiego smutku i takiej złości jednocześnie. Chciała się do niego przytulić, pocałować go… Chciała, żeby powiedział jej po prostu, że wszystko będzie dobrze, ale wiedziała że nie może tego od niego wymagać. Miał prawo być na nią zły. Miał prawo jej nienawidzić. Spuściła głowę, czując jak serce w jej piersi nerwowo się rzuca, niczym dzikie zwierzę zamknięte w za ciasnej klatce.  Kilka łez spłynęło po jej twarzy.
  – Masz rację. To wszystko nie ma sensu. Powinieneś związać się z kimś kto będzie mógł z tobą być. Zrozumiem jeśli znajdziesz sobie jakąś inną kobietę, która wybierze ciebie, a nie zbawianie świata, bo ja tak nie potrafię Freddie. Wybacz mi. Możesz odejść, naprawdę…
Wierzchem dłoni starła łzy z policzków, starając się na niego nie patrzeć. Nie chciała widzieć jak odchodzi. Wiedziała, że musi mu na to pozwolić, ale wiedziała też, że to złamie jej serce. Gdy w końcu znalazła siłę by spojrzeć w jego stronę, zobaczyła że nadal stoi na swoim miejscu. Nie ruszył się nawet na krok. Ich spojrzenia zderzyły się, a on lekko się uśmiechnął. Objął ją ramieniem i pocałował czule w czoło, pozwalając by szlochając, wtuliła się w jego tors.
  – Nawet gdybym chciał to nie potrafiłbym od ciebie odejść. Za bardzo cię kocham Hermiono Wea…

Obudziła się. Słońce wlewało się do dormitorium, a z Pokoju Wspólnego dochodziły już odgłosy rozmów. Hermiona przetarła oczy i przeciągnęła się, ziewając. Kolejna noc i kolejny pokręcony sen. Znowu ta sama sytuacja – pamiętała cały sen, poza twarzą i imieniem chłopaka o którym śniła. To zaczynało być dla Gryfonki już lekko irytujące. Za każdym razem, gdy się budziła była pewna, że tym razem zapamiętała kim był tajemniczy nieznajomy, a okazywało się, że w jej głowie zieję jedna, wielka dziura. Niechętnie wyczołgała się z łóżka i rozejrzała po pomieszczeniu. Jej współlokatorki już nie spały. Parviat odprawiała swój poranny rytuał, a Lavender jak zwykle okupowała łazienkę. No właśnie jeśli już o łazience mowa, to Hermiona omal nie zapomniała co za cel postawiła sobie na dzisiaj. Wzięła z fotela pierwszą lepszą bluzę i naciągnęła ją na piżamę, by ukryć  hasające po niej wesoło, kucyki Pony. Szybkim krokiem pokonała korytarz i znalazła się przed dormitorium znajdującym się na jego końcu. Cicho zapukała, a w drzwiach od razu pojawiła się roześmiana Ginny.
  – Hermiona!  Wchodź  – odsunęła się by wpuścić dziewczynę do środka. – Coś się stało?
Starsza z Gryfonek usiadła na łóżku, bawiąc się frędzelkami leżącego na nim koca.
  – Noooo tak właściwie to mam do ciebie sprawę...
Ruda przyglądała jej się pytająco, zachęcając do kontynuowania.
  – Dzisiaj spotykam się z Wiktorem...
  – O mamciu, masz randkę z Wiktorem Krumem? Z tym WIKTOREM KRUMEM? – Ruda aż krzyknęła z podekscytowania.
  – Spokojnie Ginny, tak właściwie to nie randka tylko przyjacielskie spotkanie, ale chciałabym wyglądać ładnie, a moja szafa świeci pustkami.
Ginny rozpromieniła się słysząc słowa Granger. Podskoczyła z radością klaszcząc w dłonie.
  – O Hermiono, nawet nie wiesz jak długo na to czekałam! W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila!
Podbiegła do szafy i zaczęła lustrować jej zawartość. Mamrotała coś pod nosem, ale Hermiona nie rozumiała co. W końcu jednak stanęła przed nią z naręczem ubrań.
   – Do łazienki marsz, panno Granger!
Hermiona posłusznie wykonała polecenie. Weszła do pomieszczenia i przymierzała po kolei wszystko co Ginny jej dawała. Miała wrażenie, że wszystko co dostawała od najmłodszej z Weasleyów było zbyt kuse i zbyt obcisłe, ale cóż – taka moda. Hermiona wyszła z pomieszczenia w przedostatnim zestawie i szczęka Ginny dosłownie znalazła się na podłodze.
  – Tak! – wykrzyknęła z ekscytacją w głosie. – Wyglądasz w tym perfekcyjnie! Wiktor, a zresztą co ja gadam! Cała męska część Hogwartu będzie piszczeć z wrażenie. Właściwie to nie! Niee, facetom nie wypada piszczeć, więc cała męska część Hogwartu będzie się ślinić na twój widok!
Gadała jak najęta, wpędzając Granger w coraz większe zawstydzenie.  Rzadko ktoś prawił jej komplementy. Zarumieniła się lekko, ale musiał zgodzić się z Ginny. Sama nie wiedziała, że jej ciało ma tak wiele atutów. Zawsze uważała, że nie ma co podkreślać, a wystarczyło kilka bardziej kobiecych ubrań, by jej figura zyskała. Ginerwa wepchnęła ją ponownie do łazienki i zajęła się tym razem jej włosami. Uczesała je w roztrzepanego koka, a kilka pasm zostawiła luźno zwisające. Makijaż opierał się tylko na błyszczyku i umalowanych rzęsach, ale i tak robił piorunujące wrażenie w połączeniu ze strojem Gryfonki.  Ginny była tak podekscytowana, że od razu zaciągnęła Hermiona na dół do Wielkiej Sali. Przy wejściu jednak natknęli się na Freda, który szybko do nich podbiegł.
  –Hermiona! Poczekaj, możemy porozmawiać? Chciałbym cię przeprosić za wczoraj i podziękować ci…Ja… bardzo mi…
Gryfonka udała, że go nie  widzi. Ominęła go z uśmiechem na twarzy i podeszła wprost do stojącego w drzwiach Wiktora, by przywitać się z nim. Wiedząc, że Fred ją obserwuje, przytuliła chłopaka. Krum oczywiście zareagował równie entuzjastycznie i od razu odwzajemnił uścisk. Weszli do Sali, nie zważając na idącego kawałek przed nimi, czerwonego ze złości Weasley'a.
Jako, że był weekend, większość uczniów wyspana i zadowolona z chwili wytchnienia, siedziała i pałaszowała przygotowane przez Skrzaty smakołyki. Niektórzy mieli nadal na sobie piżamy, inni byli poowijani kocami, a jeszcze inni (jak np. Lavender)  byli dopracowani pod każdym względem.  Hermiona zazwyczaj w takie poranki należała do części piżamolubnych. Na początku nikt nie zwrócił uwagi na jej przemianę, ale z każdym kolejnym krokiem wśród rzędów stołów rozlegały się coraz głośniejsze szepty. Czarne rajstopy jeszcze bardziej wysmukliły jej nogi. Przylegająca do ciała sukienka w kolorze wina, podkreślała pięknie zarysowaną talię dziewczyny, a szary kardigan optycznie ją wydłużał. Jednym słowem, prezentowała się olśniewająco, więc nic dziwnego, ze skupiła na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Usiadła naprzeciwko swoich przyjaciół, a obok niej Ginny z bananem na twarzy, dumna ze swojego ‘’dzieła”. Wszyscy zamilkli wpatrując się w nią ze zdziwieniem. Pierwszy z osłupienia wyrwał się Harry.
  – Hermiono, bardzo ładnie dziś wyglądasz.
Uśmiechnęła się do niego w geście podziękowania. Wiedziała, że osiągnęła swój cel. Mina Freda mówiła sama za siebie. 1:0 dla Hermiony.

***

    Hermiona na ostatnim spotkaniu obiecała Wiktorowi, że pokażę mu jakieś ciekawe miejsca w Hogwarcie. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla Granger w szkole nie było poza biblioteką żadnych innych ciekawych miejsc. Nerwowo rozmyślała, gdzie mogłaby zabrać Kruma, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Gdyby nie to, że pogoda się popsuła, mogłaby zabrać go do ogrodu za szklarniami. O tej porze roku wszystko tam się zieleni i pięknie kwitnie. Niestety pogoda była przeciwko niej i od samego rana padał deszcz.
  –  Coś się stało Hermiono?
Harry przyglądał jej się uważnie z braterską troską w oczach. Zawsze chciała mieć rodzeństwo, a dokładniej – starszego brata. Będąc małą dziewczynką często wyobrażała sobie jak brat broni ją przed wszystkimi złośliwymi dzieciakami i natrętnymi chłopcami, a potem wyobrażała sobie siebie w nastoletniej wersji i kolegów swojego brata, precyzując – przystojnych kolegów swojego brata, którzy uwielbiali by ją i jej towarzystwo (no i oczywiście potajemnie się w niej podkochiwali). Stanowczo za wiele bajek Disneya naoglądała się w dzieciństwie nasza Granger. Starszego brata jak nie było tak i nie ma, ale nie ma też natrętnych chłopców, więc właściwie biedaczek nawet gdyby był to i tak nie miałby nic do roboty. Hermiona uśmiechnęła się do przyjaciela. Dobrze że przynajmniej dane jej było mieć takiego ‘’brata’’.
  – Nie, nic się nie dzieje, mam tylko taki mały dylemat. Właściwie to może ty będziesz w stanie pomóc mi go rozwiązać – Harry skinął głową na znak by kontynuowała. – Obiecałam Wiktorowi, że pokaże mu jakieś ciekawe miejsca w naszej szkole, jednak żadne miejsce poza biblioteką nie przychodzi mi na myśl.
Harry roześmiał się co lekko zdziwiło Hermione. Poczuła jak na jej policzki wpływa rumieniec.
  – Nie sądzę by Krum podzielał twoje zdanie i uznawał bibliotekę za ciekawą. W sumie mi też nie przychodzi na myśl, żadne inne miejsce poza Pokojem Życzeń.
  – Też o tym myślałam, ale Pokój Życzeń jest zajęty prawie cały czas, więc to raczej mało prawdopodobne by udało nam się do niego wejść – westchnęła.
  – Ja tak właściwie to też nie znam dobrze Hogwartu, mimo że jest dla mnie jak drugi dom to nie zgłębiłem jeszcze zbyt wielu jego sekretów, ale wiem kto byłby nam w stanie pomóc!
Obrócił się, przewieszając przez oparcie fotela i krzyknął w stronę jednego z bardziej odizolowanych kątów pokoju, zanim Hermiona zdążyła go powstrzymać. Harry miał to do siebie, że zawsze gdy chciał być pomocny to tylko pogarszał sprawę. Tak było i tym razem. Już po chwili przy ich fotelach pojawiły się dwie, roześmiane, rude postacie.
  – Harry, kochaneczku – zaczął George naśladując głos swojej matki.
  – Coś blado wyglądasz, zmizerniałeś ostatnio. Zaraz damy ci coś do jedzenia! – wtórował mu Fred, rzucając w niego kilkoma cukierkami.
Harry nie mógł powstrzymać wpełzającego na jego twarz uśmiechu, więc roześmiał się gromko dołączając do śmiejących się ze swojego żartu bliźniaków, ale Hermiona nadal zachowała kamienną twarz. Czuła wręcz jak mrowią ją mięśnie twarzy, jak w jej gardle ledwo zatrzymuje się tłumiony chichot, jednak nie mogła przegrać walki z samą sobą – jest przecież Hermioną  Granger, a Hermiona nigdy nie przegrywa.
  – Słuchajcie panowie, mam do was sprawę. A właściwie to nie  ja tylko Hermiona – bliźniacy odruchowo przenieśli wzrok na skuloną w fotelu Gryfonkę, która do tej pory starała zlać się z tapicerką siedziska. George uśmiechnął się do niej promiennie, jednak na twarzy Freda widać było zmieszanie. Na ten widok Hermiona poczuła się dziwnie przybita, nie chciała by czuł się niekomfortowo w jej obecności, przecież… Skarciła się w myślach i szybko zapanowała nad swoimi uczuciami, zamieniając poczucie winy na satysfakcję. Uśmiechnęła się do George’a.
  – Tak, potrzebuje się poradzić. Bo widzisz George – specjalnie zaakcentowała imię chłopaka – mam dzisiaj randkę z Wiktorem i obiecałam pokazać mu jakieś ciekawe miejsca w Hogwarcie, ale problem w tym, że ja żadnych takich miejsc nie znam, za to ty znasz tę szkołę lepiej niż własną kieszeń, dlatego miałam nadzieję, że może będziesz w stanie mi pomóc?
Poprawiła się w fotelu tak by znaleźć się bliżej chłopaka. Nie wiedziała właściwie dlaczego to robi, ale chciała żeby Fred poczuł się tak jak ona wczoraj – gorszy. Przyglądał jej się przez chwilę zdziwiony, aż w końcu wydusił z siebie:
    – Masz randkę z Wiktorem, TYM Wiktorem? Z KRUMEM? 
  – Tak, z TYM WIKTOREM. Coś w tym dziwnego? Przecież wiedziałeś, że się z nim spotykałam, bo jakbyś nie pamiętał to niedawno przerwałeś jedną z naszych randek swoją drzemką pod gołym niebem, a potem przerwałeś nam kolejną randkę swoim mizianiem się z Ageliną…
2:0 dla Hermiony. Na jej twarzy malował się teraz już naprawdę wyraźny wyraz triumfu. Fred spuścił głowę by ukryć rumieńce. Co go obchodziło życie uczuciowe Hermiony i dlaczego do cholery słysząc o jej randkach z Krumem poczuł nieprzyjemny ucisk w okolicach klatki piersiowej, który w jego przypadku oznaczał tylko jedno, a mianowicie zazdrość. Okej, Hermiona wyglądała dzisiaj naprawdę ładnie, ale przecież zawsze uważał ją za ładną dziewczynę, dlatego kilka nowych fatałaszków nic nie zmieniało, a jednak…
George nie rozumiejąc zachowania tych dwojga postanowił interweniować.
  – Dobrze, dobrze moi drodzy, rozluźniamy atmosferę. Wdech, wydech i jak to mówi profesor Flitwick, rozluźniamy przepony – uśmiechnął się porozumiewawczo do Harry’ego, który było widać, że również zdziwiony był zaistniała sytuacją. – Jeśli chodzi o twoje pytanie Hermiono to myślę, że nie ma co szukać na siłę jakiś miejsc, najlepiej będzie jeśli zabierzesz go do Sali Grawitacji! Można mieć tam niezły ubaw, tym bardziej jeśli ktoś lubi latać na miotle tak jak Krum.
  – Sala Grawitacji? – spojrzała na niego zdziwiona. Nigdy wcześniej nie słyszała o takim miejscu.
  – Nic dziwnego, bo właściwie to wie o niej tylko kilka osób. – Wziął od Harry’ego mapę i wskazał Gryfonce miejsce w którym owo pomieszczenie się znajduje. – Nazwa to tak naprawdę zmyłka, bo ta sala jest pozbawiona grawitacji. Wchodzisz tam i hopsa, latasz. To cos w stylu tych kabin w których przygotowują się kosmonauci.
  – Łał, w życiu nie pomyślałabym, że mamy tu coś takiego. Dzięki George! – zarzuciła chłopakowi ręce na szyję, wychylając się nad oparcie fotela. Na jego twarzy namalowało się zdziwienie, ale odwzajemnił uścisk.
  – Zawsze do usług młoda damo.
Panowie uśmiechnęli się do Harry’ego i już mieli wrócić do swoich zajęć, gdy Fred obrócił się na pięcie i spoglądając wprost w oczy Hermiony, powiedział:
  – A później zabierz go do Wieży Astronomicznej. Przy takiej pogodzie jest tam naprawdę pięknie.
 – Czyli rozumiem, że zawsze gdy pada to tam zaszywasz się ze swoimi panienkami? – odpowiedziała, zanim zdążyła ugryźć się w język. Fred spojrzał na nią i uśmiechnął się, tak rozbrajająco jak tylko on potrafił.
  – Nie, nie zabrałem tam jeszcze żadnej dziewczyny, ale jeśli na którejś będzie mi naprawdę zależeć, to myślę że właśnie tam chciałbym spędzić z nią czas.
Obrócił się i odszedł za bratem. Hermiona wcisnęła się głębiej w fotel, starając się ukryć przed przeszywającym wzrokiem Harry’ego. Czasami zastanawiała się czy aby to nie Dumbledore jest jego ojcem, bo ich spojrzenie były tak samo ciężkie do przetrzymania.
  – Nie patrz tak na mnie Harry! – wyszeptała. – Nie chcę teraz o tym rozmawiać…

Skinął głową i przeniósł spojrzenie w to samo miejsce co Hermiona, na płonący wesoło w kominku ogień. Czuła się źle z tym jaka ostatnio się stała i z tym, że sama siebie nie rozumie…
emma watson funny gif hermione granger harry potter gif hitme


***

Rajuśku, tak bardzo Was przepraszam. Zawiodłam na całej linii. Po pierwsze rozdział miał być wczoraj, a jest dopiero dzisiaj. Po drugie miał być krótki, a treściwi, a wyszedł długi i bezsensowny. Po trzecie to wiem, że to czwarty rozdział, a tu nadal smuty i zero Fremione. Tak wiem, że znienawidzicie mnie za to, ale pisanie rozdziału z gorączką czasami psuje koncepcje. Mam nadzieje, że wybaczycie mi to. Obiecuję, że w następnym już dam coś ciekaszego, więcej akcji i w ogóle :c
Wybaczcie,w zamian czekam na 8 komentarzy, a nie 10, bo tym razem na tyle nie zasłużyłam :/
Rozdział postaram się dodać jak najszybciej, czyli w przeciągu tygodnie ;)
Pozdrawiam Was i ściskam Misiaki Wy moje
Marta Weasley



środa, 10 lutego 2016

Rozdział 3: Plan zemsty

 Jak widzicie na bloga wjechał nowy, cudowny szablon od Oreuis z Bajkowych Szablonów, za którego dziękuję z całego serduszka <3
I tak w ogóle to właśnie zauważyłam, że na blogu wybiło równiutkie 1000 wejść *,* jestem pod wrażeniem, bo to dopiero 3 rozdział, a już tak wiele osób tutaj zajrzało :D jesteście najlepsi, dziękuję!

 ***


    Pierwsze promienie słońca wkradły się do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Pomieszczenie wypełniła złoto-czerwona poświata, charakterystyczna dla Domu Lwa. Ogień w kominku już dawno wygasł, więc było tu teraz dość chłodno. Hermiona przykryła się kocem po same uszy, tak że widoczne było tylko jej czoło i burza kasztanowych włosów. Odgłosy dochodzące z budzących się do życia dormitoriów widocznie w ogóle jej nie przeszkadzały. Ze snu wyrwały ją dopiero czyjeś ręce na jej ramionach. Otworzyła oczy, leniwie się przeciągając. Czuła, że nogi i plecy miała ścierpnięte, więc wyciągnęła stopy przed siebie i oparła je na stoliku.
   – Czeeeeść Harry – powiedziała, starając się stłumić ziewnięcie.
   – Skąd wiedziałaś, że to ja? – w głosie chłopaka słychać było wyraźne zdziwienie.
   – Twoje perfumy - wyjaśniła. – Są bardzo charakterystyczne, więc od razu poznałam, że to ty. Cynamon, mięta i chyba, jeśli dobrze pamiętam to elfi pył.
Harry wyszedł za fotela i usiadł naprzeciwko niej z uniesionymi do góry rękoma.
   – Masz mnie. Zostałem rozszyfrowany. Poddaje się.
Uśmiechnęli się do siebie. Gryfonka oparła głowę o fotel i na chwilę jeszcze przymknęła powieki. Harry poszedł w jej ślady, jednak po chwili przypomniał sobie dlaczego właściwie ją obudził.
   – Hermiono?
   – Hmm? - wymruczała dziewczyna, nadal nie podnosząc głowy z oparcia fotela.
   – Właściwie to obudziłem cię dlatego że pomyślałem, że chciałabyś się pewnie przebrać zanim reszta Gryfonów się tutaj zwali.
   – Przebrać? – mózg Granger nadal działał na zwolnionych obrotach.
   – Nooo tak, nie to żebym coś miał do twoich różowych piżam w kucyki Pony, ale...
Nie zdążył dokończyć, bo Hermiona już krzyknęła z przerażeniem i usiłowała wyplątać się z ciasno otulających ją macek koca. Gdy w końcu jej się to udało, ruszyła biegiem w stronę schodów prowadzących do dormitoriów, jednak w połowie drogi zderzyła się z... No oczywiście z kim innym niż bliźniacy mogłaby się zderzyć? Ogromny rumieniec wpełzł na jej policzki, gdy zobaczyła roześmiane miny Rudzielców, lustrujących jej strój.
   – Ooh Hermiono, cóż za cudowne wdzianko! Wyglądasz jak cukiereczek!
   – Jak landryneczka! – wtórował bratu Fred.
Hermiona rzuciła im gniewne spojrzenie i nie zwracając już uwagi na ich zaczepki, zwinnie ich ominęła i pognała do pokoju.
Słowa Zgredka cały czas nie dawały jej spokoju. Nie była pewna co się z nią dzieje, ale przeczuwała, że może mieć on rację. Pani sama poświęciła swoje wspomnienia. Jak sama mogła chcieć poświęcić swoje wspomnienia? Przecież całe życie człowieka tworzą właśnie one. Wszystkie dziwne rzeczy zaczęły się dziać od momentu "zderzenia" z wynalazkiem bliźniaków, więc na początku była całkowicie przekonana, że to ich sprawka. Teraz, gdy już kilka razy przeanalizowała słowa skrzata, nie była tego taka pewna. Cały czas zastanawiała się co powinna zrobić. Z jednej strony czuła, że coś jest z nią nie tak, ale z drugiej strony nie miała pojęcia co. Jak więc poznać prawdę? Gryfonka z głośnym westchnieniem rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę.

***


    Drzwi cicho zaskrzypiały, zamykając się za wchodząca dziewczyną. Hermione od razu uderzył tak znajomy i przyjemny zapach. W jej uszach rozbrzmiewał odgłos przewracanych stron, uspokajając i odprężając jej ciało. Przesunęła dłonią po grzbietach stojących na półkach książek. Palce aż ją świerzbiły, żeby ściągnąć którąś z półki i zagłębić się w lekturze, jednak nie po to tu dziś przyszła. Swoje kroki skierowała wprost do działu ksiąg zakazanych. Odnalazła kilka interesujących ją tytułów i zaszyła się przy najbardziej oddalonym stoliku. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach nadal nic nie miała. Mimo że, dokładnie przewertowała każdą księgę, niczego co mogłoby okazać się pomocne, nie znalazła. Pozostała jej już tylko jedna opcja. Nie chciała męczyć Zgredka, ale w tej chwili tylko on był w stanie jej pomóc.
Udała się do kuchni. Chciała od niego pomocy, więc uznała, że pójście do skrzata osobiście będzie lepszą opcją niż wzywanie go. Gdy tylko otworzyła małe drzwiczki prowadzące do kuchni, zaatakowały ją chmury pary unoszącej się nad ogromnymi garnkami. Ograniczona widoczność utrudniała odnalezienie Zgredka wśród kręcących się po pomieszczeniu postaci, jednak ostatecznie udało jej się go wypatrzeć. Stojąc przy zlewie w rogu pomieszczenia, czyścił jakiś garnek. Podeszła do niego.
   – Cześć Zgredku.
Skrzat podskoczył lekko i szybko obrócił się w stronę dziewczyny.
   – Przestraszyła pani Zgredka. Zgredek wiedział, że zrobił głupotę i że nie da pani za wygraną, ale nie spodziewał się pani tutaj tak szybko.
Hermiona zmarszczyła lekko brwi. Nie wiedziała czy jego słowa powinna przyjąć jako obrażające ją czy raczej nie zwracać na nie uwagi. Wybrała drugą opcję.
   – Zgredku, prosiłam żebyś mówił do mnie po imieniu. Jestem Hermiona, żadna ze mnie pani – Zgredek skinął głową. – Dzieje się ze mną coś dziwnego, a ty wiesz co, więc to chyba normalne, że chce się dowiedzieć prawdy?
   – Zgredek nic więcej nie wie, Zgredek nic nie wie - zaczął nerwowo powtarzać skrzat. Rzucił się w stronę leżącego nieopodal tłuczka do  mięsa, jednak dziewczyna w porę go złapała.
   – Spokojnie Zgredku, nie denerwuj się proszę. Skoro nie możesz mi nic konkretnego powiedzieć to odpowiedz tylko na jedno moje pytanie i dam ci spokój, dobrze?
Niepewnie skinął głową, ale jego ciało jakby się rozluźniło. Hermiona wypuściła go ze swojego uścisku.
   – Czy bliźniacy... Czy Fred ma z tym coś wspólnego?
Zgredek nerwowo zaczął miętosić bluzkę. Spojrzał na Gryfonkę i skinął twierdząco głową. To dziewczynie stanowczo wystarczyło. Podziękowała skrzatowi i wybiegła z kuchni. Wiedziała, ze bliźniacy z własnej woli nie przyznają jej się do tego co zrobili, więc musiała zaczekać aż nadarzy się odpowiednia okazja. Jak się okazało – nie musiała zbyt długo czekać.
Wielka Sala jak zwykle była przepełniona. Gwar rozmów rozchodził się po całym parterze, a właściwie to słychać go było nawet na wyższych piętrach. Hermiona szybko omiotła sale wzrokiem w poszukiwaniu swoich przyjaciół. Czterech rudych czupryn przy Gryfońskim stole nie można było nie zauważyć. Skierowała swoje kroki w ich kierunku. Jej przyjaciele byli tak zajęci rozmową, że nawet nie zwrócili uwagi na to, że się przysiadła.
   – Cedrik pomagał wam przy wynalazkach? - zdziwiła się Ginny.
   – Tak. I był w tym cholernie dobry.
   – Czyli dobrze zrozumiałem, że macie masę prototypów wynalazków i nikogo kto byłby w stanie je sprawdzić pod względem technicznym? – wtrącił się Harry. Bliźniacy przytaknęli tylko ze smutnymi minami.
   – Może ja mogłabym wam pomóc...
Wszyscy zwrócili twarz ku Hermionie. Ron otworzył usta tak szeroko, że kawałek ciasta, które właśnie pochłaniał, wypadł mu z nich. Ginny i Harry mieli wyrazy twarzy w stylu "kim jesteś i co zrobiłaś z Hermioną Granger?", a bliźniacy... bliźniacy właśnie rzucili się na dziewczynę. Podrzucili ją kilka razy, nie zważając na protesty z jej strony, po czym uściskali ją mocno.
   – Hermiono, naprawdę mogłabyś to dla nas zrobić?
Granger kiwnęła potakująco głową, a Weasley'owie ponownie wzięli ją w swoje ramiona. Gdy w końcu udało jej się wydostać ze strefy bliźniaczych uścisków, sięgnęła po tost i usiadła na swoim miejscu.
   – Jest jednak jedno małe ale...
Miny bliźniaków szybko zrzedły. Również usiedli na swoich miejscach.
   – Mów o co chodzi. Jesteśmy gotowi zapłacić każdą cenę bylebyś nam pomogła. Jeśli nie ty to pozostanie nam tylko profesor Tłusta Główka, a nie sądzę by był on skoro do współpracy z nami.
Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła. Głos Freda działał na nią kojąco, tak samo jak jego uśmiech, zapach perfum... Na gacie Merlina, Hermiono! O czym ty myślisz kobieto, przecież on ci się nawet nie podoba! - skarciła się w myślach.
   – Nie chcę od was żadnych pieniędzy, spokojnie. To ale to fakt, że będę wam mogła pomóc dopiero w drugim miesiącu wakacji. Zostały ostatnie trzy tygodnie szkoły i chcę je poświęcić na wyciągnięcie jak najlepszych stopni, a potem muszę spędzić trochę czasu  z rodzicami, także rozumiecie.
Na twarzach Freda i Georga ponownie pojawiły się uśmiechy. Od razu zgodzili się na ten warunek. Hermiona uśmiechnęła się i przybiła z nimi piątkę. W duchu ucieszyła się, że będzie mogła wprowadzić swój plan w życie o wiele szybciej niż myślała.

***

   Ostatnie tygodnie szkoły gnały jak szalone i nim Hogwartczycy się zorientowali, od upragnionych wakacji dzielił ich zaledwie tydzień. Również tydzień dzielił ich od wyjazdu gości przybyłych na Turniej Trójmagiczny. Granger przez cały ten czas nie miała okazji spotkać się z Wiktorem, nad czym trochę ubolewała. Starając się zapomnieć o dręczących ją dziwnych snach i uczuciu jakieś rozbrajające wewnętrznej pustki, skupiła się na nauce. Teraz, gdy oceny były już wystawione, mogła w końcu trochę odetchnąć. Usiadła w swoim ulubionym miejscu, rozkoszując się ciepłym, czerwcowym powietrzem. Po chwili ktoś usiadł koło niej. Nie musiała się oglądać by wiedzieć kim jest przybysz. Już gdy wychodziła ze szkoły zauważyła, że podążał za nią.
  
– Witaj Hermionanina.
   – Cześć Wiktorze – obdarzyła go promiennym uśmiechem, który odwzajemnił.
   – Dawno ja cie nie widział. Ja się martwił, ze coć ci się stało, ale Harry powiedział mi, że ty się uczasz.
Hermiona zarumieniła się. Miło było wiedzieć, że Wiktor się o nią martwił. Nigdy żaden chłopak (no może poza Harrym, ale on jest dla niej jak brat) nie martwił się o nią. Poczuła przyjemne mrowienie w okolicy klatki piersiowej.
     – Taak, miałam ostatnio bardzo dużo zadań na głowię, ale teraz w końcu mogę odpocząć.
     – Jeśli ty by chciała to mogliby spędzić ten tydzień razem. Ja tu nie znać zbyt wielu osób, więc trocha się tu nudza.
Hermiona spojrzała na Kruma. Mimo ciężkich rys twarzy, wyglądał przyjaźnie, a jednocześnie wyniośle. Nic dziwnego, że co druga dziewczyna mdlała na jego widok. Hermiona powinna uznać za zaszczyt to, że to właśnie na nią zwrócił uwagę, ale sama nie była pewna swoich odczuć co do niego. Przede wszystkim, do głosu dochodził jej rozsądek, który mówił jej, że i tak ta znajomość nie ma przyszłości, bo chłopak lada dzień wraca do siebie, a z drugiej strony to przecież nie miała być kolacja zaręczynowa tylko kilka wspólnie spędzonych dni. Nic zobowiązującego.
   – Jasne, chętnie. W Hogwarcie jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, których na pewno nie widziałeś – uśmiechnęła się przyjaźnie do chłopaka, a ten ujął jej dłoń w swoją. 
Granger nie zabrała ręki, jednak przez chwilę poczuła się tak jakby zdradzała kogoś, jakby nie miała prawa pozwalać się dotykać nikomu innemu niż...no właśnie, nikomu innemu niż kto? Westchnęła i odruchowo oparła głowę na ramieniu Kruma, a ten szybko korzystając z okazji objął ją ramieniem. Starała się rozluźnić, ale chyba nie najlepiej jej to wychodziło, ponieważ chłopak zaczął delikatnie gładzić jej ramie w uspokajającym geście. Nagle krzaki obok nich zaszeleściły i wyszedł z nich roześmiany Fred, obejmujący w pasie równie roześmianą Angelinę. Serce Hermiony przyspieszyło gwałtownie. Poczuła coś...jakby uczucie zazdrości? Fred spojrzał na siedzącą pod drzewem parę i ukłonił się nisko.
   – Pardon, nie wiedziałem że jest tutaj zajęte. –Angelina zachichotała. Hermiona miała wrażenie, że ta dwójka była lekko podchmielona. – Już znikamy. Nie przeszkadzajcie sobie. Tak w ogóle Hermionko to musimy sobie zamontować na tych krzakach karteczkę z napisem ,,Nie przeszkadzać", żebyś przypadkiem nie wpadła tutaj na nas, gdy no tego... – Angie dalej chichocząc zakryła mu usta i wyciągnęła na błonia.
Wiktor ponownie przeniósł swój wzrok na Hermione.
   – Ja mieć wrażenie, że ten ruda chłopak cię prześladuje. Ciągla na niego wpadamy.
   – Szczerze powiedziawszy Wiktorze, odnoszę takie samo wrażenie.
Oboje roześmiali się. Mimo że, atmosfera między nimi się rozluźniła i spędzili razem bardzo miłe popołudnie, to Hermiona nie mogła przestać myśleć o odczuciach jakie wywołał w niej widok Weasley'a z inną dziewczyną. Nie rozumiała tego. Fred jej się nie podobał. Nie pociągał jej ani fizycznie ani pod względem charakteru, więc nie powinna nic czuć będąc w pobliżu jego osoby. A jednak za każdym razem gdy go spotykała, czuła się jakby wybuchał w niej emocjonalny wulkan. Nawet teraz, gdy Wiktor trzymając ją za rękę i odprowadzał ją do Wieży Gryffindoru, nie mogła odsunąć od siebie poczucia przepełniającej jej zazdrości. Zatrzymali się przed portretem Grubej Damy. Hermiona stała przy ścianie, lekko się o nią opierając, a naprzeciwko niej stał Krum. Przyglądał się jej z uwielbieniem w oczach. Po raz pierwszy naprawdę zauważyła jak bardzo mu się podoba. Na jej policzki wypłynął jeszcze większy rumieniec.
   – Bardzo mila było, Hermionanina. Teraz nie pozostają mi nic inna jak życzyć ci dobranoc.
Powoli się do niej przysuwał, a Gryfonka coraz bardziej przylegała plecami do ściany. Jego dłonie znalazły się na jej talii, a ona splotła swoje ręce na jego karku. Nie wiedziała czy tego chcę, ale obiecała sobie, że zacznie zachowywać się jak normalna nastolatka, a tak właśnie zachowują się normalne nastolatki, prawda? Ich twarze dzieliło już tylko kilka centymetrów, gdy obraz Grubej Damy odsunął się i wypadłą spod niego ruda postać.
   – Cholera jasna! Ten rudy to ma wyczucia czasu lepsze niż moja matka! Ona też zawsze wparowuje do moja pokój w najmniej spodziewana momencie...
George wybuchnął niekontrolowanym śmiechem słysząc komentarz Kruma. Położył mu dłoń na ramieniu.
   – Mów mi mamo, synu – ponownie zarechotał, a Wiktor strącił jego rękę ze swojego ramienia. – A tak poza tym to ja przeszkadzam wam po raz pierwszy. Jeśli jakiś wyglądający tak samo jak ja człowiek wcześniej was niepokoił, to był zapewne mój zacny brat bliźniak Fred, który śpi teraz zalany na kanapie, o tam - wskazał ręką na pomieszczenie znajdujące się za obrazem. – Impreza przeniosła się do Pokoju Życzeń, bo tam alkohol nigdy się nie kończy, więc już was dłużej nie niepokoję moje gołąbeczki. Miłego wieczoru!
Zbiegł kilka schodów po czym jeszcze raz obrócił się w ich stronę.
   – I w razie czego to piszę się na ojca chrzestnego Hermionko!
Nim dziewczyna zdążyła mu odpowiedzieć, zniknął jej z pola widzenia. Cała romantyczna atmosfera prysnęła jak bańka mydlana. Pożegnali się tylko buziakiem w policzek i rozeszli każde w swoją stronę. Ku zdziwieniu samej Hermiony, ulżyło jej. Nie była pewna czy to dlatego, że nigdy wcześniej się nie całowała czy dlatego, że nie była pewna czy chcę się całować z Wiktorem – po prostu jej użyło.
W Pokoju Wspólnym panował straszny zaduch. Czuć było w powietrzu zapach Ognistej Whisky, a wszędzie walały się dowody po niedawnej libacji. Gryfonka otworzyła okno, a przyjemny wieczorny wietrzyk zaczął wypełniać pomieszczenie. Dorzuciła kilka drewienek do kominka. Coś za nią sapnęło. Obróciła się gwałtownie i ujrzała śpiącego na kanapie Freda. No tak, całkowicie zapomniała, że tutaj jest. Wzięła z fotela koc i zaczęła starannie otulać nim chłopaka. Właściwie to nie wiedziała dlaczego to robi, ale widok śpiącego Freda rozczulał ją. Niechcący dotknęła jego dłoni co przyprawiło jej serce o palpitację. Granger co Ty wyprawiasz! Przecież to tylko Fred! Przełknęła głośno ślinę i usiadła na fotelu stojącym naprzeciwko twarzy chłopaka.
   – Ehh Weasley, Weasley co ty ze mną robisz? – odruchowo wysunęła dłoń by odrzucić kosmyk włosów, który spadł mu na twarz, ale chłopak był szybszy. Pochwycił jej dłoń i splótł swoje palce z jej, po czym głośno chrapnął. Hermiona poczuła, że twarz ją piecze, a dłoń przyjemnie mrowi. Nie wiedziała co powinna zrobić. Fred pewnie myślał, że to Angelina przy nim siedzi, stąd pewnie ten gest. Delikatnie starała się wyplątać swoje palce z jego, ale chłopak na to nie pozwalał. Przyciągnął ich splecione dłonie do ust i musnął ustami nadgarstek Hermiony, po czym przytulił twarz do jej dłoni. Teraz Hermiona już naprawdę nie wiedziała co powinna zrobić. Weasley zaczął coś mruczeć pod nosem, więc dziewczyna nachyliła się niżej by go usłyszeć.
   – To...ale przecież...co...tak na mnie działa...kim ty jesteś...czemu cały czas mi się śnisz?
Chłopak gwałtownie zaczerpnął powietrza i podniósł się do pozycji półleżącej. Jego twarz znajdowała się kilka milimetrów od twarzy Hermiony, a ich dłonie nadal były splecione



***


Siemaneczko :D Szkoła zabija twórczość, mówię Wam to ja – osoba, która zawsze gdy mam ochotę coś napisać ma w cholerę nauki. Ale mniejsza z tym. Rozdział..hmmm no cóż, nie jestem z niego w pełni zadowolona, bo nie lubię upychać takiej ilości akcji w jednym rozdziale, ale musiałam to zrobić dla dobra pozostałych rozdziałów :P Kurde, zaczynam mówić jak Śmierciożercy – dla większego dobra blablabla.. :D Mam po prostu nadzieję, że Wam się spodoba. Jeszcze go nie przejrzałam pod względem gramatycznym, więc za wszystkie literówki z góry przepraszam ;)
Nie rozpisuję się już, teraz czekam aż Wy się rozpiszecie, bo to Wasze komentarze ładują mnie weną! Czekam na 10 komentarzy! A co, jak szaleć to szaleć :D postaram się dodać rozdział w przeciągu max. 2 tygodni ;)
Pozdrawiam Was misiaczki moje,
Marta Weasley

Edit: Ponieważ bardzo szybko pojawiają się komentarze to w nagrodę rozdział postaram się dodać w przeciągu tygodnia, a nie dwóch, czyli prawdopodobnie w przyszły piątek (oczywiście jeśli będzie 10 komentarzy) ;D

sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział 2: Randka z niespodzianką

   Hermione od wejścia do szkoły dzieliło już tylko kilka kroków, gdy na jej ramieniu niespodziewanie usiadł popielaty puchacz. Dziewczyna zatrzymała się i obróciła głowę, by lepiej przyjrzeć się ptakowi. Nie przypominała sobie by kiedykolwiek wcześniej widziała go, więc wiedziała, że na pewno nie jest to sowa któregoś z jej znajomych. Puchacz równieżjej się przyglądał - jego ogromne, czarne oczy obserwowały ją z zaciekawieniem. Wyglądał jakby chwilę się zastanawiał, po czym wyciągnął w jej stronę nóżkę z przywiązanym do niej liścikiem. Granger odwiązała go, a sowa z pohukiwaniem zerwała się i odleciała w stronę sowiarni. Szybkim ruchem rozwinęła zwitek i ujrzała na nim kilka koślawych liter. Nie miała wątpliwości, że był to list od Wiktora. Mówienie po angielsku szło mu nie najgorzej, jednak pisanie... pisanie nie szło mu w ogóle. Mimo wszystko Hermiona nie miała problemu ze zrozumieniem treści listu. Delikatny rumieniec wypłynął na jej policzki, gdy chowała kartkę do kieszeni.
Fred w tym czasie rozłożył się pod drzewem. Wyciągnął przed siebie nogi i oparł plecami o konar. Znowu urósł o czym świadczyły przykrótkie już spodnie. Kolejna para do oddania Ronowi. Przymknął powieki pozwalając sobie na chwilę odprężenia. Wydarzenia ostatnich tygodni przytłoczyły wszystkich. Praktycznie nikt w Hogwarcie nie wiedział, że ich – jego i Georga, łączyło coś z Cedrikiem. To właśnie Diggory'emu zawdzięczali połowę ze swoich wynalazków. Był on niezwykle inteligentny i utalentowany jeśli chodzi o zaklęcia i eliksiry, więc często udoskonalał ich ,,zabawki", oczywiście za drobną opłatą. Teraz cała sterta prototypów czekała na dopracowanie, jednak bliźniacy sami nie potrafili tego zrobić. Długo zastanawiali się kto jeszcze mógłby im pomóc, jednak nikt poza Hermioną nie przychodził im do głowy. Wiedzieli jednak jak Granger nastawiona jest do ich eksperymentów, więc nie liczyli na możliwość pomocy z jej strony. Fred westchnął cicho. Słońce już prawie schowało się za horyzontem, gdy zmęczony  swoimi przemyśleniami, zapadł w głęboki sen. 

***

    Gryfonka już od pół godziny stała przed szafą, wpatrując się w nią uparcie z nadzieją, że może jakaś niewidzialna siła podrzuci do niej odpowiedni strój. Zbyt często nie bywała na randkach. Właściwie wcale na nich nie bywała, więc w jej garderobie nie znajdowało się nic podkreślającego atuty. Same rozciągnięte swetry, ciepłe bluzy i... Tak, to było to! Szybko ściągnęła koszule z wieszaka i pobiegła do łazienki.
Pół godziny później Granger zbiegała po schodach prowadzących do holu. Niesforne pukle kasztanowych włosów okalały jej twarz, gdy przeskakiwała po dwa stopnie na raz. Nienawidziła się spóźniać. Gdy przeskoczyła ostatni stopień, zatrzymała się na chwilę by ustatkować oddech. Poprawiła swoją prowizoryczną sukienkę i otworzyła drzwi wejściowe. Chłód wieczornego powietrza uderzył ją w twarz i wsiąknął w płuca, jakby napełniając je małymi kryształami lodu. Po chwili jednak jej ciało przyzwyczaiło się do zmiany temperatury. Przy poręczy schodów stał Wiktor. Ubrany w czerwoną kurtkę, typową dla uczniów Durmstrangu i czarne, dżinsowe spodnie prezentował się naprawdę... męsko. Granger lekko się zarumieniła i powoli podeszła do chłopaka.
   – Cześć – wydukała w końcu.
   – Hermionanina, ty wyglonduasz cudownie!
Na twarz dziewczyny wypłynął jeszcze większy rumieniec, ale nie zaprzeczyła jego słowom. Starała się wyglądać jak najlepiej. Dziękowała sobie, ze nie odesłała ojcu jego flanelowej koszuli w kratę, którą przypadkowo zabrała ze sobą do Hogwartu. Czarne rajstopy, wysmuklały jej nogi, a przepasana paskiem koszula podkreślała talie. Ceniła sobie naturalność, więc jej makijaż opierał się jedynie na umalowanych rzęsach i ustach pociągniętych błyszczykiem. Wiktor przyglądał jej się z nieukrywanym podziwem.
   – Pójdziemy się przejść? Macie tutaj bardzo ładna teren.
Hermiona skinęła głową i ruszyli na spacer w świetle księżyca. Na początku rozmowa niezbyt się kleiła, ale później zaczęły się zacierać wszelkie granice między nimi. Nim Hermiona się zorientowała, nogi same zaczęły prowadzić ją w kierunku ulubionego miejsca. Było one bardziej zacienione, jednak to właśnie stamtąd najlepiej widać odbijający się w jeziorze księżyc. Granger poczuła przyjemne mrowienie, gdy silna dłoń Wiktora splotła się z jej palcami. Mrowienie rozeszło się po całym ciele niosąc wraz ze sobą elektryzujące ciepło. Hermiona zagryzła dolną wargę, walcząc sama ze sobą. Nie lubiła rzeczy jej nieznanych, a to uczucie które ją przepełniało do takich właśnie należało. Wiktor jednak szybko wyczuł jej niepewność. Obrócił ją tak, że stała teraz twarzą do niego. 
   – A ty Harmionina?
   – Ja? Nie, ja nie mam łaskotek.
   – Nie wiem czy mogą ci uwierzyć, ja powinien to sprawdzić.
Hermiona zachichotała. Bardziej nerwowo niż radośnie i powoli zaczęła cofać się do tyłu.
   - Nie, nie, nie! Myślę, że nie ma takiej potrzeby Wiktorze.
Chłopak również uśmiechnął się do niej i zrobił kilka kolejnych kroków w jej stronę, a ona zrobiła kolejny krok w tył i nagle... potknęła się o coś, po czym runęła jak długa, krzycząc tylko jedno, krótkie:
   – Cholera!
   – Auuu! Złamałaś mi nogę! - odezwał się głos, który Gryfonka od razu rozpoznała.
Hermiona jednym zgrabnym ruchem wstała, otrzepując ubrania.
   – Fredzie Weasley'u, na gacie Merlina, co ty tutaj robisz?
   – Hmm... zastanówmy się. Spałem, dopóki ktoś brutalnie na mnie nie wlazł i nie ZŁAMAŁ MI NOGI!
Wiktor do tej pory przyglądał im się w milczeniu, ze zdziwieniem malującym się na twarzy. W końcu jednak postanowił interweniować, bo wyczuwając zawziętość tej dwójki, bał się że za chwilę rzucą się na siebie.
   – Hermionanina, on chyba nie żartuję. My powinni zaprowadzić go do szpitalna skrzydła.
Fred spojrzał na Kruma i uśmiechnął się do niego.
   – Jak dobrze, że jest tu chociaż jedna osoba, która mi wierzy! – Fred spojrzał na Hermione z udawanym wyrzutem. – Gdyby nie ty to zapewne zostawiłaby mnie tutaj ze złamaną nogą na pewną śmierć.
Hermiona ostentacyjnie przewróciła oczami.
   – Wiktor, mógłbyś zaprowadzić tego osobnika do skrzydła szpitalnego zanim złamie mu coś jeszcze, oprócz nogi?
Krum zaśmiał się pod nosem i pomógł wstać Fredowi, opierając go na swoim ramieniu. Uszli kilka kroków, gdy Weasley obrócił się i krzyknął w jej stronę:
   – Hermionko skarbie, nie idziesz z nami? Powinnaś trzymać mnie za rękę, gdy będę udawał bardzo cierpiącego!
Granger ze złością ukryła twarz w dłoniach.
   – Zamilcz Weasley!
Wydawało jej się, że jeszcze słyszy z oddali jego stłumiony śmiech. Czemu to zawsze ją spotykają jakieś głupie lub obciachowe sytuacje? Nachyliła się nad taflą jeziora i chlusnęła sobie w twarz chłodną, słoną wodą. Czuła się dziwnie. Miała wrażenie, jakby ktoś wyjął jej wnętrzności, wywrócił na drugą stronę i włożył z powrotem, nie zwracając uwagi na to, że nie układa ich w odpowiedniej kolejności i  zostawia pośrodku  ogromną, ziejąca czernią pustkę. Ukryła twarz w dłoniach. Co się z tobą dzieje, Granger? Wzięła głęboki oddech i ruszyła w stronę szkoły.
Wiktor posadził Freda na jednym ze szpitalnych łóżek. Rudzielec wydawał się być w wyjątkowo dobrym nastroju. Spojrzał na Kruma z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku.
   – Hermiona to bardzo inteligentna dziewczyna, wiesz o tym, prawda?
Wiktor spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem w oczach, ale skinął potwierdzająco głową.

   – To dobrze, bo nie chciałbym żebyś ją zranił. Nie zasługuje na to.
Freda samego zdziwiły te słowa. Nigdy nie znał się zbyt dobrze z Hermioną, ale po prostu poczuł że musi to powiedzieć. Przeniósł spojrzenie na chłopaka, ale ujrzał tylko czerwień jego kurtki znikającą za drzwiami. Upadł bezwładnie na łóżko i szybko tego pożałował, bo przez nogę przeszła pulsująca fala bólu. Zamknął oczy, czekając aż wróci pani Pomfrey.
Granger uchyliła drzwi prowadzące do skrzydła szpitalnego. 
Wiktora nigdzie nie było, co lekko ją zdziwiło. Fred leżał na łóżku. Jego klatka piersiowa poruszała się rytmicznie. Dłoń miał położoną na twarzy, jakby usiłując zakryć oczy przed światłem padającym z ogromnych żyrandoli. Hermiona podeszła bezszelestnie do jego łóżka i usiadła na brzegu.
   – Popsułeś mi właśnie pierwszą w życiu randkę Fredzie Weasley'u. – Jej głos był opanowany, chociaż było można w nim wyczuć lekką nutę smutku. – Że też akurat dzisiaj musiało ci się zachcieć spania pod chmurką...
Fred uśmiechnął się pod nosem i powrócił do pozycji siedzącej. Spojrzał na dziewczynę.
   – Nigdy wcześniej nie byłaś na randce?
Hermiona zarumieniła się. Wiedziała, że w tym momencie Rudzielec nie nabijał się z niej, że jego pytanie było całkowicie szczere. Pokręciła przecząco głową. Fred jeszcze szerzej się uśmiechnął.
   – Nie spodziewałbym się tego. Jesteś inteligentna, ładna, zgrabna i ułożona. Mężczyźni powinni piszczeć na twój widok... Nie, właściwie mężczyźni nie powinni piszczeć. Piszczą to panny na mój widok, mężczyźni powinni prężyć swoje bicepsy do ciebie.
Ona również się uśmiechnęła. Nie wiedziała, że chłopak potrafi być taki miły. Właściwie, miała wrażenie, że niewiele o nim wie.
   – No widzisz, nieprawdopodobne, a jednak.
   – Mają za małe bicepsy i im wstyd po prostu. Uwierz mi, że jak przypakują to zaczną swoje zaloty.

Granger wstała. Uśmiechnęła się lekko i ruszyła w stronę drzwi.
  – Dobranoc... Freddie. Przepraszam za nogę i... Dziękuję za to co przed chwilą powiedziałeś.
Drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.

***

   Ogień Szatańskiej Pożogi osmolił jej ubrania. Czuła na sobie zapach dymu. Dusił ją odór spalenizny. Nie zwracała jednak na to uwagi. Biegła przed siebie. Wzrokiem przeszukiwała tłum, ale nigdzie nie znalazła osoby, której szukała. Właściwie to nie wiedziała kogo szuka, jednak była pewna, że gdy go zobaczy to będzie wiedzieć, że to on. Zręcznie ominęła śmigające w jej stronę zaklęcie i odpowiedziała atakiem na atak. Po chwili Śmierciożerca leżał już nieprzytomny na zimnej posadzce holu. Gryfonka przyskoczyła nad jego ciałem i rzuciła się w stronę schodów. Pokonała je w kilku susach i pędziła już korytarzem pierwszego piętra... i wtedy go zobaczyła. Walczył z jakimś mężczyzną. Na jego twarzy malowało się rozbawienie. Hermione rozczulił ten widok. Lubiła jego uśmiech. Właściwie lubiła to mało powiedziane – zakochała się w tym uśmiechu. On również ją zauważył. W jego oczach automatycznie zatańczyły maleńkie, wesołe iskierki. Ruszyła w jego stronę, by pomóc mu pokonać przeciwnika, jednak ten padł już na podłogę, puchnąc jak balon. Zadowolony z siebie chłopak, ukłonił się w jej stronę, a wtedy wybuch wstrząsnął lewym skrzydłem budynku. Hermiona zdążyła zobaczyć tylko spadającą część sufitu i poczuła jak z jej gardła wydobywa się przeraźliwy krzyk, przepełniony bólem.
Otworzyła oczy z przerażeniem, odruchowo podnosząc się do pozycji półsiedzącej. Oddychała ciężko, a całe jej ciało zaplątane było w pościel i prześcieradło. Przed oczami utkwił jej obraz walącego się Hogwartu i przerażenie w oczach chłopaka. Chłopaka, którego twarzy nie zapamiętała. Wyplątała się ze swojego "kokonu" i na palcach, tak by nie obudzić współlokatorek, podeszła do drzwi.
W Pokoju Wspólnym panował półmrok. Czerwień w połączeniu z tańczącymi w kominku płomieniami, nadawała temu pomieszczeniu przytulności. Hermiona zwinęła się w kłębek na fotelu, nakrywając się kocem leżącym na oparciu. Lubiła tutaj siedzieć. Pokój Wspólny kojarzył jej się z Harrym i Ronem, ze wspólnymi wieczorami spędzonymi na żartowaniu i odrabianiu prac domowych. I przypominał jej też o Fredzie. O tym jak wtulona w jego szyję zasypiała, siedząc mu na kolanach. Zaraz, zaraz... Hermiona przyłapała się na tej myśli ze zdziwieniem.
  
– Chyba zaczynam wariować!
  
– Wszystko z panią w porządku, madame.
Granger szybko obróciła się i zobaczyła stojącego naprzeciwko niej Zgredka. Ukłonił się nisko, a gdy podniósł z powrotem głowę jego ogromne, szkliste oczy wpatrywały się w nią uważnie.
   – Skąd wiesz, że wszystko ze mną jest okey Zgredku? Skąd możesz wiedzieć, skoro ja sama tego nie wiem?
Skrzat wyglądał na niezbyt pewnego. Hermiona od razu domyśliła się, że wie coś czego nie chcę jej powiedzieć.
   – Skrzaty... My wyczuwamy niektóre rodzaje magii. Po usunięciu wspomnień ludzie często czują się rozbici, madame.
   – Usunięciu wspomnień? –
Hermiona wyprostowała się w fotelu. W jej oczach malowało się ogromne zdziwienie. – O czym ty mówisz Zgredku?
   – Ja... mi nie wolno. Zgredek musi iść. Zgredek nie może nic powiedzieć. Pani sama podjęła taki wybór. Pani sama poświęciła swoje wspomnienia. Zgredkowi nie wolno!
Nim Hermiona zdążyła doskoczyć do skrzata, już nie było go w pomieszczeniu. Gryfonka opadła z powrotem na fotel. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Stanowczo za dużo. Jeśli straciła pamięć to... Olśniło ją! To na pewno sprawka bliźniaków. Kiedy ten ich "wspaniały" wynalazek w nią uderzy, na pewno coś jej zrobił. O już ona się jutro z nimi rozprawi. Popamiętają, że z nią się nie zadziera. Pani sama podjęła taki wybór. Pani sama poświęciła swoje wspomnienia. Otuliła się mocniej kocem, a Morfeusz pochwycił ją w swoje ramiona.


***

I jak? Czekam na Waszą opinie!
Tak jak obiecałam, jest 5 komentarzy, więc jest rozdział ;) Wiem, że na razie niewiele Wam to wyjaśni i niezbyt akcja jest wciągająca, jednak spokojnie – potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko się rozkręciło, więc mam nadzieje, że z wytrwałością przebrniecie przez te troszkę nudniejsze rozdziały ;)
Tym razem muszę Wam podnieść poprzeczkę, bo za szybcy jesteście. Czekam teraz na 7 komentarzy :) Skończyły mi się właśnie ferie, więc ten tydzień to będzie dla mnie masakra, jednak rozdział postaram się dodać w najszybszym możliwym terminie, po pojawieniu się 7 komentarzy ^^
Buziaki,
Marta Weasley

wtorek, 26 stycznia 2016

Rozdział 1: Potknięcie w czasie

   Turniej Trójmagiczny dobiegł końca, a wraz z nim dobiegły końca czasy pozornego spokoju w Świecie Czarodziejów. Mimo że do wielu z nich nadal nie docierała możliwość powrotu Sami-Wiecie-Kogo, ziarno paniki zostało zasiane. Śmierć Cedrika Diggory'ego pogrążyła cały Hogwart w ponurym, pełnym smutku milczeniu. Korytarze świeciły pustkami. Tylko w Domu Lwa panowało podejrzane ożywienie. Na jednej z kanap w Pokoju Wspólny Gryfonów leżała nieprzytomna postać. Jej twarz okalały brązowe pukle włosów, które odbijały się na tle pochylonych nad nią rudych czupryn. Nagle dziewczyna zachłysnęła się powietrzem i otworzyła oczy.
   – Cholera! Ale mnie cofnęło!
Zgromadzeni spojrzeli na nią przerażonym wzrokiem.
   – Cofnęło?
Hermiona wyglądała na zdziwioną pytaniem Ginny.
   – Co cofnęło?
   – No przed chwilą powiedziałaś, że cię cofnęło.
   – Ja? Przecież ja nic takiego nie mówiłam.
Teraz przerażenie w ich oczach jeszcze bardziej się pogłębiło.
   – Chyba powinniśmy zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego, żeby upewnić się czy wszystko jest ok.
   – Przestań Gin, nie ma takiej potrzeby. Wszystko ze mną ok. Tylko właściwie to nie pamiętam dlaczego straciłam przytomność. Mógłby ktoś mnie uświadomić?
Bliźniacy powoli zaczęli wycofywać się w stronę portretu Grubej Damy, jednak najmłodsza z Weasley'ów szybko udaremniła ich próbę ucieczki.
   – Nie tak prędko panowie – przemówiła rudowłosa, trzymając braci za kołnierze. – Sami powinniście opowiedzieć Hermionie co zrobiliście, nie sądzicie?
Fred spojrzał na swojego brata, a ten zaczął udawać, że się zastanawia.
   – Noo tak właściwie to... – zaczął Fred.
   – Too nie sądzimy, żeby była taka potrzeba. – Dokończył za niego George.
   – Myślę, że ty o wiele lepiej opowiesz o tym co zaszło.
   – Tak, my nie mamy takiego talentu jak ty, nie będziemy potrafili nadać odpowiednich emocji tej historii! – ponownie wtórował mu George.
   – Wykończycie mnie kiedyś! – Ginny puściła kołnierze braci i szybkim ruchem sprzedała im kuksańce. Chłopcy skrzywili się, ale na ich twarzach nie pojawił się grymas bólu, tylko triumfalne uśmiechy. Młoda Weasleyówna przysiadła na brzegu kanapy koło Hermiony i wskazując na bliźniaków, zaczęła opowiadać.
   – Ci idioci, którzy niestety są moimi braćmi, do czego przyznaje się z ogromnym bólem serca i niechęcią. Najchętniej udałabym, że ich nie znam, ale niestety ten charakterystyczny kolor włosów. Wracając jednak do tej jakże emocjonującej historii... Fred i George postanowili sprawdzić kilka ze swoich prototypów pod nieobecność Gryfonów w wieży. Między innymi był tam też prototyp jakiejś tam kome...
   – Komety Kryształowego Zaklęcia! – krzyknęli jednocześnie bliźniacy, oburzeni zniewagą dla ich wynalazku. 
  – No właśnie, między innymi była tam ta właśnie kometa. Panowie tak się zabawili, że zapomnieli o tym, że śniadanie kończy się dzisiaj wcześniej. Gdy tylko przeszliśmy przez dziurę pod portretem Grubej Damy, Kometa uderzyła w ciebie i przerzuciła cię prze pół pokoju. Nawiasem mówiąc to chyba osiągnęłaś lepszą prędkość niż najnowszy model Nimbusa. Byliśmy przerażeni, bo dość długo nie mogliśmy cię obudzić, ale całe szczęście nic ci się nie stało...chyba.
Hermiona spojrzała na bliźniaków. W tym momencie żałowała, że jednak Gin nie nauczyła jej puszczać upiorgacków. Bliźniacy widząc minę dziewczyny podnieśli się z foteli, jednak zrobili to za późno.
   – Czy do was kiedyś dotrze, że powinniście skończyć z tym eksperymentowaniem? Najpierw testujecie swoje wynalazki na niczego nieświadomych pierwszoroczniakach, a teraz omal nie zabijacie mnie jakąś tam kometą – bliźniacy już otwierali usta, żeby wypowiedzieć nazwę swojego wynalazku, jednak Granger uciszyła ich jednym ruchem dłoni. – To jest naprawdę żałosne! Zachowujecie się totalnie, całkowicie... Grr... Jesteście po prostu nieodpowiedzialni! Teraz oddajcie mi to pudełko, te wasze wynalazki nie powinny się tutaj dłużej znajdować, bo jeszcze jakiś dzieciak zrobi sobie krzywdę!
Podeszła do drewnianej skrzyneczki w której bliźniacy trzymali kilka ze swoich wynalazków, jednak zanim zdążyła ją wziąć, Fred zagrodził jej drogę. W skutek tego wyciągnięte ręce dziewczyny oplotły bliźniaka w pasie. Dziwnie znajome ciepło przeszło przez jej ciało. Poczuła się przez chwilę tak jakby... bezpieczna? Odgoniła od siebie tę myśl i paląc buraka odsunęła się od Freda, który zadowolony ze swojego sukcesu złapał pudełko i w ślad za bratem, szybko się ulotnił. Hermiona ponownie opadła na kanapę, a obok niej Ginny i Harry. Ron usiadł w fotelu naprzeciwko nich. Miał zamyśloną minę i dopiero po chwili głębszego namysłu odezwał się:
   – Jak to jest, że ci dwaj słuchają Ginny i chodzą przy niej jak w zegarku, mimo tego, że jest najmłodsza i do tego jest dziewczyną, a na mnie mają – kulturalnie mówiąc – wyrąbane?
Cała trójka wybuchnęła śmiechem, a rudowłosa z triumfalnymi uśmiechem odpowiedziała:
   – No wiesz Ronaldzie, autorytet trzeba sobie budować od najmłodszych lat.

 ***

   Czasami w życiu dzieją się rzeczy, których zupełnie się nie spodziewamy. Czasami przynoszą dobre, a innym razem złe zmiany. Nie do przewidzenia jest to kto zagości w naszym życiu na dłużej, a kto wpadnie tylko na chwilę. Nie wiemy też co jest prawdziwe, a co ulotne. Właściwie to bardzo mało wiemy o swojej egzystencji, o nas samych. Z jednej strony, ta tajemniczość kolejnych kart w tali życia przeraża, ale z drugiej budzi ciekawość, chęć podróży i podejmowania wyzwań. Każdy lubi czuć się potrzebny i doceniany, więc mimowolnie wkładamy na swoje barki kolejne obowiązki, podejmujemy kolejne wyzwania. Hermiona wiedziała, że została postawiona właśnie przed kolejnym wyzwaniem. Powrót Czarnego Pana nie zwiastował niczego dobrego dla całego świata czarodziejów, a tym bardziej dla Harry'ego, a jeśli dla Pottera to i dla nich – dla niej i Rona. Wiedziała też, że może się wcale tego wyzwania nie podjąć. Owszem, jest przyjaciółką Harry'ego, ale to nie zobowiązuje jej do ryzykowania dla niego życia. Mogła się wycofać, kopnąć ich wszystkich w tyłek i powiedzieć, żeby radzili sobie sami, ale sęk w tym, że nie potrafiła. Lubiła być potrzebna, lubiła czuć się ważna. Znów wstrząsnął jej ciałem ten znajomy dreszcz niepokoju, oznaczający, że na dnie jej serca obudziła się ta maleńka iskierka tęsknoty za normalnym życiem. Oczywiście Granger kochała magię i poprzez słowa "normalne życie" miała na myśli życie normalnej, nastoletniej czarownicy. Żałowała, że jest taka ambitna i że czasami nie potrafi zapanować nad swoją przemądrzałością. W chwilach takich jak ta, gdy do jej świadomości znów wkradał się lęk o przyszłość świata i swoją przyszłość, żałowała że tak mało rzeczy zdążyła spróbować, a jednocześnie wiedziała, że nie będzie miała na tyle odwagi by ich spróbować. Dziewczyny w jej wieku imprezowały, chodziły na zakupy, urządzały babskie wieczory na których całą noc poświęcały na omawianie swojego życia miłosnego, które dane im było posiadać. Hermiona za to w tym czasie czytała książki, uczyła się zaklęć i pogłębiała swoje kujoństwo, tylko po to by móc kiedyś uratować tyłek tym "zwykłym, nastoletnim czarownicom". Wiedziała, że zachowanie tych dziewczyn czasami jest puste, ale mimo wszystko pragnęła go zasmakować. Nikomu nigdy nie przyznała się do swoich pragnień. Czuła, że nieodwracalnie najlepsze lata jej życia ulatują jej między palcami. Bolało ją też to, że wszystkimi dziewczynami interesują się jacyś chłopcy, każda z nich ma jakiegoś adoratora... ba, niektóre nawet po kilku adoratorów, a ona dla każdego jest zwykłą kujonką, czasami nawet nazywaną przez nich żartobliwie Wszystko-Wiem-Granger. Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją w końcu zauważył, a gdy nareszcie to się stało to wszystko spieprzyła. Owszem, Wiktor nie należał do osobników zbyt inteligentnych i czasami odnosiła wrażenie, że jego mózg spakował manatki i wyjechał na urlop, ale widziała w jego oczach, że naprawdę mu się podoba. Czuła, że on docenia to jaką osobą jest. Wiele dziewczyn piszczało na jego widok, a ona mogła mieć go na wyłączność. Okej, może nie na wyłączność, bo lada dzień wracał do swojej szkoły, ale podczas jego pobytu mogła zaznać jak to jest być... hmm... adorowaną? Ale oczywiście zabrakło jej odwagi. Walka z najpotężniejszym z Czarnoksiężników jej nie przerażała, ale popołudnie spędzone sam na sam z chłopakiem przyprawiało ją o palpitacje serca. Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru za tchórzostwo, panno Granger – skarciła się sama w duchu. Była tak zamyślona, że nie usłyszała, że ktoś się zbliża. Właściwie to nie spodziewała się, że ktoś przyjdzie w to miejsce. Była to jej własna Świątynia Dumania, jak zdarzało jej się nazywać ten fragment zieleni, ukryty za zasłoną drzew. Obróciła się gwałtownie, gdy usłyszała odgłos łamanej gałęzi, na którą nieznajomy nadepnął. Właściwie to nieznajomy okazał się znajomym. Kilka kroków od niej stał nie kto inny jak Fred Weasley. Spojrzał na Hermione zdziwiony i zrobił kilka kroków w tył.
   – Przepraszam, nie wiedziałem, że ktoś tu jest. Już sobie idę.
Hermiona uśmiechnęła się do niego i kawałek się przesunęła.
   – Nie musisz, siadaj. Jest to wystarczająco miejsca dla naszej dwójki.
   – To znaczy, że już nie jesteś na mnie zła? – spojrzał na nią lekko zdziwiony i niepewnie zajął miejsce obok Gryfonki.
   – Nie, nie jestem. Uznajmy, że wszystkie grzechy zostały wam odpuszczone.
Zaśmiali się równocześnie i zapadła między nimi chwila ciszy, w której oboje wpatrywali się w odbijający się na tafli wody zachód słońca. Fred wyrwał źdźbło trawy i zaczął się nim bawić.
   – Myślałam, że tylko ja przychodzę tutaj, gdy chcę pobyć trochę sama – przerwała ciszę dziewczyna.
   – Powiem ci moja droga, że ja myślałem tak samo  – zaśmiał się, a Hermiona poczuła się tak jakby słyszała już ten śmiech milion razy.
    – Nie wyglądasz mi na osobę, która potrzebuje być sama. Pokusiłabym się raczej o nazwanie cię duszą towarzystwa.
Fred uśmiechnął się pod nosem. Granger już wcześniej zauważyła, że razem z George'm mają bardzo charakterystyczny sposób uśmiechania się, a mianowicie unoszą tylko prawy kącik ust. Wygląda to trochę zawadiacko. Zresztą, większość rzeczy, które robią i mówią bliźniacy jest zawadiackie, więc ten sposób uśmiechania się jak najbardziej do nich pasował.
   – Wiem, że wydaję się to bardzo mało prawdopodobne, ale matka natura i mnie obdarzyła rozumem. Może o wiele mniejszym i mniej pojemnym niż twój, ale czasami też muszę go przewietrzyć. Wiesz, mózg długo nieużywany kurczy się, więc gdy nikt nie widzi ukrywam się tutaj i staram się ratować resztki tego co z mojego pozostało.
Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie. Żart młodego Weasley'a był wyjątkowo słaby jak na niego, ale mimo to i tak poprawił jej trochę humor.
   – Zaskakujesz mnie Fredzie Weasley'u. I tym razem wyjątkowo w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
   – Ohh,  – chłopak teatralnie złapał się za serce – nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Po raz pierwszy w moim szesnastoletnim życiu powiedziałaś mi coś miłego! Muszę zapisać sobie tę datę w moim różowym pamiętniczku!
Hermiona lekko się zarumieniła. Nigdy nie była pewna kiedy bliźniacy robią sobie żarty, a kiedy mówią na poważnie.
   – Przesadzasz, na pewno kiedyś, wcześniej zdarzyło mi się powiedzieć ci coś miłego – Zaczęła szperać w pamięci, ale nie mogła sobie nic przypomnieć, tym bardziej ciężko jej było skupić się na myślenie, gdy czuła na sobie wzrok Freda. Wzrok, który mówił, że i tak dobrze wie, że takiej sytuacji nie było. Nagle Granger olśniło.
   – Mam! Przypomniałam sobie!
Fred patrzył na nią z niedowierzaniem. Ma nauczkę, że nie wątpi się w zdolności Hermiony Granger.
   – Oświeć mnie młoda damo, bo ja nic takiego sobie nie przypominam.
   – Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale pamiętam że nikt inny nie chciał pomóc mi przenieść książek z pokoju wspólnego, tylko ty jako jedyny się zgodziłeś, a nawet zgłosiłeś się na ochotnika i po tym jak zanieśliśmy wszystkie książki do biblioteki to powiedziałam ci, ze myliłam się w stosunku do ciebie, że naprawdę dobry z ciebie facet.
Hermiona przerwała na chwilę, bo przed oczami przeleciał jej dalszy fragment tego wydarzenia. Fred dotykający jej policzka i całujący ją w czoło, a potem szepczący jej na ucho, że jeszcze wielu rzeczy o nim nie wie. Na gacie Merlina, przecież coś takiego nigdy nie miało miejsca! Może to był sen? Może ta sytuacja przyśniła jej się kiedyś? Nie, to niemożliwe, nigdy nie zdarzyło jej się fantazjować o Fredzie. Nie pociągał jej. Więc skąd do cholery to wspomnienie znalazło się w jej głowie? Oblał ją zimny pot, gdy obróciła głowę w stronę Freda. Na jego twarzy malowało się głębokie zamyślenie.
   – Przeanalizowałem wszystkie możliwe sytuację i tej za żadne galeony świata nie mogę sobie przypomnieć. Więc albo byłem wtedy pod bardzo mocnym wpływem Ognistej, albo ktoś tu fantazjuje o utknięciu ze mną sam na sam w bibliotece!
Na twarzy dziewczyny pojawiły się jeszcze większe wypieki, a Fred widząc jej zawstydzenie jeszcze bardziej rozochocił się w swoich żartach, aż w końcu szturchnął Granger łokciem i rozczochrał jej włosy, co akurat ją rozzłościło. Wstała i otrzepała spodnie z resztek trawy.
   – Sprawdź w swoim różowym pamiętniczku, może tam znajdziesz tę sytuację. A tymczasem wracam do dormitorium, żeby napisać wypracowanie za twojego szanownego braciszka.
Fred uśmiechnął się zawadiacko i oczywiście nie mogąc powstrzymać się od zgryźliwej uwagi na pożegnanie, krzyknął na odchodne do dziewczyny:
   – Wpadnę do ciebie, spełnię twoje fantazje o zamknięciu się ze mną w bibliotece, kochanieńka!
Hermiona obróciła się i pokazując chłopakowi środkowy palec krzyknęła:
   – Dupek! 
– Ale za to jaki przystojny! – usłyszała jeszcze na odchodne, zanim zniknęła za murami zamku.

happy dance oh yeah this is legendary fremione

***

Oto jest! Pierwszy rozdział, który nie wnosi zupełnie nic, ale jak wiadomo na początku są same nudy. Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale szkoła to zło, a potem pierwszy tydzień ferii w rozjazdach i tak jakoś zeszło. Na początek czekam na 5 komentarzy, tak na rozgrzewkę dla Was i na zmotywowanie mnie do sprężenia się z pisaniem :D

środa, 30 grudnia 2015

Prolog

   Gdybyś miał szansę ocalić osobę, którą kochasz - czy choć przez chwilę byś się wahał? Zastanawiałbyś się nad konsekwencjami tego bohaterskiego czynu? A może pozwoliłbyś odejść tej najbliższej, ukochanej osobie? Jeśli kochasz naprawdę, całym sercem, duszą, całym sobą - postąpiłbyś dokładnie tak jak ja. A mianowicie... Wojna się skończyła, a wraz z wojną skończyło się moje życie. Właściwie to skończyło się ono dokładnie w momencie, gdy w pierś Freda uderzył strumień zielonego światła, a na jego twarzy zabłąkał się uśmiech - taki pusty, zagubiony, bez tych magicznie wesołych iskierek w oczach. Ten obraz zarył się głęboko w mojej pamięci. Za każdym razem, gdy próbowałam się pozbierać, gdy próbowałam ponownie odnaleźć w sobie siły do życia, wspomnienie gasnącego blasku w jego oczach spadało na mnie niczym miażdżący głaz. Czułam się jak Syzyf, tocząc swoje życie ku górze, tylko po to by po chwili wspomnienia ponownie zepchnęły mnie w dół. Wszystko legło w gruzach, a przyszłość... przyszłość bez niego nie istniała. Wiedziałam, że nie uda mi się powrócić do rzeczywistości. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że go już nie ma. Właściwie to nawet przestałam próbować się z tym godzić. Obrałam sobie cel, że bez walki nie oddam go śmierci. Przysięgłam sobie, że znajdę sposób by go ocalić, by mieć go znów przy sobie...i o dziwo, udało mi się to. No dobra, prawie się udało... 

  - Wiesz, że gdy to zrobisz to nie będzie już odwrotu?

 - Tak, jestem tego w pełni świadoma. Przeczytałam wszystkie możliwe księgi dotyczące zmian czasosfery. Wiem, że może się to nie udać i wtedy zagubię się między światami, wiem też że może się okazać, że zaklęcie zadziała zupełni...- kobieta, z szyderczym uśmiechem na twarzy, przerwała mi.

  - Oj! Taka mądra, a taka głupia! - popukała się w czoło, starając się podkreślić za jaką idiotkę mnie ma. - Nie zawsze wszystko da się wyjaśnić racjonalnie i nie każda księga zawiera w sobie użyteczną mądrość. 

Miałam ochotę zacząć się z nią kłócić. Książki zawsze zawierają jakąś wiedzę, a rozum jest najlepszym przyjacielem człowieka ( o ile dany człowiek jest jego posiadaczem, bo niestety ostatnimi czasy wiele osób tego ,,przyjaciela" nie posiada), więc ta kobieta nie wie zupełnie o czym mówi. Potrzebuje od niej pomocy, tylko i wyłącznie to powstrzymuję mnie od ostrzejszej wymiany zdań na ten temat. 

  - Dziesięć punktów dla Gryffindoru za pozytywne przejście lekcji pokory - Kobieta zamyśliła się, a jej zachowanie zaczynało mnie coraz bardziej irytować. W ostatniej chwili ugryzłam się w język, by nie rzucić jakąś uszczypliwą uwagą. - Dobrze, to skoro jesteś taka oczytana to zapewne wiesz, że możesz ocalić tylko jedną osobę, prawda? 

- Tak, wiem o tym doskonale - Doskonale o tym wiem, bo każdej nocy, odkąd zdecydowałam się zmienić przeznaczenie przed oczami majaczyła mi twarz Remusa, a w uszach rozbrzmiewał śmiech Tonks. Śmiech jakiego nigdy nie będzie dane słyszeć Tony'emu, bo jestem pieprzoną egoistką, ale zmęczyło mnie już ciągłe myślenie o innych. Chciałam chociaż raz pomyśleć o sobie. - I wiem jakie będą konsekwencje, gdy nagle zachcę mi się zbawiać świat i ratować kogoś innego, więc tę część możemy pominąć. 

  - Dobrze, dobrze i zapewne wiesz też, że jeśli wszystko się uda i Fred wróci do świata żywych to nikt nie będzie pamiętał o tym, że jego śmierć miała miejsce, ty również nie będziesz o tym pamiętała i o tym, że naruszyłaś czasosferę dla ratowania go też nie będziesz pamiętać. Wiesz o tym, prawda? 

  - Tak, wiem. Te pytania zaczynały mnie irytować. Stresowałam się już wystarczająco bez nich. I jeszcze ten jej uśmieszek, który sprawiał, że czułam się od niej gorsza, słabsza, a przede wszystkim czułam się winna. 

  - Świetnie, bo na tym kończą się skutki uboczne uwzględniane w książkach. Czarodziei od zawsze bardzo interesowało majstrowanie w przestrzeni czasowej, więc starali się ujawniać jak najmniej skutków ubocznych, by nie zniechęcać do eksperymentowania, ale wracając do rzeczy... - znów się zamyśliła. Nie wiem od ilu lat mieszkała samotnie na tym odludziu, ale widać, że jej kultura osobista ostro się nadszarpnęła w tej samotni. 
- Moim ulubionym działaniem niepożądanym jest wyzbycie się uczuć. Zazwyczaj zmienia się przeznaczenie z takich samych przyczyn jak twoje, czyli z miłości. Jednak po uratowaniu tej swojej wspaniałej drugiej połówki, ani ty, ani on nie pamiętacie o tym, że kiedykolwiek się kochaliście, a co jeszcze lepsze - inni ludzie również tego nie pamiętają!

Wybuchnęła śmiechem, a pode mną zgięły się nogi. Przecież to niemożliwe, żeby tak wielka miłość jak nasza mogła zostać tak po prostu zapomniana! 

  - Ale...jak to?! Przecież...ja - brakowało mi słów. - Na pewno po pewnym czasie przypomnimy sobie o tym, że nie potrafimy bez siebie żyć?! Że kochamy się bezgranicznie i... 

  - Czasami osoby, które cofnęły czas przypominają sobie o całej zaistniałej sytuacji, ale to zdarza się niespotykanie rzadko. Nadal jesteś zdecydowana na zmianę przeznaczenia, czy może w tej sytuacji chcesz zrezygnować? 

Czy warto ryzykować tyle dla miłości, której nie będzie? Właściwie to nie mam nad czym się zastanawiać. Kocham Freda i chcę, żeby żył... Nawet jeśli to życie spędzi z jakąś inną kobietą. 

  - Tak, jestem pewna i gotowa. 

  - Skoro tak, to do dzieła! - kobieta klepnęła się w czoło. - Zapomniałam jeszcze o jednym małym szczególe... 

Teraz naprawdę się przestraszyłam. Co może być gorsze od tego, że Fred nie będzie mnie pamiętał? Czy ta kobieta naprawdę chcę żebym zeszła tu na zawał? Serce tłukło mi się w piersi niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce zbudowanej z moich żeber. Spojrzałam na kobietę pytająco, a ta ponownie uśmiechnęła się przebiegle. Widok jej perfidnie złośliwego wyrazu twarzy przyprawiał mnie już o odruch wymiotny.

 - Właściwie to powinnam ci powiedzieć o tym na początku, bo jest to najczęstszy efekt uboczny. Docelowo wybrałaś sobie, że chcesz powrócić do swojego życia w dzień przed wojną, ale bardzo często zdarza się, że lądujesz w zupełnie innym okresie czasu, np. kilka lat wstecz przed wydarzeniem do którego dążyłaś. 

 Świetnie! Nie dość, że zapominasz o uczuciach to jeszcze lądujesz w innej strefie czasu niż chciałaś. Genialnie po prostu! Narażam życie po to, żeby z powrotem wylądować w pieluchach?! 

  - Pani robi sobie ze mnie żarty, prawda?!

  - Musisz sama się przekonać - Ropuszy uśmiech wpełznął na jej pulchną twarz. W tym momencie aż za bardzo przypominała profesor Umbridge. Wzdrygnęłam się.
    Nie wycofam się. Mimo wszystko. Dla miłości. Dla Freda. Dla egoizmu jaki mnie przepełnia w tym momencie. Dla NAS. Zamknęłam oczy, a świat zawirował, odbierając mi najlepsze wspomnienia mojej jedynej miłości... 


 ***

Hello, it's me... again!

Witajcie ponownie moi drodzy :D 
W końcu się zebrałam i udało mi się ukończyć prolog, więc startuje z blogiem w pełni, a co z tego wyjdzie to czas pokażę, bo muszę Wam się szczerze przyznać, że nie do końca jestem pewna koncepcji. No ale jak to się mówi - wyjdzie w praniu ;)
Nie przywiązujcie się na razie do szablonu i narracji, to wszystko na chwilę obecną jest przejściowe, bo nadal kombinuje jak chcę żeby to wszystko wyglądało :)
Wiem, że to dopiero prolog, więc niewiele można na jego temat powiedzieć, ale zostawcie chociaż jakiś znak po sobie, że przeczytaliście, bo miło widzieć, że ktoś nadal czyta moje wymysły :)
Pozdrawiam i ściskam-
Marta Weasley

Harry Potter - Nimbus 2000 Broom
.
.
.
.
.
.
template by oreuis